Rosjanie robili wszystko, by „posadzić” tupolewa
Pułkownik Edmund Klich, polski akredytowany przy rosyjskim
Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK), postawił się w roli rzecznika Rosjan
i podjął próbę usprawiedliwienia działań kontrolerów lotu na lotnisku Siewiernyj.
Klich wziął w obronę jakoby zbyt dociekliwie wypytywanego przez polskich
ekspertów Wiktora Ryżenkę oraz usprawiedliwił Rosjan za dziurawy stenogram.
W wywiadzie udzielonym jednej z gazet Edmund Klich po raz kolejny powtórzył
zgrany już motyw jakoby wyróżnił co najmniej 12 przyczyn katastrofy Tu-154M. W
ocenie gen. bryg. rez. Jana Baranieckiego, byłego zastępcy Dowódcy Wojsk
Lotniczych Obrony Powietrznej, który brał udział w wyjaśnianiu przyczyn
katastrof lotniczych, takie postawienie sprawy jest dyskusyjne. – Czy
rzeczywiście wyjęcie jednej kostki domina spowodowałoby, że nie doszłoby do
katastrofy? Zwykle mamy do czynienia z przyczynami bezpośrednimi, pośrednimi i
ich splot prowadzi do katastrofy, ale może też być tak, że przyczyna będzie
jedna. To nie jest wykluczone – ocenił.
Jak-40
Klich jednak przyznał, że do katastrofy przyczyniła się m.in. załoga samolotu
Jak-40, która po udanym zakończeniu lotu na Siewiernym zachęcała kolegów do
podjęcia próby lądowania. W ocenie Ignacego Golińskiego, byłego członka
Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, taka interpretacja jest mocno
przesadzona, bo decyzja o lądowaniu nie należała do załogi jaka, a kontrolerzy
mogli zamknąć lotnisko. Podobnie tę kwestię ocenił Baraniecki. – Piloci
doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jaka jest różnica pomiędzy tym, co
widziała załoga jaka, a tym, co działo się w tupolewie. Piloci jedynie
posiłkował się informacjami od kolegów, bo nie mieli właściwych danych z
lotniska – dodaje.
Rosyjski symulator
Akredytowany opowiadał też o próbach lądowania wykonywanych na rosyjskim
symulatorze. Jak przyznał, ziemię widział tylko raz, "kiedy piloci próbowali
odejść z wysokości 20 metrów. Wtedy nastąpiło wirtualne zderzenie z ziemią".
Zdaniem Klicha, tupolew 10 kwietnia odchodził właśnie z 20 metrów, ale "szedł
wcześniej stromo w dół, z dużą, większą niż standardowa, prędkością pionowego
zniżania". Jak dodał, samolot jechał "brzuchem po krzakach, a potem były
drzewa". W ocenie naszych rozmówców, rodzi się pytanie o sposób i warunki
przeprowadzania symulacji, bo według oficjalnych danych pogodowych, w chwili
katastrofy podstawa chmur wynosiła 50 metrów. – Nie wiemy, w jaki sposób
przeprowadzane były te symulacje. Aby były one wiarygodne, należałoby odczytać
dane z rozbitego samolotu i wykonywać komendy, które podpowiadano z wieży –
ocenił gen. Baraniecki. Jego zdaniem, jeśli pozorowano podejście do lądowania z
10 kwietnia, to wirtualny samolot musiał być na odpowiedniej wysokości, a jeśli
jego pozycja podawana przez kontrolera różniła się od rzeczywistej, to być może
zaistniała potrzeba bardziej gwałtownego zejścia. – Z dostępnych materiałów
wynika, że komendy kontrolerów nie pomagały, ale przeszkadzały. Dlatego też na
symulatorze należało odwzorować wszystko to, co się działo 10 kwietnia.
Symulacja na zasadzie "zobaczmy, kiedy się rozbijemy", nie jest żadną symulacją.
W Polsce są fachowcy, którzy na podstawie danych z czarnych skrzynek potrafiliby
taką właściwą symulację przeprowadzić – dodał.
Jeśli tupolew jechał "brzuchem po krzakach", to dlaczego samolot uległ tak
straszliwej destrukcji? W takim przypadku siła uderzenia nie byłaby tak wielka.
– To wszystko można wyjaśnić z pomocą rzetelnej symulacji na bazie danych z FDR
oraz rozmów wieży z załogą i samej załogi. To, co działo się w tle, nie ma
większego znaczenia, jest dodatkiem, a nie podstawą badań, dodatkiem, który może
naprowadzić na jakiś ślad, ale od niego nie zaczyna się badań – dodał gen.
Baraniecki.
Co załoga tupolewa wiedziała o podejściu iła
Warunki, w jakich lądował Jak-40, także zostały podane w wątpliwość przez
Klicha. Czy miał zgodę na lądowanie? Czy warunki były powyżej minimum? Rosyjski
kontroler mógł tylko odetchnąć i powiedzieć "zuch". Jak zauważają nasi
komentatorzy, Klich nie wyjaśnił, jak kontroler powinien się zachować po
nieudanej próbie lądowania Iła-76, czy wówczas też mógł odetchnąć, że udało się
odlecieć, czy raczej powinien poinformować załogę tupolewa o jego kłopotach i
zamknąć lotnisko? – Co załoga Tu-154M wiedziała o Ile-76 od kontrolera? Przecież
nasi piloci powinni dokładnie wiedzieć, że ktoś latał nad Smoleńskiem, że nie
udało się wylądować. O tym kontrolerzy nie wspomnieli. Nie zamknęli też
lotniska. Skoro Rosjanie po nieudanej próbie "wygonili" iła ze Smoleńska, to
dlaczego pozwolono lądować naszemu samolotowi, ważniejszemu? – pyta gen.
Baraniecki.
Zarządzanie zasobami załogi
Klich odwołał się także do stenogramów rozmów w kokpicie. Jak uznał, wynika z
nich, że szwankowała współpraca załogi. Fachowo nazywa się to Crew Resource
Management (CRM), czyli zarządzanie zasobami załogi. Jednak w innym miejscu
rozmowy Klich sam podważył wartość stenogramów, wskazując, że sporządzający go
Rosjanie w wielu miejscach się mylili. Słyszałem na taśmie komendy, których nie
ma w stenogramie – przyznał. Jak i czy usłyszane komendy uzupełniają obraz
współpracy załogi zamieszczony w stenogramach? O tym Klich już nie wspomniał.
Zdaniem Baranieckiego, ze stenogramów nie wynika, by załoga nie komunikowała się
ze sobą, wręcz przeciwnie. – Trzeba jednak pamiętać, że pan Klich zgłaszał tego
typu zastrzeżenia przy badaniu wypadku CASY – zaznaczył. Jego zdaniem, krytyka
systemu szkolenia zawsze jest aktualna i każdy, kto wytyka błędy, ma rację. –
Zawsze można coś poprawić. Odkąd istnieje lotnictwo, system szkolenia jest cały
czas poprawiany. Problemy w tym systemie to dyżurna przyczyna katastrof
lotniczych. Każdy, kto się zna na lotnictwie, ma tu swój pogląd i może zgłaszać
różne uwagi – dodał.
Jak wybudzić pilota z hipnozy
Klich, mówiąc szerzej o współpracy załogi, zwrócił uwagę na rolę drugiego
pilota. – Powinien się uczyć, jak wybudzić kapitana z hipnozy, zaprogramowania
na lądowanie za wszelką cenę. Są kolejne kroki, aż do przejęcia sterów i
zerwania podejścia – mówił. Jak w tej sytuacji należy traktować komendę
"odchodzimy" padającą w kabinie tupolewa? – Nie było lądowania za wszelką cenę,
nie było nawet takiej atmosfery. Taki obraz od początku badań zaproponowali
Rosjanie i media próbują nam to wmówić. Uważny obserwator sam zorientował się,
że jest to manipulacja – twierdzi gen. Baraniecki. Jak dodał, podobnie należy
oceniać też sugerowane przez Klicha niewłaściwe korzystanie przez załogę z
wysokościomierzy. – Przyrządy są po to, by z nich korzystać, i piloci są
dokładnie uczeni, kiedy, z jakich przyrządów należy korzystać. Tu trzeba pokazać
dowód – dodał.
Piloci "gonili" ścieżkę
Klich, komentując lot tupolewa uznał, że piloci "za późno rozpoczęli zniżanie,
byli za wysoko i gonili prawidłową ścieżkę". Jak zauważyli nasi rozmówcy,
wszystkie dane lotu są do sprawdzenia, ale już przy obecnym stanie wiedzy
wiadomo, że samolot na chwilę wyrównał lot, by potem gwałtownie spadać.
Dlaczego? – Powstaje tu pytanie, czy to gonienie – jeśli było – nie wynikało z
korespondencji z wieżą. Trzeba pokazać dokładną trajektorię lotu. Wszystkie dane
są odczytane i znajdują się w rękach polskich ekspertów. Niezrozumiałe jest dla
mnie to, że te dane są wciąż tajne. Mamy dokładny opis tego, co piloci robili w
czasie lotu, jak zachowywała się maszyna, więc to wszystko można sprawdzić –
dodał gen. Baraniecki.
Podejście cywilne na wojskowym lotnisku
Akredytowany przy MAK odniósł się też do trudności w ustaleniu jednej wersji
dotyczącej charakteru lotu polskiej delegacji do Smoleńska. Jak mówił, "Rosjanie
próbują tłumaczyć, że to było podejście na warunkach cywilnych, więc kontroler
nie musiał prosić o podawanie wysokości. Nie w pełni się z tym zgadzam. Cała
trójka na wieży to byli wojskowi. Oni nawet nie znali procedur podejścia
cywilnego". Zdaniem naszych rozmówców, dyskusja na ten temat nie jest
pierwszorzędna, bo bez względu na to, według jakich procedur lądował samolot,
nie ulega wątpliwości, że brakowało komunikatów z wieży. Jednak mimo sugerowanej
nieznajomości procedur Klich nie podważał jakości pracy rosyjskich kontrolerów
lotu na Siewiernym. Co więcej uznał, że Paweł Plusnin był najrozsądniejszą osobą
na wieży. Na jakiej podstawie Klich wysnuł takie wnioski i dlaczego tak
"rozsądny" kontroler – skoro już nie zamknął lotniska – nie reagował właściwie
na to, co działo się z samolotem? Tego nie wyjaśnił. – To tłumaczenie Rosjan.
Jak Plusnin czy ktokolwiek inny na wieży mógł coś zrobić, skoro nie znano
procedur, a do tego, jeśli mówimy o procedurach cywilnych, to nie miał on nic do
gadania – ocenił Goliński. Podobnie sprawę widzi gen. Baraniecki. – Dlaczego
Plusnin nic nie zrobił? Z tego, co wiemy, nic nie sugeruje, by Rosjanie chcieli
zrobić cokolwiek, aby ten samolot nie lądował w złych warunkach. Kontrolerzy
działali tak, by go posadzić, a na dodatek nie pomagali, a nawet przeszkadzali
pilotom – dodał.
Ryżenko w krzyżowym ogniu pytań
Polski akredytowany w obronę brał także drugiego kontrolera: Wiktora Ryżenkę,
który "nie miał ochoty być w krzyżowym ogniu pytań zadawanych przez siedmiu
ludzi", chodziło o członków komisji badającej wypadek. – To oczywiste, że od
świadków "wyciąga się" informacje. Robi się to przez stawianie podchwytliwych
pytań. Aby potwierdzić wiarygodność świadka, informuje się go nawet, że mamy np.
wykres z FDR i pyta się go, jaką, według jego oceny, samolot miał np. prędkość
zniżania itp. – uznał Goliński. Jak dodał, oczywiste jest, że nie stosuje się tu
żadnych form przemocy, ale rzeczowe pytania odnoszące się do czynności, za jakie
odpowiedzialność brała konkretna osoba, muszą podczas takiej rozmowy paść.
Nagrania wieczorową porą
Edmund Klich barwnie opowiadał o swojej pracy. Jak przyznał, niedługo po
katastrofie otrzymał nagrania rozmów na wieży. – Słuchałem tych rozmów nawet
wieczorami, żeby wyczuć, jaka atmosfera była na wieży, jakie tam były emocje –
relacjonował. W ocenie Golińskiego, taki sposób narracji prowadzonej przez
Klicha w sprawie katastrofy smoleńskiej można odebrać jako promocję własnej
osoby. – Przecież podobnie było podczas spotkania z dziennikarzami, kiedy pan
Klich więcej mówił o swoich książkach niż na temat badania wypadku – dodał.
Klich wyznał, że w pierwszych dniach po katastrofie otrzymał jakoby polecenie od
osoby odpowiedzialnej za stan lotnictwa wojskowego, by działać tak, aby jak
najmniej odpowiedzialności było po polskiej stronie. – Usłyszałem wprost, że
trzeba robić wszystko, żeby jak najmniej odpowiedzialności było po naszej
stronie. Należy pytać Rosjan, dlaczego oni nie zamknęli lotniska. W tę stronę
trzeba iść – mówił. Dlaczego zatem do tej pory nikt nie wpłynął na Rosjan, by ci
przekazali nam przepisy dotyczące np. kwestii zamknięcia lotniska? Dlaczego od
10 kwietnia winą za katastrofę obciążani są piloci? – Rozumiem, że mogła być
rozmowa, aby on, jako Polak i ekspert lotniczy, pilnował, by Rosjanie przekazali
nam wszystkie materiały, dokumenty, bo nasze to zawsze znajdziemy. Taka
interpretacja może wynikać z braku wiedzy na temat współpracy z Rosjanami i z
braku doświadczenia – ocenił gen. Baraniecki.
Kto zrezygnował z nawigatora
Klich wskazywał ponadto na dziwne okoliczności rezygnacji z rosyjskiego
nawigatora. – Zrezygnowali z nawigatora, bo załogi posługują się rosyjskim.
Jakim rosyjskim? Kto to sprawdzał? Na jakim poziomie jest ten rosyjski, jakie
daje im to uprawnienia? Znają rosyjski tak, że mogą sobie pogadać w tym języku,
czy znają także procedurę podejścia i komunikacji podczas podejścia? – pytał. W
ocenie komentatorów, skoro nie było nawigatora i nie można było lądować na
Siewiernym, to dlaczego Rosjanie nie reagowali? Ponadto, jeśli brak nawigatora
nie został zauważony, to może jednak Rosjanie dogadywali się z załogą Tu-154M? –
Kwestię obecności nawigatora należy wyjaśnić prawnie. Dawniej lider był
potrzebny po to, by samolot nie zboczył z zaplanowanej trasy i jego pasażerowie
nie zobaczyli więcej, niż mogą – podkreślił gen. Baraniecki. "Nasz Dziennik"
informował już, że to Rosjanie zrezygnowali z wymogu obecności lidera na
pokładzie.
Marcin Austyn
