„Przyjazne państwo” Palikota
W ciągu ponad 200 dni – 155 posiedzeń, czyli po odliczeniu sobót, niedziel i innych wolnych dni – więcej niż jedno posiedzenie dziennie – taki jest najkrótszy bilans działalności sejmowej komisji „Przyjazne państwo”, kierowanej przez posła Platformy Obywatelskiej Janusza Palikota. Ambicją tego grona osób jest pokazanie absurdów w polskim prawie, a w konsekwencji ich wyeliminowanie. Ale jeśli przyjrzeć się dotychczasowym efektom prac komisji, to są one mizerne, a szkoda, bo gdyby rzeczywiście komisja była skuteczna, mogłaby okazać się jednym z najbardziej pożytecznych organów naszego parlamentu w ostatnich 19 latach.
W czasie, gdy Sejm był już na wakacjach, Janusz Palikot wezwał posłów ze swojej komisji na posiedzenie do Warszawy, aby podsumować dotychczasowe efekty prac „Przyjaznego państwa”. Z raportu, jaki przedstawiono opinii publicznej, wynika, że do końca lipca komisja rozpatrzyła 500 projektów ustaw, z których prawie 70 zostało skierowanych do marszałka Sejmu. Najważniejsze sprawy, jakimi według posłów zajmowano się podczas posiedzeń, to m.in. projekty zmian ustawy o podatku od towarów i usług czy nowelizacje ustaw: o rachunkowości oraz ordynacji podatkowej, o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, o ochronie gruntów rolnych i leśnych czy wreszcie o podatku od spadków i darowizn. Ale to wciąż tylko projekty.
Komisja – listek figowy
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to mierny efekt działalności przewodniczącego Palikota i jego kolegów z komisji. Można nawet powiedzieć, że w „Przyjaznym państwie” jak w soczewce uwidacznia się charakter rządów koalicji PO – PSL: dużo obietnic, dużo promocji i marketingu politycznego, a niewiele konkretnej treści. Ta komisja miała być niejako przeciwwagą dla dużego podobnego projektu PiS z poprzedniej kadencji – komisji „Solidarne Państwo”, która miała rozpatrywać najważniejsze z punktu widzenia rządu projekty ustaw. Celem komisji Palikota było natomiast pokazanie, jak należy ułatwić życie zwykłym obywatelom i przedsiębiorcom, aby przyspieszyć m.in. rozwój gospodarczy i zlikwidować biurokratyczne bariery. Ale projekt pod hasłem „Przyjazne państwo” nie wypalił, bo wypalić nie mógł. I to nie z powodu braku kwalifikacji posłów zasiadających w komisji, ale przede wszystkim z przyczyn obiektywnych.
Po pierwsze, ta komisja nigdy nie była poważnie traktowana przez premiera Donalda Tuska i jego otoczenie. Zapewne wielu Czytelników dobrze jeszcze pamięta wypowiedzi choćby przewodniczącego klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Zbigniewa Chlebowskiego, który wyrażał nadzieję po bezpardonowych atakach Palikota na Lecha Kaczyńskiego, że poseł zajmie się teraz pracami w komisji i da spokój prezydentowi. Ta komisja miała być po prostu dowartościowaniem Janusza Palikota, bo jego megalomania i przekonanie o swojej wyjątkowości są powszechnie znane. Poseł z Lublina nie miał żadnych szans na objęcie funkcji ministra. Nie bardzo też było wiadomo, jaką stałą komisję dać Palikotowi i stąd pomysł z „Przyjaznym państwem”.
Po drugie, pozycja komisji jest słaba, bo praktycznie jej inicjatywa ustawodawcza jest ograniczona. Regulamin Sejmu przewiduje, że projekt ustawy posłowie muszą przesłać marszałkowi Sejmu i dopiero on może skierować taki dokument na obrady plenarne izby. Ale każdy taki projekt musi być zaopiniowany przez rząd, w tym przez zainteresowane ministerstwa. Jeśli one zgłoszą sprzeciw lub jakieś uwagi, procedura się wydłuża. W dodatku Janusz Palikot dubluje prace, które w Ministerstwie Gospodarki prowadzi wiceminister Adam Szejnfeld (PO), a mają one na celu odbiurokratyzowanie gospodarki. A współpracy między ministerstwem a komisją nie widać. Wątpliwe też, aby premier Tusk pozwolił Palikotowi błyszczeć w świetle fleszy, jako reformatorowi naszego prawa i gospodarki. Dlatego nawet dobre pomysły komisji będą opóźniane i rząd będzie przejmował nad nimi inicjatywę.
Dlatego nie powinno nas dziwić, że z pół tysiąca rozpatrywanych do tej pory projektów ustaw na 155 posiedzeniach komisji „Przyjazne państwo” tylko 68 zostało skierowanych do marszałka Sejmu, a 105 do Biura Analiz Sejmowych. Bronisław Komorowski uznał, że tylko 26 projektów nadaje się do obróbki parlamentarnej w komisjach i na posiedzeniach plenarnych. – Nasza komisja nie ma ułatwionej ścieżki legislacyjnej w stosunku do innych komisji, a wręcz jest ona utrudniona – mówi otwarcie poseł Wiesław Woda z PSL. Jego zdaniem, z czym całkowicie zgadza się przewodniczący Palikot, ustawy wchodziłyby w życie szybciej, gdyby nie celowe blokowanie projektów przez przewodniczących innych komisji oraz marszałka Komorowskiego. Palikot skarżył się, że ustawy z jego komisji leżą u marszałka średnio 53 dni, zanim trafią do posłów, a w komisjach branżowych czas oczekiwania na rozpoczęcie prac nad nimi to 35 dni. Dlatego przewodniczący postanowił na swój sposób nagrodzić tych, którzy w jego mniemaniu blokują prace „Przyjaznego państwa”. Maskotki kota otrzymali najwięksi „blokerzy”: obok marszałka Komorowskiego byli to także: poseł Leszek Korzeniowski (PO, przewodniczący komisji rolnictwa), Marek Kuchciński (PiS, szef komisji ochrony środowiska), a specjalne wyróżnienia przyznano szefom klubów PO i PiS: Zbigniewowi Chlebowskiemu i Przemysławowi Gosiewskiemu. Pierwszemu za to, że wzywał komisję do lepszej pracy (a przecież wedle Palikota, komisja pracuje znakomicie), a drugiemu za to, że konsekwentnie domaga się odwołania Janusza Palikota z funkcji przewodniczącego „Przyjaznego państwa”. Nikt z „nagrodzonych” jakoś nie przejął się wyróżnieniem. Bronisław Komorowski już zapowiedział, że i tak nie uruchomi jakiejś specjalnej ścieżki legislacyjnej dla projektów składanych w imieniu komisji przez Palikota. Posłowi jego własna partia pokazała miejsce w szeregu.
Małe efekty
Dotychczasowe efekty prac komisji są rzeczywiście słabe, a w niektórych przypadkach bardzo dyskusyjne. Najbardziej pewnie zapamiętamy komisję z kilku show autorstwa jej przewodniczącego, jak choćby wtedy, gdy przed kamerami stanął na kilku tysiącach kartek papieru, aby pokazać, w jakim tempie powstaje w naszym kraju prawo, które często jest zresztą niespójne i zamiast ludziom pomagać, stwarza problemy. Spore zaciekawienie mediów wywołał jeszcze konkurs na najbardziej absurdalny przepis prawny w Polsce, gdzie wygrał zapis mówiący o tym, że kierowca mający prawo jazdy kategorii D, ale niemający kategorii B nie może kierować samochodami osobowymi, choć może autobusami. Ale trudno takie akcje uznać za sukces komisji, która na razie notuje więcej porażek. Wystarczy przypomnieć tylko totalną krytykę posłów i ekspertów prawnych projektu nowelizacji prawa bankowego czy też projektu nowelizacji ustawy o usługach detektywistycznych. Okazało się, że w tym drugim przypadku nowelizacja miała służyć firmie, z którą jest związany jeden z posłów rządowej koalicji.
Janusz Palikot chwalił się, że komisja zmusiła resort finansów do wprowadzenia możliwości przechowywania dokumentów księgowych w wersji elektronicznej, a nie na podstawie paragonów z kas fiskalnych, które szybko blakną. Ale okazuje się, że pośpiech był tu złym doradcą. Przedsiębiorcy obawiają się, że teraz będą musieli kupować nowe kasy za kilka tysięcy złotych, a im chodziło tylko o to, aby skrócić czas przechowywania dokumentów, który teraz wynosi pięć lat.
Dobrze też brzmi postulat automatycznego odrolnienia gruntów rolnych niskiej jakości (IV, V i VI klasa) w miastach, aby dzięki temu wzrosła podaż gruntów pod mieszkania i przez to spadły ich ceny i związany z tym postulat uproszczenia procedur tworzenia planu zagospodarowania przestrzennego. Tylko że taki automatyzm może być groźny, wszak wiele terenów na peryferiach miast jest wykorzystywanych rolniczo z dobrymi efektami. Po co więc te grunty odralniać?
Jeszcze groźniejsze są jednak postulaty zmierzające do osłabienia praw pracowniczych. Komisja chce m.in. skrócić o połowę przedemerytalny okres ochronny przed zwolnieniem. Palikot zaproponował również ograniczenie roli związkowców przy zwalnianiu pracowników oraz ograniczenie prawa do brania urlopu na żądanie. Wygląda na to, jakby Janusz Palikot działał w interesie swojej grupy społecznej, sam jest wszak dużym przedsiębiorcą. A trzeba też zauważyć, że w tym zakresie komisja „Przyjazne państwo” dubluje prace ministerstwa pracy, które przygotowuje swój projekt zmian w kodeksie pracy. Znowu więc nie bardzo wiadomo, jaka ma być rola Palikota i innych posłów zasiadających w tej komisji.
Tylko pijar
Jak więc widać, dokonania instytucji kierowanej przez lubelskiego parlamentarzystę są niezbyt imponujące, zważywszy na to, jakie zadania przed nią stawiano i ile czasu posłowie debatowali nad projektami ustaw. A skoro praktyczne efekty są nikłe, to można się zastanowić, czemu „ta komisja służy”. Odpowiedź nie jest zachęcająca. Widać bowiem aż nadto wyraźnie, że „Przyjazne państwo” jest elementem pijarowskich działań obecnej ekipy rządzącej. Obywatele mają zostać przekonani do tego, że PO i PSL dążą do przeprowadzenia prawdziwych reform, których oczywiście nie uda się przecież zrealizować bez zmiany prawa i wyeliminowania z naszego prawodawstwa bubli i absurdów prawnych. Takie absurdy mógłby wskazać prawie każdy Polak, który zetknął się z działaniami sądów, urzędów skarbowych itd. I zresztą takie informacje do komisji docierają. Ale jak już wyżej wspomniano, komisja nie ma tak naprawdę wielkich możliwości, żeby z tymi absurdami walczyć, bo projekty jej ustaw i tak utykają w procedurze parlamentarnej. Prawdę mówiąc, lepsze efekty dałoby powołanie takiej komisji w ramach rządu, bo wtedy byłaby przynajmniej pewność, że projekt ustawy, który trafia do Sejmu, ma akceptację ministrów. Teraz takiej pewności nie ma, a gdy rząd nie popiera pomysłów komisji „Przyjazne państwo”, nie mają one praktycznie szans na realizację. Stąd też zapewne bierze się bezsilność i frustracja Janusza Palikota, przejawiająca się w „nagradzaniu” osób, które w jego mniemaniu przeszkadzają komisji w wypełnianiu jej wiekopomnego dzieła.
Warto też mieć na uwadze i to, że Palikot doskonale gra rolę napisaną dla niego w Platformie Obywatelskiej. Wokół komisji jest sporo szumu medialnego, komentarze są jej raczej przychylne, bo przecież nikt nie neguje konieczności naprawiania prawa. A sam Palikot ma swoje pięć minut w mediach, gdy może o wszystkich sprawach komisji mówić, nie wyłączając barwnych konferencji prasowych, które są na żywo relacjonowane w telewizyjnych kanałach informacyjnych. Ponieważ przewodniczący lubi brylować w mediach, jego ambicje zostają na tym polu zaspokojone. W dodatku komisja „Przyjazne państwo” ma pokazywać inne oblicze Palikota, z czego ten skrzętnie korzysta. Jeśli jest prawdą, że poseł wynajął sobie doradców medialnych i wizerunkowych, to zapewne ci eksperci wyjaśnili mu, że tylko na atakowaniu prezydenta kariery politycznej nie zrobi. Prostackie, a czasami wręcz chamskie ataki Janusza Palikota na prezydenta Kaczyńskiego uczyniłyby z niego szybko posła, z którym mało kto by się liczył, bo przecież gdzieś jest granica śmieszności. Ale Palikot bardzo sprytnie sobie z tym radzi. Ilekroć zaatakuje prezydenta, a to sugerując jego rzekomą chorobę alkoholową, a to jak teraz rozsiewając insynuacje o nie najlepszym stanie zdrowia, to niemal natychmiast Janusz Palikot zwołuje posiedzenie komisji, na którym zajmuje się ona „ważnymi sprawami” i przewodniczący może już wystąpić w innej roli: zatroskanego o sprawy kraju parlamentarzysty, który z mozołem walczy z biurokracją i durnymi przepisami. Ostatnio Palikot zażądał nawet od posłów przerwania urlopów i pilnego przyjazdu do Warszawy na aż trzy posiedzenia komisji jednego dnia.
I ta strategia jest na razie skuteczna. Ale i tu widać pierwsze rysy. Bo przy okazji ostatniego „jubileuszu” komisji większość gazet, stacji radiowych i telewizyjnych zauważyła, że efekty prac komisji „Przyjazne państwo” są praktycznie zerowe, bo żadna z krytykowanych przez komisję ustaw nie została zmieniona, a przedsiębiorcom, których rzecznikiem mianował się Palikot, wcale nie żyje się lepiej. Komisja działa, ale tak naprawdę na jałowym biegu. Tak jest zawsze, gdy bardziej stawia się na marketing polityczny niż rzeczywiste rozwiązywanie problemów kraju.
Krzysztof Losz
