Przez wewnętrzną wojnę Platforma traci poparcie
Z Marcinem Paladem, politologiem i współtwórcą Polskiej Grupy Badawczej,
rozmawia Paulina Jarosińska
Ostatni sondaż Homo Homini wskazuje na spadek poparcia dla Platformy
Obywatelskiej o cztery punkty procentowe. Możemy się spodziewać, że za chwilę
wypłynie badanie, którego celem będzie pokazanie, iż jednak poparcie dla PO
wzrasta. Do wyborów zapewne będziemy atakowani szeregiem różnych badań nastrojów
społecznych. Jak należy podchodzić, według Pana, do takich wrzutek sondażowych?
– Zacznę od stwierdzenia, że nie do końca zasadne jest wyciąganie wniosków na
podstawie jednego czy nawet kilku sondaży zrealizowanych w krótkim odstępie
czasowym. A to dlatego, że badania preferencji politycznych w Polsce od lat
pozbawione są właściwości prognostycznych. Musielibyśmy więc dyskutować o czymś,
co można określić mianem "tworów sondażopodobnych", czyli odwołując się do
epizodu z historii najnowszej – rozmowy o walorach smakowych wyrobów
czekoladopodobnych w stanie wojennym. Dlatego trzeba – jak to pani określiła –
na "wrzutki sondażowe" reagować spokojnie, nie do końca biorąc na poważnie
prezentowane słupki z poparciem dla partii. Inaczej wygląda to jednak, kiedy
analizie poddajemy kilka czy kilkanaście sondaży w ujęciu jedno-, dwu- czy
trzymiesięcznym. Wtedy może nam wyłonić się obraz ukazujący trend dla danego
ugrupowania i na tej podstawie można określić, czy ma on charakter wzrostowy czy
spadkowy.
Zostawiając spory margines dla niedokładności badań, czy według Pana możemy
już dziś diagnozować, że czar Tuska prysł na dobre?
– Od jesieni ubiegłego roku poparcie dla Platformy Obywatelskiej maleje, choć
nie możemy mówić o jakimś gwałtownym odwróceniu się od partii Donalda Tuska.
Przypomnę, że jeszcze przed wyborami samorządowymi jesienią ubiegłego roku chęć
głosowania na Platformę deklarowała prawie połowa respondentów. W wyborach do
sejmików wojewódzkich PO uzyskała nieco ponad 30 procent. Widać więc, że
powtórzenie sukcesu z 2007 roku przez ugrupowanie pana premiera może okazać się
niemożliwe do zrealizowania.
Co jest zatem główną przyczyną spadku zaufania społecznego dla Platformy?
– Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, napięcia wewnątrzpartyjne. W ciągu ostatnich
kilkunastu tygodni opinia publiczna mogła się przekonać, że w PO, jak w każdej
dużej partii, istnieje poważny spór. Ma on, co zawsze z lubością akcentują
media, także, a może przede wszystkim, charakter personalny. Walka o wpływy
odbywa się między ludźmi premiera, marszałka Sejmu i prezydenta. Obaj toczą spór
między innymi o to, kto będzie wyznaczał kierunek Platformie po jesiennych
wyborach. Wcześniej czy później po którejś ze stron będzie musiała opowiedzieć
się grupa skupiona wokół Bronisława Komorowskiego. Sam prezydent zdążył już na
przestrzeni kilku miesięcy kilka razy zaznaczyć odmienny punkt widzenia na wiele
kwestii, w tym przyjętych bądź proponowanych przez rząd i parlament rozwiązań
legislacyjnych. Drugą przyczyną spadku poparcia dla PO jest proces zużywania się
partii rządzącej, co nie jest zjawiskiem nowym w Polsce. Odczuli to boleśnie
choćby liderzy AWS czy SLD. W elektoracie każdej partii jest tzw. twarde jądro,
czyli osoby, które niezależnie od sukcesów czy porażek danego ugrupowania
pozostają jego sympatykami. Ale jest też część bardziej labilna, czyli ci,
którzy mogą się odwrócić i przenieść poparcie na inną partię. To nad ich
utrzymaniem dla PO głowią się specjaliści od PR głównej partii rządzącej. Jeśli
tego nie zrobią, Platforma może zrównać się w sondażach z PiS.
Tusk widząc spadek poparcia, stara się na bieżąco nadrabiać wizerunkowo.
Przykładem tego może być debata z zawiedzionymi rządami PO celebrytami w TVN.
Szef rządu, puszczając oko do widzów i swoich rozmówców, nie musiał nawet
specjalnie się wysilać, by wykorzystać program do budowania własnego wizerunku,
czyli polityka blisko ludzi, chętnego do rozmowy. Jednak z poważną debatą
niewiele miało to wspólnego.
– Poruszamy się w świecie, w którym główny styl narracji narzucają tzw. elity, a
robią to głównie za pomocą najbardziej popularnych mediów. Pewna część
społeczeństwa, a szczególnie ci "dobrze wykształceni, bogaci i z większych
miast", kształtuje swoje opinie, w tym sympatie polityczne, w dużej mierze w
oparciu o głos owych "elit showbiznesowych". Chce być na przysłowiowym topie,
blisko salonu. W ostatnim czasie to właśnie z tych sfer słyszeliśmy pomruki
niezadowolenia ze sposobu sprawowania władzy przez PO. Wyrażały je znane
nazwiska, co musiało zaniepokoić liderów Platformy. Bo skoro "buntuje się
elita", to "lud" może to zinterpretować nie po myśli rządzących. Podjęto więc za
pośrednictwem zaprzyjaźnionej stacji telewizyjnej działania "osłonowe". Po
smacznym śniadaniu premiera z gwiazdami wyszło przesłanie, które w skrócie można
by ująć tak: nie ma mowy o rozwodzie celebrytów z PO, nie ma nawet mowy o
separacji, jest taki spór w rodzinie, ale przecież to się zdarza. Wszystko
odbyło się w atmosferze wzajemnego zrozumienia. Przyznam, że od strony
PR-owskiej bardzo dobre posunięcie.
Czyli zamiast merytorycznej debaty Donald Tusk preferuje show. Bardziej
zorientowani w sprawach ważnych dla Polski interlokutorzy mogliby odsłonić
fasadowość wizerunku premiera.
– Cała rzeczywistość polityczna przypomina coraz bardziej świat permanentnego
seansu filmowego. Nie ma narracji opartej na faktach, jest natomiast dużo
"zmyślonej" fabuły i kreowanie czegoś, co nie istnieje. W polskiej polityce
zdecydowanie brakuje prawdziwych debat, a ta sytuacja jest pochodną
bezproduktywności i pustki klasy politycznej. Całej, bo moja negatywna ocena nie
ogranicza się wyłącznie do głównej partii rządzącej, ale także do opozycji.
Jedni i drudzy są aktorami w codziennym serialu pt. "Nasza Polska". Tyle tylko,
że to jest w coraz mniejszym stopniu Polska przeciętnego Polaka.
Dziękuję za rozmowę.
