Reżyserię dziejów zostawmy Panu Bogu

Z o. prof. Jackiem Salijem OP, kierownikiem Katedry Teologii Dogmatycznej
Uniwersytetu Stefana Kardynała Wyszyńskiego, członkiem Komitetu Nauk
Teologicznych Polskiej Akademii Nauk, rozmawia Małgorzata Rutkowska

Coraz liczniejsze marsze za życiem i rodziną w naszych miastach zwiastują
radykalną zmianę w postawach Polaków. Czy "wiosna Kościoła" przepowiadana przez
bł. Jana Pawła II będzie mieć twarz obrońcy życia?

– Jednak również ruchy proaborcyjne są dzisiaj głośne, sądzę, że coraz bardziej
głośne. I bezwstydne. W tym sensie bezwstydne, że niektórzy ludzie nie ukrywają
się z tym, iż nie widzą niczego złego w zabiciu słabszego. I jeszcze domagają
się tego, żeby czynionego przez nich zła nie nazywać złem ani mu się w żaden
sposób nie przeciwstawiać.
Ale ma pani rację: zasadniczo w stosunku Polaków do aborcji nastąpiła radykalna
zmiana. Jeszcze raz okazało się, że najlepszą egzaminatorką słuszności i
niesłuszności naszych postaw jest rzeczywistość. W Polsce miliony ludzi zetknęły
się z aborcją w sposób osobisty. Popularne hasło amerykańskich obrońców życia
głosi, że aborcja to jeden zabity i jeden poraniony. A przecież poranionych jest
tu znacznie więcej – nie tylko matka zabitego dziecka, ale również jego ojciec,
również ci wszyscy, którzy w taki lub inny sposób przyczynili się do tego, że
dziecku nie pozwolono się urodzić. Dopuściwszy się takiego bezmiaru zła,
społeczeństwo w końcu musiało się ocknąć, w końcu musiało przyjść zrozumienie,
że zamach na życie poczętego dziecka jest wielkim złem.
Mechanizm powrotu społeczeństwa do moralnej przytomności zadziałał tu podobnie,
jak wcześniej stało się to w odniesieniu do przymusowego sterylizowania osób,
które przez "oświeconą" opinię publiczną były uznane za niegodne przekazywania
życia. Począwszy od roku 1907, w Stanach Zjednoczonych oraz w Europie zaczęto
ustanawiać nieludzkie prawa, które w oczach ówczesnych środowisk "postępowych"
wydawały się przejawem rzetelnej troski o zdrowe społeczeństwo. Szwedzka ustawa
z roku 1915, która wprowadziła "zakaz małżeństwa dla obłąkanych, epileptyków i
cierpiących na choroby weneryczne" oraz zalecenie sterylizowania takich osób,
została uchwalona jednogłośnie, przy jednym tylko głosie wstrzymującym się.
Sprzeciw Kościoła katolickiego wobec eugenicznej sterylizacji był krytykowany i
wyszydzany jako przejaw zacofania i obskurantyzmu. Trzeba było dopiero ogromnych
krzywd, jakie pod osłoną tych ustaw wyrządzono, trzeba było ponadto aberracyjnej
konsekwencji eugeniki hitlerowskiej, żeby społeczeństwa zdały sobie sprawę z
tego, iż człowiek nie ma takiej władzy, ażeby zło zmienić w coś dobrego. A my,
katolicy, możemy być dumni z tego, że Kościół od początku zdecydowanie
sprzeciwiał się tym pomysłom.
Osobiście nie przeceniałbym jednak tego rodzaju moralnych zwycięstw. Wydaje się,
że bardzo niekorzystnie zmienia się społeczny stosunek do Dekalogu. Być może
jesteśmy pierwszym pokoleniem, które zachowuje się tak, jakby nie potrzebowało
Dekalogu. Jeszcze 25 lat temu, gdy ktoś – wiedząc o tym, że jestem księdzem –
przedstawiał się jako niewierzący, to zazwyczaj od razu dodawał, że swoją
moralność opiera na Dekalogu. Dzisiaj nawet ludzie wierzący sprawiają nieraz
wrażenie, jakby przykazania Dekalogu, które im się nie podobają, ich nie
obchodziły, jakby to oni ustanawiali prawo moralne.

Ten bunt przeciwko prawu Bożemu to efekt zderzenia Kościoła w Polsce z falą
rewolucji kulturowej po 1989 roku?

– Ależ w zachodniej Europie jest dość podobnie. Początkowo jedynie oba
totalitaryzmy – bolszewizm oraz hitleryzm – wypowiedziały wojnę Dekalogowi i
próbowały ustanawiać "nową" moralność. Obecnie coraz częściej musimy przyznawać
rację Janowi Pawłowi II, który uważał, że demokracja bez wartości łatwo się
przemienia w jawny lub ukryty totalitaryzm. Początkiem każdego totalitaryzmu
jest pogarda dla obiektywnego prawa moralnego oraz zgoda na to, żeby prawo
moralne ustanawiali dyktatorzy, parlamenty albo sądy najwyższe.

Jak głęboka jest świadomość, że ta nowa forma dyktatury zagraża też
Kościołowi?

– Odwołam się do własnych wspomnień. W czasach mojej młodości całkiem niemało
moich profesorów z liceum to byli ludzie wierzący, nie wszyscy rzecz jasna, ale
wielu. Zaczynałem naukę w liceum w roku 1955…

Czyli w najcięższym okresie komunizmu…
– W każdym razie nie czuło się jeszcze, że za rok przyjdzie Październik. Wielu
ludzi ukrywało się ze swoją wiarą i moich nauczycieli – może poza jednym
wyjątkiem – w kościele nie widywałem. Toteż kiedy wstępowałem do zakonu,
przewidywałem, że będę księdzem w społeczeństwie zdechrystianizowanym. Później
dawało mi wiele radości stopniowe odkrywanie, jak grubo się pomyliłem.
Muszę zresztą ze skruchą wyznać, że moim pierwszym odruchem na najważniejszą
inicjatywę duszpasterską Prymasa Wyszyńskiego, dzięki której zarówno
społeczeństwo, jak i władza mogły się empirycznie przekonać, że Polska jest
krajem głęboko katolickim, zareagowałem młodzieńczą krytyką i sprzeciwem. Mówię
teraz, rzecz jasna, o trwającej całe lata, począwszy od roku 1958, peregrynacji
kopii Obrazu Jasnogórskiego, dzień po dniu nawiedzającej kolejne polskie
diecezje i parafie. Peregrynacja przerodziła się w wieloletnie rekolekcje
narodowe, w których codziennie uczestniczyło co najmniej kilka tysięcy wiernych,
dokonywały się wielkie nawrócenia i następowało ogólne ożywienie religijne.
Dopiero wtedy, gdy zaczęły dochodzić wieści o niezwykłych nawróceniach, o
nieustannie tłumnym uczestnictwie wiernych w kolejnych parafiach, zrozumiałem,
że te moje prawie dziecinne wyobrażenia Polski zdechrystianizowanej są po prostu
nieprawdziwe. Później oczywiście wielkim potwierdzeniem chrześcijańskiego
charakteru naszego społeczeństwa były uroczystości milenijne w roku 1966, nie
wspominając już o kolejnych przyjazdach Jana Pawła II. To były prawdziwe
przejawy wiosny w tamtej rzeczywistości, mówię oczywiście o swoim subiektywnym
odczuwaniu, bo zapewne historyk czy socjolog mógłby to zakwestionować. Ale wtedy
te symptomy były typowe dla wiosny: jeszcze wczoraj zima, a już dzisiaj wiosna,
rusza życie.

Rozumiem, że przywołany przez Ojca kontekst historyczny ma odniesienie do
naszych czasów. Otóż wydaje się, że dechrystianizacja, która tryumfuje w
społeczeństwach zachodnich, nie omija też Polski. Chociaż są powody do niepokoju
o kształt Kościoła przyszłości, ponad nasze obawy i lęki powinna być jednak
wiara, że zachowamy chrześcijańską tożsamość?

– Dechrystianizacja to sąd Boży nad nami, w którym ujawnia się, jak słaba, a
nieraz nawet pusta była wiara wielu z nas. Jednak nie ma takich mocarzy, którzy
potrafiliby sprawić, żebyśmy przestali być Bożymi stworzeniami i przestali Boga
potrzebować. Nie da się – jak trafnie zauważył Adam Mickiewicz – Pana Boga
wypędzić na bezpowrotną emigrację:

Wygnaliśmy z serc Boga,
weźmiem dobra po nim,
Gadać o nim
i pisać do niego zabronim;
Mamy nań sto gąb brzmiących
i piór ostrych krocie,
A ten zbrodniarz emigrant myśli
o powrocie?

Mickiewicz genialnie demaskuje tu represjonowanie wiary przez mentalność
oświeceniową jako istotne źródło dechrystianizacji, a zarazem nie wątpi, że jest
ono radykalnie nieskuteczne. I faktycznie – jako duszpasterz znam wiele rodzin,
w których wszystkie dorosłe dzieci gorliwie trwają w wierze, raz po raz jestem
świadkiem nawróceń, czasem wielkich. Być może każdy z nas ma znajomych, którzy
długo byli poza Kościołem i wnosili wiele zgiełku antykościelnego (a niekiedy i
antyreligijnego) do atmosfery społecznej, a w końcu przecież znaleźli drogę
zarówno do Boga, jak i do Kościoła.
Zarazem nie sposób nie dostrzegać licznych przejawów dechrystianizacji również w
Polsce. Nie brak rodzin, w których wierzący rodzice cierpią z powodu odejścia od
wiary niektórych, a niekiedy wszystkich swoich dzieci. Są środowiska, w których
trudno znaleźć rodziców chrzestnych dla swojego dziecka, bo prawie wszyscy
krewni i znajomi są albo niewierzący lub zobojętniali religijnie, albo żyją w
związkach niesakramentalnych. Zmniejsza się liczba wiernych przychodzących co
niedzielę do kościoła…

Długi czas polski katolicyzm był silny wiarą wsi. Czy dziś sytuacja się
zmieniła?

– Mam wrażenie, że wieś jest dzisiaj bardziej zlaicyzowana niż miasto.

Z czego Ojciec tak wnioskuje? Wieś to przecież źródło powołań, ostoja
tradycji, hierarchii, wartości.

– Pewnie tak było, pewnie tak niekiedy jeszcze jest, ale wydaje mi się, że
telewizja i internet usunęły dawne granice kulturowe między miastem a wsią. Może
tam, gdzie parafia jest mniejsza, a księża naprawdę gorliwi, procesy
dystansowania się wobec Kościoła są mniej zauważalne. Ale skorzystam z okazji,
że o tym mówimy, i powiem coś, co można zrozumieć dopiero w świetle wiary: to
nie jest tak, że dechrystianizacja jest przegraną Kościoła. Jeżeli to jest
przegrana, to tych ludzi, którzy odchodzą. Przecież odchodzą w ten sposób od
samego Chrystusa. Podobnie jak Szaweł, kiedy prześladował Kościół, prześladował
samego Chrystusa. Kościół nie jest partią polityczną, która musi się martwić o
zwolenników, bo jeżeli ich zabraknie, straci swoją siłę. Owszem, Kościołowi
wręcz bardzo zależy na ludziach, ale nie dlatego przecież, że chce być silny,
ale dlatego, że chce im pomóc w drodze do życia wiecznego. Szkoda, że nie da się
tego wytłumaczyć ludziom organizującym ruchy na rzecz wypisywania się z
Kościoła.

Na szczęście w Polsce to temat marginalny.
– Ale niestety dominujące u nas media robią wiele, ażeby przestał to być temat
marginalny. Podobnie jak o marszu życia, w którym uczestniczy kilkadziesiąt
tysięcy ludzi, w tych mediach się milczy, za to nagłaśnia się stuosobową
manifestację na rzecz promowania homoseksualizmu.

Akcja dechrystianizacyjna dotyka nie tylko Kościoła, ale przede wszystkim
uderza w jego najważniejsze zaplecze: w rodzinę. Jej tożsamość i zwartość są
zagrożone jak nigdy wcześniej.

– Są zagrożone nie tylko ze strony nieżyczliwych rodzinie mediów. Wiele rodzin
ulega rozbiciu w wyniku wyjazdów zarobkowych za granicę. Przedłużający się pobyt
poza swoją rodziną, niestety, często kończy się małżeńskim trójkątem albo nawet
czworokątem, ale nawet jeżeli nie, to przecież rodzinę osłabia. Oczywiście, to
też przekłada się na to, co pani nazywa dechrystianizacją. Człowiek, który
znalazł się w takiej sytuacji, o wiele łatwiej przestaje chodzić do kościoła,
niż osoba, która żyje w normalnej, trzymającej się razem rodzinie.

Przekonanie, że rodzina znalazła się w tyglu zmagań o cywilizację miłości,
motywuje wystarczająco do podejmowania zadań duszpasterskich?

– W piątek dorośli muzułmanie idą ze swymi synami do meczetu, w sobotę żydzi idą
ze swoimi synami do synagogi. Ale nie widać, żeby w niedzielę chrześcijańscy
ojcowie prowadzili swoich synów na Mszę Świętą. Kiedyś było inaczej. W Nowym
Testamencie mamy aż kilka wzmianek o tym, że ktoś, uwierzywszy w Chrystusa,
przyjął chrzest wraz z całym swoim domem. Wiara była naprawdę przestrzenią
duchową całej rodziny. Dzisiaj w gruncie rzeczy jesteśmy tak zindywidualizowani,
że wręcz często żona jest wierząca, a mąż nie, albo na odwrót, mąż chodzi do
kościoła, a żona prawie nigdy. Trudno się dziwić, że nasze dzieci tak łatwo
odchodzą od Kościoła.

Ksiądz kardynał Joseph Ratzinger zauważał, że nadzieją na odrodzenie
zachodniego chrześcijaństwa są małe, ale bardzo dynamiczne wspólnoty dające
odważne świadectwo swej wiary. Czy stoimy zatem przed dylematem: Kościół
elitarny czy masowy?

– Niech pani mnie nie zaprasza do udawania, że nadaję się na stratega
przyszłości. Ufam, że nie jestem aż tak pyszny, żeby zajmować się pytaniem, na
co stawiać: na Kościół masowy czy raczej elitarny. Pozwolę sobie tylko zauważyć,
że u nas, w Polsce, ci, którzy sami siebie uważają za elitę polskiego
katolicyzmu, przeważnie reprezentują katolicyzm selektywny. Ich elitarność
polega głównie na tym, że nieustannie krytykują biskupów i raz po raz zgłaszają
swoje votum separatum do nauki Kościoła. Katolicyzm naprawdę elitarny to
katolicyzm żarliwy, zaangażowany w Kościół, szanujący tych współwyznawców,
którzy nie wstydzą się w Wielkim Poście chodzić na Gorzkie Żale, a w czerwcu na
nabożeństwa czerwcowe. Katolicyzm elitarny nie polega przecież na tym, żeby z
różnych stron podgryzać naukę Kościoła czy dystansować się od biskupów.

A jak Ojciec ocenia religijność grupy określanej jako "młodzi, wykształceni,
z wielkich miast", czyli elektoratu partii liberalno-lewicowych?

– Myślę, że jest z tym bardzo różnie. Patrzę na naszą dominikańską młodzież,
tzn. na kleryków i młodych księży. Większość z nich pochodzi z wielkich miast, z
rodzin inteligenckich. A na jaką partię oni głosują, to ja tego nie wiem, ale
nie sądzę, żeby któryś z nich głosował na SLD. Jak pani widzi, uciekam od
zadanego mi pytania.

Przeciwstawieniem katolicyzmu elitarnego – w dobrym tego słowa znaczeniu –
jest katolicyzm selektywny, gdy prawdy wiary są traktowane jak towar w
supermarkecie. Jak w tej sytuacji powinien reagować Kościół?

– Bardzo mi zaimponowali biskupi amerykańscy, gdy wydali dokument, w którym
stwierdzili, że ktoś taki jak John Kerry [kandydat Partii Demokratycznej w
wyborach prezydenckich w USA w 2004 r.], który mimo że jest katolikiem, to
bronił prawa aborcyjnego, nie powinien być dopuszczony do Komunii Świętej. W
Polsce analogiczny dokument wywołałby potężne krzyki, może nawet niektórych
katolików.

U nas osoby określające się jako katolicy wypowiadają się publicznie za in
vitro, chwalą "kompromis" w sprawie aborcji. Dlaczego nauczanie moralne Kościoła
tak trudno przebija się do sumień?

– Arystoteles twierdził, że niewolnik to ktoś taki, kto "o tyle tylko ma związek
z rozumem, że spostrzega go u innych, ale sam go nie posiada". Myślę, że
mentalność niewolnicza jest plagą współczesnych społeczeństw, chyba większość z
nas swój rozum ma poza sobą. A jeśli twój rozum znajduje się w telewizorze, to
sprzeciw Kościoła wobec zapłodnienia in vitro będziesz odbierał jako niepojętą,
irracjonalną i bezduszną decyzję biskupów. Wydaje się, że wielu ludzi, również
katolików, którzy bronią in vitro, nie odczuwa najmniejszej potrzeby poznania
powodów, dla których Kościół się tej metodzie sprzeciwia.

Lobby za in vitro ma po swojej stronie media, które przedstawiają procedurę
in vitro jako coś dobrego, ukrywając fakty o eugenicznym charakterze tej metody.

– Tak, ale też warto wiedzieć, że egzaminatorką słuszności naszych poglądów
ostatecznie zawsze jest rzeczywistość. Jeden z pionierów zapłodnienia in vitro,
prof. Jacques Testart, w którego laboratorium zostało poczęte pierwsze
francuskie dziecko urodzone dzięki zastosowaniu tej metody, stał się
zdecydowanym jej przeciwnikiem. Nie da się go oskarżyć, że nie wie, o co chodzi.

Coraz więcej na stronę życia przechodzi też aborterów i ludzi pracujących w
tym zbrodniczym przemyśle.

– Tak, dr Bernard Nathanson, autor filmu pt. "Niemy krzyk", ma licznych
następców. Ostatnio czytałem przejmujące wyznanie rumuńskiej ginekolog, dr
Moniki Campean, zatytułowane znamiennie: "Zatraciłam swoje człowieczeństwo".
Powtarzam: sama rzeczywistość jest najlepszą egzaminatorką nowych nurtów, jakie
pojawiają się w naszej cywilizacji. Mówiłem już o tym, jak przeegzaminowała nas
ona z nieludzkości promowanej przez prawa o przymusowej sterylizacji. Szkoda
tylko, że w ciągu kilkudziesięciu lat tak wiele krzywd zadano w imię tych praw.

Za kilkadziesiąt lat tak samo będzie z aborcją?
– Przyszłym pokoleniom zapewne trudno będzie uwierzyć w to, że aborcyjne
barbarzyństwo osiągnęło w naszych czasach aż takie rozmiary. Wydaje się, że
nawet racje ekonomiczne zaczną w końcu wspomagać sprzeciw wobec takiej łatwości
zabijania naszych dzieci – przecież społeczeństwa naszej sfery cywilizacyjnej
się wyludniają. Poniekąd rozpoczynają się czasy nowej wędrówki ludów.

Z drugiej strony front za życiem tworzą przedstawiciele innych wielkich
religii i cywilizacji – islamu i judaizmu. Kiedy dołączą politycy?

– Jednak nurty liberalne, opowiadające się raczej po stronie cywilizacji użycia
niż cywilizacji życia, wydają się dość mocne zarówno w judaizmie, jak i w
chrześcijaństwie. Marzy się pani front za życiem. Mnie również. Ufam, że może
już niedługo w formacjach lewicowych pojawią się jacyś autentyczni obrońcy
życia.

Wierzy Ojciec, że to jest możliwe? Partie lewicowe są agresywnie
antychrześcijańskie, wrogie nauczaniu Kościoła, sieją spustoszenie w duszach.

– W każdym razie my, katolicy w Polsce, powinniśmy sprzyjać kształtowaniu się w
środowiskach lewicowych postawy pro-life. Wydaje się, że nasz katolicyzm jest
zanadto związany z prawicą, a powinniśmy być raczej ponadpartyjni. Owszem, w tej
chwili moralności chrześcijańskiej bronią u nas raczej partie prawicowe niż
lewicowe. Warto jednak nie udawać, że również po prawej stronie sceny
politycznej nie widzimy zdeklarowanych ateistów albo że nie słyszymy z tamtej
strony wypowiedzi wrogich Kościołowi. Zresztą dość przypomnieć, co stało się z
chrześcijańską demokracją w krajach zachodnich.

To prawda, chadecja zdradziła swoją tożsamość, nie różniąc się niczym w
sferze wartości od lewicy. Niemniej jednak teza o uchrześcijanieniu formacji
lewicowej wydaje się dość ryzykowna.

– To nie jest moja teza, to jest moja tęsknota, która jest oparta na realiach.
Ostatnio Grzegorz Górny w tekście pt. "Biedny ateista patrzy na klinikę
aborcyjną" przedstawił polskiemu czytelnikowi całą grupę włoskich lewicowców i
innych ateistów z Giuliano Ferrarą na czele, występujących w obronie dziecka
poczętego. Żarliwym przeciwnikiem aborcji był nieżyjący już prof. Norberto
Bobbio, włoski lewicowy prawnik i filozof, który wzywał swoich ideowych
towarzyszy: "Nie pozwólmy, żeby Kościół miał monopol na obronę dziecka
poczętego". My takie hasła przyjmujemy z największą wdzięcznością, Kościół
naprawdę nie chce tu być monopolistą. Całkiem niemało ludzi niewierzących działa
też przeciwko legalnej eutanazji. Żeby za daleko nie szukać – felietonista
ateistycznego tygodnika "Argumenty", prof. Roman Zimand, opublikował w swoim
czasie niezwykle stanowczy tekst przeciwko eutanazji. Zaś jego kolega, dr
Ryszard Fenigsen, jest autorem kilku wspaniałych, kompetentnych książek w
obronie cywilizacji życia.

Trzeba więc stanąć na płaszczyźnie prawa naturalnego i prawdy o człowieku?
– Dokładnie. Moim zdaniem, to największe nieszczęście lewicy, że tak się
uwikłała w postawy niezgodne z Dekalogiem, by zyskać jakiś procent elektoratu,
jakąś liczbę miejsc w parlamencie. Ale w gruncie rzeczy to jest ku ich własnej
zgubie. Zrozumiał to nawet zacięty antyklerykał, jakim jest Daniel Ortega, który
wprowadził w Nikaragui ustawy broniące dziecka poczętego. Przecież z tego można
się tylko cieszyć.

Jakimi kryteriami powinien kierować się katolik uczestniczący w wyborach, np.
parlamentarnych?

– Na to pytanie odpowiem cytatem z dokumentu przygotowanego na synod biskupów w
roku 2005: "Niektórzy przyjmują Komunię św., choć nie zgadzają się z nauczaniem
Kościoła i publicznie popierają zachowania niemoralne, takie jak aborcja, nie
bacząc na to, że dopuszczają się poważnej nieuczciwości i są przyczyną
zgorszenia. Ponadto istnieją katolicy, którzy nie rozumieją, dlaczego grzechem
jest udzielanie politycznego poparcia kandydatowi, który otwarcie opowiada się
za aborcją czy innymi poważnymi czynami przeciw życiu, sprawiedliwości i
pokojowi" ("Instrumentum laboris", s. 73).

A może nasze wybory polityczne byłyby inne, gdybyśmy mieli większą
świadomość, jak bardzo katolicy w Europie i w świecie liczą na Polskę? Jak wiele
zależy od świadectwa w tym zmaganiu Kościoła z anty-Kościołem?

– Moim zdaniem, tutaj nie trzeba myśleć globalnie. Przemawia do mnie następująca
mądrość, przekazywana przez kolejne pokolenia zakonników: "Nawet jeżeli w jakimś
klasztorze jest dużo zepsucia, to wolno ufać, że nigdy nie jest tak, żeby nie
znaleźli się w nim ludzie prawdziwie Boży. A nawet jeżeli klasztor jest
niesłychanie gorliwy, to jest dość prawdopodobne, że jeden czy drugi bezbożnik
też się w nim znajdzie". Zwycięstwa Boże dokonują się w ludzkich duszach. To nie
jest myślenie indywidualistyczne, bo zwycięstwo w jednej duszy będzie
promieniowało na innych. Krótko mówiąc, niedobre jest myślenie strategiami
społecznymi. Róbmy to, co do nas należy, a Panu Bogu nie zaglądajmy do rękawa,
zwłaszcza że On i tak nam na to nie pozwoli. Reżyserię dziejów zostawmy Panu
Jezusowi.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj