Profanacja tylko w kościele
Prokuratura Rejonowa w Warszawie-Śródmieściu umorzyła śledztwo w sprawie
znieważenia uczuć religijnych przez publiczne prezentowanie krzyża oklejonego
puszkami po piwie Lech. Obnoszenie się z nim nastąpiło podczas jednej z
ubiegłorocznych manifestacji przed Pałacem Prezydenckim.
Przypomnijmy kontekst całego wydarzenia: z krzyżem z puszek po piwie przyszli
przed Pałac ludzie, którym nie podobało się, że tysiące Polaków czuwały przy
krzyżu, jaki harcerze postawili tam po katastrofie smoleńskiej. Dlatego
przyniesienie w to miejsce krzyża z puszek po piwie dla każdego myślącego
logicznie człowieka było zamierzoną profanacją najdroższego dla chrześcijanina
znaku. Chodziło też o profanację pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego,
nieprzypadkowo przecież wybrano puszki po piwie konkretnej marki. Co więcej,
organizatorzy manifestacji wcale nie ukrywali zamiarów: chcieli wyszydzić i
sprowokować tych, którzy modlili się przy krzyżu przed Pałacem.
Ale prokuratora twierdzi teraz, że do obrażenia uczuć religijnych nie doszło.
Powołuje się nawet na opinię biegłego religioznawcy. Stwierdził on mianowicie,
że krzyż z puszek po piwie został użyty w określonym "kontekście
społeczno-politycznym", a o przestępstwie można by mówić wtedy, gdyby taki krzyż
został wniesiony do kościoła.
Nie wiem, kim jest ten złotousty biegły, bo prokuratura nie podała, z czyich
usług skorzystała, ale idąc tokiem jego rozumowania, można uznać, że jeśli ktoś
profanuje krzyż w publicznym miejscu, ale poza kościołem, to nie popełnia
przestępstwa. I pod warunkiem, że krzyż jest elementem jakiejś manifestacji. To
wskazówka dla innych potencjalnych naśladowców: zwołajcie manifestację,
naplujcie na krzyż, a nic wam się nie stanie. To, że świadkami profanacji były
bezpośrednio tysiące ludzi na Krakowskim Przedmieściu i miliony przed
telewizorami, i że zostały one tym znieważone – nie miało dla biegłego
religioznawcy i prokuratury żadnego znaczenia. Ale czego mamy oczekiwać od
organów ścigania, skoro niedawno sąd uniewinnił Adama Darskiego "Nergala", który
publicznie podarł i sprofanował Pismo Święte. A sam sprawca jest teraz gwiazdą
telewizji publicznej.
To, że obyczaje w Polsce uległy zdziczeniu, że kulturę w życiu codziennym
wypycha chamstwo i że dla wielu ludzi nie ma już żadnych świętości – to jedno.
Ale to, że takie działania nie spotykają się z właściwą reakcją organów państwa
– to drugie. I to właśnie powinno nas najbardziej niepokoić, bo bluźniercy
profanujący święte symbole zawsze będą aktywni. Tylko czy państwo będzie chciało
przed nimi chronić zwykłych ludzi? Mam poważne wątpliwości, bo w sądach i
prokuraturach też rozszerza swoje wpływy "polityczna poprawność", która nakazuje
patrzeć przez palce na takie czyny.
