Rodzina, demografia, gospodarka

Jan Maria Jackowski

Blisko połowa Polek (poza rolnictwem) pracuje zawodowo. Przyjęty po II wojnie światowej, od początku istnienia państwa socjalistycznego – i istniejący do chwili obecnej – slogan „kobieta pracująca” miał być symbolem nowoczesności i postępu oraz kryterium ideologicznie rozumianej emancypacji. Tymczasem badania naukowe potwierdzają to, co jest oczywiste, że prawie każda kobieta w Polsce pracuje jeszcze przynajmniej na jeden etat w domu. Wycena pracy domowej – w przeważającej części wykonywanej przez kobiety – wskazuje, że w skali roku stanowi ona równowartość kilkuset miliardów złotych, czyli 1/3 produktu krajowego brutto.

Częstym argumentem na rzecz pracy kobiety jest czynnik ekonomiczny, który jest pochodną systemu, w którym z jednej pensji nie można utrzymać nawet 3-osobowej rodziny. Skutki tego systemu prowadzą do ekonomicznych anomalii. Jedno miejsce w przedszkolu lub żłobku w dużym mieście w Polsce kosztuje budżet gminy, czyli podatników, od 1000 do nawet kilku tysięcy złotych (utrzymanie budynku, płace personelu i administracji, dofinansowywanie posiłków dzieci etc.). Oprócz tego rodzice wnoszą opłatę za korzystanie przez dziecko z przedszkola lub żłobka.

Kobieta, która w tym czasie pracuje, często nie zarabia więcej niż koszt, jaki ponosi gmina na zorganizowanie jednego miejsca w przedszkolu lub żłobku. Z punktu widzenia właśnie ekonomicznego, jeśli zostałyby stworzone ramy prawno-ekonomiczne, zachęcające do wychowania zwłaszcza dzieci najmłodszych przez ich mamy, to zostałyby ograniczone koszty, jakie sektor publiczny ponosi z tytułu utrzymywania żłobków i przedszkoli, a dziecko miałoby mamę i byłoby wychowywane w domu. Z drugiej strony miejsce pracy kobiety mógłby zająć bezrobotny, rodzina z kolei miałaby pieniądze, a gmina, czyli my wszyscy, wydawalibyśmy mniej na podatki.


Między feminizmem a nowoczesnością


Często wysuwany jest zarzut, że tego rodzaju postulaty są „niepostępowe”, „zniewalają kobietę”, nie pozwalają jej na „samorealizację”. Poglądy tego rodzaju nie mają uzasadnienia. Po pierwsze, nie chodzi o to, by wszystkim narzucać jakiś jeden powszechnie obowiązujący wzorzec. Nowoczesna polityka społeczna i rodzinna polega na prawie wyboru i wdrożeniu systemu, w którym kobieta może wybierać i realizować się albo przez pracę zawodową, albo pracując w domu. Wybierając którekolwiek rozwiązanie, nie jest dyskryminowana ideologicznie i ekonomicznie, tak jak obecnie, gdy decyduje się na pracę w domu. Przecież rola kobiety nie polega tylko na wykonywaniu prac domowych, ale przede wszystkim na kształtowaniu nowego człowieka w procesie wychowania. Stąd – i to jest charakterystyczne dla naszej narodowej tradycji – wyjątkowa rola kobiety, która jako strażniczka ogniska domowego nie tylko zajmuje się prowadzeniem domu, ale przede wszystkim kształtuje nowego człowieka i buduje wspólnotę osób opartą na miłości.

Usystematyzowana ideologia wyprowadzenia kobiety z domu, wmawianie jej, że praca zawodowa jest jej najwyższym dobrem i upaństwowienie wychowania dzieci rozpoczęło się w okresie międzywojennym w Szwecji. W 1930 roku wydano w tym kraju książkę Alvah i Gunnara Myrdalów (Gunnar Myrdal – ekonomista i polityk, oboje laureaci Nagrody Nobla) zatytułowaną „Crisis in the Population Questions”. To w tej publikacji zajmująca się dziećmi i domem kobieta została określona jako „słaba”, „głupia”, „leniwa” i „nieambitna istota”. Od tego czasu upowszechnia się tę ocenę w świadomości wielu społeczeństw, a w Polsce szczególnie w okresie PRL. Po 1989 roku deprecjacją kobiety pracującej w domu szczególnie ostro zajmuje się feminizm ideologiczny.

Feminizm ideologiczny jest silnie zakorzeniony w tradycji marksistowskiej. O ile istotą myśli Marksa była walka klas, o tyle istotą feminizmu ideologicznego jest walka między czynnikiem męskim a żeńskim. Feminizm bazuje na przekonaniu, że dotychczasowe stosunki międzyludzkie krzywdziły kobietę (klasa uciemiężona), toteż w imię sprawiedliwości społecznej należy przemodelować zastane struktury społeczne włącznie z instytucją małżeństwa i rodziny, a także przewartościować nawyki kulturowe. Wewnętrzna sprzeczność w ideologicznym feminizmie polega na tym, że jego apologetki starają się dokonać rzeczy niemożliwej. Mianowicie usiłują zaprzeczyć oczywistej i wynikającej z biologii i psychiki różnicy między płciami i w sposób nieraz tragikomiczny dążą za wszelką cenę do wprowadzenia całkowitej wymienialności funkcji między mężczyzną a kobietą, a niekiedy wręcz wykazania wyższości kobiety.

Zamiast pełni człowieczeństwa, czyli ubogacającej komplementarności, uzupełniania się osobowych, rodzinnych i społecznych funkcji mężczyzny i kobiety, próbuje się narzucić szczególny rodzaj równouprawnienia. Jest ono rozumiane wtedy nie jako poszanowanie godności i autonomii – przy dostrzeganiu oczywistych różnic – ale totalne wymieszanie, standaryzacja i ujednolicenie, wytworzenie „czegoś” pośredniego między „chłopobabą” a „babochłopem”. Postulat zniesienia różnic między kobietami a mężczyznami, odrzucenie naturalnego odczytania powołania, godności oraz wartości bycia mężczyzną czy kobietą prowadzi do wylania dziecka z kąpielą, gdyż jest proponowane kobietom bezkrytyczne naśladownictwo na sposób mężczyzn, w zastępstwie mężczyzn czy wreszcie bez mężczyzn. Tym samym jest sankcjonowana dominacja mężczyzn. I w tym przejawia się kompleks feminizmu.

„Możliwość kariery zawodowej, uwolnienie od obowiązków rodzinnych i domowych, ucieczka od ekonomicznej i psychologicznej zależności od mężów są celami ruchów feministycznych od ponad wieku. Jednak osiągnąwszy te cele, wiele kobiet zaczyna dostrzegać, że cena, jaką musiały zapłacić, okazała się zbyt duża. Widzą, że kariera zawodowa wymaga od nich większego poświęcenia niż od mężczyzn, ponieważ czują – wbrew temu, czemu niektóre feministki starają się zaprzeczyć i w czym niektórzy ojcowie przyznają im rację – że nadal ich podstawowym obowiązkiem jest opieka nad dzieckiem. Wiele kobiet rozczarowało również rozwiązanie proponowane przez państwo w postaci finansowanych przez rząd ośrodków opieki dziennej. Nawet najlepsze ośrodki, a wielu z nich daleko do doskonałości, nie dają dziecku tego, co zwykła rodzicielska opieka w domu” – pisze w książce „Jeden naród, dwie kultury” znana amerykańska intelektualistka Gertrude Himmelfarb.

Obecnie w Polsce aż 95 proc. kobiet pracujących zawodowo pracuje w pełnym wymiarze czasu. Praktycznie nie istnieje nowocześnie stymulowany i elastyczny rynek pracy. Nie jest rozpowszechniona instytucja „part time”, a więc częściowe zatrudnienie kobiet, w niepełnym wymiarze czasu. Właśnie elastyczne formy zatrudnienia ze względu na czas pracy, miejsce pracy i zakres pracy, umożliwiające kobiecie pogodzenie funkcji rodzinnych z realizacją się w pracy zawodowej, świadczą o nowoczesności i są wyznacznikiem współczesnych tendencji w krajach wysokorozwiniętych. W tych krajach rozwinięta jest instytucja telepracy wykonywanej w domu, a kontakt z pracodawcą zapewnia telefon i internet. W UE jest promowana praca na pół etatu oraz tworzenie warunków przyjaznych łączeniu pracy zawodowej z wychowywaniem dzieci. Wprowadzane są także umowy na pracę z dwiema osobami, a do pracy idzie ta osoba, która w danym momencie może, a druga opiekuje się dzieckiem (job sharing).


Ważna książka


Cennym wkładem do dyskusji na te tematy jest świeżo opublikowana książka dr Ilony Błaszczak-Przybycińskiej zatytułowana „Produkcja gospodarstw domowych jako czynnik dochodotwórczy” (Warszawa 2008). Praca ta – podejmująca bardzo ważną problematykę z pogranicza ekonomii i statystyki społecznej – została wydana w cenionej serii monografii i opracowań Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Autorka analizuje w niej zagadnienie wartościowego ujęcia produkcji domowej, za którą uważa się zespół dóbr wytwarzanych nieodpłatnie na rzecz własnego gospodarstwa. Jak wiadomo, wytworzenie produktów i usług w gospodarstwie domowym wymaga nie tylko nakładu pracy, której przypisuje się największą wartość, ale również nakładu kapitału oraz dóbr nabywanych na rynku, stanowiących konsumpcję pośrednią.

Wycena produkcji domowej jest obecnie przedmiotem wnikliwych analiz w rozwiniętych krajach na świecie, gdyż już wiadomo, że w zależności od państwa stanowi gigantyczną równowartość od 25 do 35 proc. produktu krajowego brutto danego kraju i do tej pory była marginalnie uwzględniana w badaniach nad gospodarstwami domowymi i w ich relacji do gospodarki narodowej. Jednym z powszechnie stosowanych wskaźników dobrobytu społecznego jest produkt krajowy brutto (PKB). Mimo iż jest wykorzystywany jako miernik dobrobytu, od dawna podkreśla się w literaturze przedmiotu, że pomiar oparty wyłącznie na tym wskaźniku jest niewystarczający. Miernik ten nie uwzględnia bowiem całokształtu działalności ekonomicznej w gospodarce. Produkcja gospodarstw domowych wytwarzana nieodpłatnie przez członków tych gospodarstw jest jednym z najistotniejszych elementów pomijanych w obliczaniu PKB.

Poza tymi przyczynami, które mają charakter bardziej uniwersalny, dodatkowo w Polsce słabe zainteresowanie tą problematyką ma charakter mentalny. Mimo bardzo istotnej wartości w gospodarce narodowej, pieniężne ujęcie pracy domowej jest w wielu środowiskach uznawane za niecelowe i nieuzasadnione. Wiąże się to między innymi z niską rangą pracy wykonywanej w domu w ocenie społecznej, gdyż jest ona postrzegana jako praca niewymagająca kwalifikacji, monotonna, powtarzalna, „niewidzialna”, ponieważ jej efekty są przyjmowane jako sprawa oczywista. Ponadto traktowana jest jako naturalny obowiązek wynikający z racji międzypokoleniowych zobowiązań w rodzinie, który nie powinien być poddawany analizie ekonomicznej.

Istnieją różne kwalifikacje czynności związanych z prowadzeniem gospodarstwa domowego. Zazwyczaj przyjmuje się następujące: obróbka żywności, utrzymanie porządku, przygotowanie i utrzymanie odzieży, ogrodnictwo i opieka nad zwierzętami domowymi, budowa, remonty i naprawy miejsca zamieszkania, zakupy i korzystanie z usług, zarządzanie gospodarstwem domowym, opieka nad dziećmi, opieka nad osobami dorosłymi. Europejskie biuro statystyczne Eurostat zaleca jako punkt wyjścia do wyceny pracy i produkcji gospodarstw domowych następujące funkcje: zapewnienie i utrzymanie mieszkania, zapewnienie wyżywienia, zapewnienie i utrzymanie odzieży, funkcje wychowawczo-opiekuńcze, transport.

Znane są różne metody wyceny tych prac. W metodzie opartej na wyniku przyjmuje się założenie, iż produkcja i usługi świadczone w gospodarstwach domowych można wycenić według cen rynkowych ekwiwalentnych dóbr dostępnych na rynku. Przy czym, dla poprawności metodologicznej tej metody, konieczne jest różnicowanie wyników podlegających wycenie według typu i jakości. Przykładem jest opieka nad dziećmi. Przecież przy wykonywaniu tej czynności można zajmować się inną pracą domową, można opiekę sprawować aktywnie, stymulując na przykład pozytywne wzorce wychowawcze, można ją sprawować biernie, ograniczając się do zapewnienia bezpieczeństwa dzieci, etc. Najstarszą z metod jest metoda oparta na wycenie zatrudnienia płatnej pomocy domowej. W metodzie uproszczonej wyceniana jest łączna wartość prac wykonywanych traktowana jako iloczyn średniego czasu przeznaczonego na czynności domowe i przeciętnej stawki wynagrodzenia.

Są i inne metody oraz kombinacje metod, a każda z nich ma swoje plusy i minusy. Jeszcze nie udało się wypracować uniwersalnego rozwiązania metodologicznego, które mogłoby znaleźć powszechne zastosowanie w międzynarodowej praktyce statystycznej, co ułatwiłoby badania porównawcze. Zestawienia wyników uzyskiwanych w różnych krajach, głównie z USA i krajów Europy Zachodniej, przy zastosowaniu różnych metod wyceny wskazują jednak, że wartość pracy domowej wynosi od 28 do 42 proc. PKB, przy średniej w granicach 35 procent.

W świetle przeprowadzonych przez Ilonę Błaszczak-Przybycińską badań na podstawie ogólnopolskiego badania budżetu czasu średnia miesięczna wartość pracy domowej oszacowanej w maju 2004 roku wynosiła 1265,72 zł i stanowiła 55,7 proc. średniego miesięcznego wynagrodzenia brutto w 2004 roku. Dla kobiet z rodzin z trojgiem i więcej dzieci miesięczna wartość prac wynosiła 1658,80 zł, z dwójką dzieci 1543,84 zł, z jednym dzieckiem 1450,06 złotych. Natomiast wycena dokonana na podstawie kosztów alternatywnych polegająca na przyjęciu założenia, że w czasie przeznaczonym na prace domowe osoba je wykonująca mogłaby pracować zawodowo według jednej stawki godzinowej i uzyskać wynagrodzenie, średnia wartość pracy domowej wyniosła 1431 złotych.

Po uwzględnieniu czasu trwania czynności oraz przeciętnego godzinowego wynagrodzenia brutto w zależności od płci uzyskano średnią miesięczną wartość prac dla kobiet na poziomie 1748 zł, a dla mężczyzn 1057 złotych. Roczna wartość pracy domowej w Polsce szacowana metodą kosztów alternatywnych z uwzględnieniem miesięcznych wskaźników dynamiki wynagrodzeń w relacji do produktu krajowego brutto kształtowała się na poziomie 40,2 proc. w 2004 r., 39,3 proc. w 2005 oraz 38,5 proc. w 2006 roku. Zauważalny spadek tych udziałów w wymienionym okresie może – według autorki – wskazywać, że zmiany w globalnej wartości produkcji domowej charakteryzują się niższą dynamiką niż zmiany w wartości PKB.


Skala zagrożeń


Ilona Błaszczak-Przybycińska w swojej książce koncentruje się na fotografii problemu badawczego, jakim jest próba wyceny pracy wykonywanej w domu. Zabrakło w niej wniosków szerszych, co z tej wyceny wynika dla kobiet, polskich rodzin, dla państwa, dla polityki względem rodziny, dla gospodarki narodowej. Zważywszy na fakt, że praca domowa jest wykonywana przede wszystkim przez kobiety, przemyślenia na przykład wymaga bardzo kontrowersyjny pomysł wyrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Kolejna sprawa to kwestia dostrzeżenia przez państwo faktu, że to kobieta rodzi i przede wszystkim wychowuje dzieci, zwłaszcza w okresie najwcześniejszym. Jest to przyczyną niesprawiedliwości dotykającej kobietę, bowiem jeżeli zrezygnuje ona z zarobkowej pracy zawodowej na rzecz aktywnego życia domowego, to zostanie wraz z rodziną ukarana, gdyż nie uzyskuje uprawnień do zasiłków czy emerytury oraz pełni usług socjalnych.

Istotę problemu ilustruje następujący przykład. W jednej rodzinie, Iksińskich, jest pięcioro dzieci, a w drugiej, Igrekowskich, tylko jedno. Jedni i drudzy utrzymywali i wychowywali dzieci, tylko że Iksińscy więcej. Z czasem dzieci dorastają i idą do pracy, a Iksińscy i Igrekowscy na emeryturę. Teraz to dzieci Iksińskich pracują na Igrekowskich, a nie odwrotnie, bo jak na razie system emerytalny jest taki, że emerytury są wypłacane na bieżąco z podatków płaconych przez aktualnie pracujących. Można powiedzieć, że Iksińscy, zainwestowawszy w wychowanie dzieci 5 razy tyle co Igrekowscy, dostają takie same emerytury albo znacznie niższe, gdyż pani Igrekowska – co bardzo częste – mając tyle obowiązków, pracowała w domu i „nie wypracowała” emerytury albo renty.

W ten sposób społeczeństwo dyskryminuje ekonomicznie kobiety wychowujące dzieci, opiekujące się chorymi, ludźmi w podeszłym wieku, niepełnosprawnymi, choć właśnie one i ich rodziny poprzez swoją pracę w domu wnoszą olbrzymi wkład do budżetu państwa, ale nie uczestniczą w jego podziale. Trudno nie zauważyć, że rozwój gospodarczy państw i dobrobyt społeczeństw byłby niemożliwy bez pracy wykonywanej w domu przez kobiety. Struktury państwa prawie w ogóle nie ponoszą jej kosztów, natomiast korzystają z niej, bo praca tych kobiet przynosi ogromne korzyści społeczeństwu. Praca w rodzinie w Polsce nie jest uważana za pracę. Rodzinę traktuje się wyłącznie jako miejsce konsumpcji, która winna być sowicie opodatkowana, a nie jako miejsce pracy bardzo przydatnej dla społeczeństwa.

Tymczasem Polska ma jeden z najmniejszych wskaźników dzietności w całej Europie. Nasz kraj się starzeje i wymiera. Rządzący, bez względu to, kto jest u władzy, nie mają pomysłu, jak przeciwdziałać dramatycznej zapaści demograficznej, która prowadzi do katastrofy na rynku pracy oraz załamania systemów emerytalnych i opieki zdrowotnej. Według dr. Cezarego Mecha, byłego wiceministra finansów, a obecnie doradcy prezesa NBP, w 2030 roku czeka nas 120 mld zł deficytu budżetowego: 80 mld zł więcej będziemy musieli przeznaczyć z państwowej kasy na emerytury i 40 mld zł na służbę zdrowia – taki jest finansowy wymiar katastrofy demograficznej w Polsce.

Polska stanie w obliczu ok. 10-procentowego deficytu budżetowego albo rozpadu systemów zabezpieczenia społecznego i zdrowotnego. O ile dzisiaj 16 proc. polskiego społeczeństwa jest w tzw. wieku poprodukcyjnym, to w 2030 roku będzie to już 30 proc., ponieważ na emeryturę przejdą roczniki powojennego wyżu demograficznego. Pociągnie to za sobą wzrost wydatków budżetowych na świadczenia emerytalne i zdrowotne o 120 mld zł rocznie. Tę astronomiczną kwotę będzie musiało dostarczyć do budżetu w formie podatków pokolenie naszych dzieci i wnuków, które za 10-20 lat wejdzie na rynek pracy. Problem jednak w tym, że jest ono bardzo nieliczne. Żeby zatem zebrać wystarczające środki w budżecie, należałoby podnieść podatki w naszym kraju aż o 50 proc., co jest z punktu widzenia gospodarczego i społecznego niemożliwe. A skoro tak, to świadczenia emerytalne i zdrowotne będą musiały zostać drastycznie zredukowane.

Skutki nadciągającej katastrofy finansowej można w pewnym stopniu ograniczyć, jeśli natychmiast podjęta zostanie aktywna polityka prorodzinna, prourodzeniowa i antyemigracyjna, a systemy emerytalny i zdrowotny zostaną zreformowane w taki sposób, aby nie przerzucały całego ciężaru świadczeń na przyszłe pokolenia. Z oficjalnych raportów jasno wynika, że zbliżająca się katastrofa demograficzno-gospodarcza jest przede wszystkim skutkiem niewłaściwej polityki wobec rodzin, na którą przeznacza się zaledwie 1,4 proc. PKB, a w krajach dawnej Unii Europejskiej, które już dziś mają lepsze wskaźniki demograficzne, przeznacza się 6-8 proc. PKB. Rząd Tuska proponuje środki zaradcze niewspółmierne do skali problemu: wydłużenie urlopu macierzyńskiego do 26 tygodni przy jednym dziecku, 39 tygodni przy następnych, korzystniejsze naliczanie składki emerytalnej płaconej przez pracodawcę osobom na urlopach rodzicielskich oraz zwolnienie rodziców powracających z urlopów macierzyńskich i wychowawczych ze składek na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych przez trzy lata.


Z deszczu pod rynnę


Polityka rodzinna wymaga całościowej koncepcji. To wsparcie, które proponuje rząd, jest za małe, by stymulować przyrost naturalny w Polsce i polepszać byt polskich rodzin. Działania powinny być znacznie większe. Całość rozwiązań finansowych jest niezwykle skromna, a proponowane rozwiązania są niewspółmierne do skali potrzeb. Propozycje rządowe nie zmniejszają też naszego dystansu względem innych państw europejskich. Koncepcja polityki rodzinnej musi być bardziej odważna, głębsza, i na to pieniądze muszą się znaleźć. W dyskusjach najczęściej jest podnoszony argument, że budżetu nie stać na politykę rodzinną. Jest to pogląd fałszywy, krótkowzroczny i nieodpowiedzialny szczególnie wobec wyzwania, jakim jest wyludnianie się kraju i starzenie się społeczeństwa. Polski już nie stać na brak polityki rodzinnej!

Dziś już jest coraz powszechniejsze przekonanie o szczególnej roli czynników niematerialnych w pobudzaniu rozwoju gospodarczego i społecznego. Kapitał ludzki jest tworzony w rodzinie i między innymi poprzez pracę domową, a kapitał społeczny jest tworzony przez rodziny. W Polsce przez ponad półwiecze dominowała marksistowska teoria ekonomii, w której wyznawano prymat czynników i zależności rzeczowych w gospodarce. Człowiek, jego zdrowie, energia, wiedza, pomysły, umiejętności, gospodarka czasem, motywacje działań nie były uwzględniane jako integralny element rozumowania ekonomicznego obciążonego dialektycznym dogmatem podziału na prace produkcyjne i nieprodukcyjne, a więc takie jak urodzenie, wychowanie i wykształcenie nowego pokolenia.

Z deszczu wpadliśmy pod rynnę. Logika neoliberalnego darwinizmu ekonomicznego „zapomina” również niejako o człowieku, a nastawiona jest przede wszystkim na zysk i konkurencyjność. Ujawnia się wewnętrzna sprzeczność, gdyż zysk za wszelką cenę nadaje gospodarce doraźną perspektywę, a z pola widzenia znikają cele długookresowe. Mechanizm neoliberalnego kapitalizmu jest nastawiony na szybkie efekty ekonomiczne, a więc agresywną walkę o popyt, od którego zależy krótkookresowy zysk. Natomiast kapitał intelektualny, wiedza wymaga długookresowych inwestycji społecznych związanych z odpowiednią polityką wobec rodzin, badaniami naukowymi, edukacją i nową informatyczną infrastrukturą.

Kapitał ludzki jest bardzo specyficznym zasobem, który jest źródłem przyszłej zdolności do pracy, usług, produkcji. Zasobem, którego nie można kupić na rynku jak inne aktywa, tylko trzeba go długotrwale wytwarzać. Przy czym kapitał ludzki jest albo tworzony przez inwestycję w człowieka, albo przez inwestycję w siebie. Istotnym czynnikiem przy jego tworzeniu jest czas i nakład pracy poświęcony na kształtowanie nowego człowieka albo czas poświęcony na inwestowanie w siebie i doskonalenie własnej wiedzy i umiejętności, a koszt tego czasu mierzony jest zazwyczaj utraconymi zarobkami. Państwo uchyla się od ponoszenia kosztów produkcji kapitału ludzkiego, a przecież sektor publiczny i cała gospodarka z niego korzysta.

W polskim systemie – co podkreślają znawcy tej problematyki – nie ma zasady ekwiwalentności. To oznacza, że nie są obciążane kosztami te podmioty, które korzystają z sektora (rodzin) wytwarzającego kapitał ludzki. Taki mechanizm powoduje, iż ten kapitał jest oddawany przez rodziny niejako „za darmo” w użytkowanie przez podmioty, które nie poniosły kosztów jego wytworzenia. Na przykład właściciele środków produkcji odnoszą korzyści z pracy wykonywanej w gospodarstwach domowych poprzez obniżanie kosztów odtworzenia siły roboczej. Książka Ilony Błaszczak-Przybycińskiej wnosi istotny wkład do wszechstronnej refleksji i opracowania całościowej polityki rodzinnej w Polsce.

drukuj