Przygotowanie merytoryczne Rosjan budzi wątpliwości

Z Małgorzatą Wassermann, córką śp. posła Zbigniewa Wassermanna,
rozmawia Zenon Baranowski

Zamierzacie Państwo jako rodziny ofiar ustanowić prawnika, który
przyglądałby się śledztwu, ale śledztwu rosyjskiemu czy polskiemu?


Oceniając to, co widzimy do tej pory, ustanowienie prawnika w Rosji mija się
kompletnie z celem, ponieważ niczego on tam nie uzyska. Natomiast jeśli chodzi o
ustanowienie pełnomocnika, to jest to mój indywidualny pomysł, ale dotarły do
mnie sygnały od innych rodzin, które również chciałyby to zrobić. Mamy się
spotkać m.in. z panią Ewą Kochanowską, która do mnie dzwoniła i ma kontakt z
innymi rodzinami, i porozmawiać, jaki ostatecznie kształt przybrałyby nasze
działania. To nie jest patrzenie śledczym na ręce, tylko korzystanie z
uprawnień, które mamy prawnie zagwarantowane. Sygnały płynące z mediów o
postępowaniu bardzo nas niepokoją. Oczywiście nie twierdzimy, że wszystkie
podejmowane działania są niewłaściwe czy idące w złym kierunku…

Ale rodziny mogą starać się o dostęp do akt…
– Jestem
adwokatem i wiem, że postępowanie przygotowawcze z zasady jest niejawne. W
związku z tym, mówienie o tym, że szeroki dostęp do akt jest możliwy, nie jest
właściwe. Natomiast jeżeli chodzi o rosyjskie śledztwo, to w mojej ocenie,
jeżeli nie będzie tutaj jakiegoś współdziałania z rządem polskim, to
podejrzewam, że ten adwokat w Rosji nie osiągnie absolutnie nic.

Jeśli chodzi o informacje o toczącym się śledztwie, to obecnie
Państwo, jako rodziny ofiar, jesteście w takiej samej sytuacji jak każda inna
osoba, ponieważ nie ma szczególnego przekazywania informacji…

Należy pamiętać, że prokuratura nie ma takiego obowiązku. Gdybyśmy się trzymali
stricte przepisów, to jest to kwestia woli pokrzywdzonego. Żaden organ tego nie
robi sam z siebie. Proszę pamiętać, że nawet jak ustanowimy pełnomocnika, to nie
wyłącza to naszych osobistych czynności. Jako córka mogę również powiedzieć –
zgłaszam się i proszę mnie dopuścić.

Czy jednak prokuratura nie mogłaby przygotować jakichś specjalnych
informacji?
– Gospodarzem postępowania jest prokurator i to on może
podjąć taką decyzję. Mnie jednak niepokoi co innego. W pierwszych dniach po
katastrofie uzyskaliśmy informacje ze strony organów państwowych, które
zapewniły nas, że wszystko będzie absolutnie jawne. W ciągu kilku dni zostanie
udostępniona treść zapisów czarnych skrzynek. Poznamy np. godzinę katastrofy.
Minęło trzy tygodnie i okazuje się, że nie mogą niczego podać i nie podadzą,
części tych rzeczy w ogóle nie mają. Jak można prowadzić jakieś działania, skoro
na dzień dzisiejszy nawet nie wiemy, o której nastąpiła katastrofa. Żebyśmy
mogli zacząć mówić, jakie są okoliczności wypadku, to musimy wiedzieć, kiedy to
się stało. Jeżeli my tej podstawowej wiedzy nie mamy, to jak możemy w ogóle
analizować cokolwiek dalej. Dlaczego nie można tego szybko ustalić. Nie
zapominajmy, że samolot i jego pasażerowie byli wyczekiwani przez mnóstwo osób,
które stały na tym lotnisku, począwszy od dziennikarzy, poprzez BOR, przez inne
delegacje, ambasadora. Trudno uwierzyć, że żadna z tych osób nie miała
zegarka.

Czy inne rodziny sygnalizowały jakieś problemy związane z
dochodzeniem?
– Moja wiedza w tym względzie ogranicza się w zasadzie
do wiedzy z mediów. To, co mnie najbardziej niepokoi, to dochodzące sygnały, że
rodziny wskazują co najmniej na komplikacje przy procedurze. Pan Andrzej Melak
powiedział w programie telewizyjnym, że wprowadzano go w błąd co do rzeczy,
które miał przy sobie jego zmarły brat. Świadczy to o tym, że przygotowanie
merytoryczne osób prowadzących w Rosji postępowanie budzi wątpliwości. Wiem, że
taka sytuacja miała miejsce w stosunku do kilku innych osób, które skarżyły się
na to, że były przy identyfikacji wprowadzane w błąd przez stronę rosyjską, stąd
ta identyfikacja była bardzo utrudniona. To nie świadczy dobrze o fachowości
osób, które te czynności przeprowadzały. Mogę powiedzieć na własnym przykładzie.
Zadawano nam pytanie, czy tata miał przy sobie zielony kalendarz. Powiedziałam,
że nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć, ponieważ tata miał wiele
kalendarzy. Opisywali to także jako zielony notes. Powiedziałam, że muszę
zobaczyć pismo, które było charakterystyczne, i będę wiedzieć, czy to jest jego.
Jak nam pokazano ten przedmiot, okazało się, że były to zwykłe bilety lotnicze
między Warszawą a Krakowem. Jeżeli ja 20 minut rozmawiam o tym, czy on miał
kalendarz, czy też nie, a następnie okazuje się, że to były zwykłe bilety
lotnicze, to na pewno nie ułatwia to czynności. Następnie, jeżeli sytuacja jest
taka, że protokół spisuje się na dane mojej bratowej, a mówimy wszyscy, a ja
najwięcej, a na końcu podpisuje go ona, to powiedzmy sobie, że budzi to
wątpliwości co do przestrzegania procedury.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj