Prawdziwie męska rzecz
W bazylice św. Jana Chrzciciela w Brochowie w diecezji łowickiej w czasie
uroczystych Mszy Świętych można usłyszeć donośny męski śpiew. Jest się pod
wielkim wrażeniem, kiedy kilkunastu mężczyzn z Bractwa Śpiewaczego Vexilla Regis
śpiewa głośno i czysto, a w ich głosach nie słychać maniery czy
pretensjonalności. Zdaniem założyciela bractwa, miejscowego organisty dr.
Bartosza Izbickiego, tak jak wiara katolicka wymaga jednoznaczności, odwagi i
świadectwa, tak też śpiew powinna cechować męskość, stanowczość i naturalność.
Obecnie gdy rola mężczyzn w społeczeństwie uległa znacznemu osłabieniu,
zmniejszył się także udział świeckich mężczyzn w życiu Kościoła katolickiego.
Często odczuwają oni lęk przed większym zaangażowaniem się w działalność
parafii, aby nie zostać posądzonym o zniewieściałość czy dewocję. Wielu rzuca
jednak wyzwanie takiemu sposobowi myślenia. Powstają inicjatywy i organizacje,
które przywracają właściwą rolę mężczyzny w Kościele, a więc również w
społeczeństwie. "Kościół, dla dobra swojego i swojej misji, musi uznać wszystkie
talenty kobiet i mężczyzn i zastosować je w praktyce" – apelował Ojciec Święty
Jan Paweł II w adhortacji "Christifideles laici" z 1988 roku.
Pomocny jak rycerz Kolumba
– Głównym przesłaniem działalności Zakonu Rycerzy Kolumba jest włączenie
mężczyzn świeckich do aktywnej obecności w Kościele katolickim i działanie na
rzecz osób potrzebujących – mówi delegat terytorialny tej organizacji w Polsce
Krzysztof Orzechowski. – Rycerzy łączy obowiązek wzajemnej braterskiej pomocy
oraz wspieranie rodzin tych członków zakonu, którzy znajdą się w ciężkiej
sytuacji życiowej – tłumaczy. Wylicza cztery warunki, które muszą wypełnić
rycerze. To: miłosierdzie, jedność, braterstwo i patriotyzm. Historia zakonu
rozpoczęła się 128 lat temu w Stanach Zjednoczonych, kiedy ks. Michael J.
McGivney stworzył formację, która z czasem stała się wiodącą katolicką
organizacją wzajemnej pomocy na świecie. W Polsce Zakon Rycerzy Kolumba
rozpoczął swoją działalność w 2006 r. i obecnie liczy około półtora tysiąca
osób, należących do 26 Rad Lokalnych. Są one tworzone przy parafiach. – Naszym
celem jest pomoc księżom pracującym w danej parafii w ich pracy duszpasterskiej
– tłumaczy Orzechowski. Rodzaj pomocy zależy od bieżących potrzeb: czasem jest
to pozyskiwanie środków na budowę kościoła, innym razem posługa w charakterze
nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej, czy wreszcie opieka nad różnego rodzaju
świetlicami, organizacja pikników rodzinnych. Orzechowski uważa również, że
postawa Rycerzy Kolumba przeczy obrazowi tzw. prawdziwego mężczyzny rozumianego
jako "macho".
– Okazuje się, że jest bardzo dużo panów, którzy starają się być
odpowiedzialnymi i troskliwymi ojcami oraz dobrymi katolikami, włączającymi się
w życie swojej parafii. Arkadiusz Gromek, który należy do Zakonu Rycerzy Kolumba
przy parafii pw. Krzyża Świętego w Tychach Czułowie, twierdzi, że
kilkudziesięciu mężczyzn, którzy świetnie się znają, może zrobić bardzo dużo dla
dobra wspólnego, a sama formacja daje im taką możliwość. Przyznaje, że do
przystąpienia do organizacji skłonił go jeszcze jeden istotny element
działalności zakonu. – Bardzo ważne jest dla mnie to, że Rycerze Kolumba
oficjalnie i odważnie występują na rzecz rodziny i w obronie życia od momentu
poczęcia aż do naturalnej śmierci – zaznacza.
Bractwo śpiewacze, czyli tradycja i polskość
Bractwo Śpiewacze Vexilla Regis z Brochowa istnieje od 2003 roku. Praktykuje
tradycyjny śpiew Kościoła rzymskokatolickiego: chorał gregoriański i polskie
pieśni nabożne. Bractwo śpiewa podczas większych uroczystości w kościele
parafialnym, od czasu do czasu zapraszane jest do okolicznych parafii. Mówiąc o
działalności bractwa, Izbicki unika słowa "występ". – Nie jesteśmy zwykłym
chórem. Nasz śpiew traktujemy jako służbę, bo muzyka kościelna jest służebnicą
liturgii – wyjaśnia. Zaznacza, że nie chodzi im o oddziaływanie na słuchacza,
tak jak to się dzieje w czasie koncertów:
– My po prostu śpiewamy całym sercem, a naszą główną ideą jest przewodniczenie i
pociągnięcie innych do wspólnego śpiewu.
Jak sam przyznaje, jest człowiekiem z zewnątrz. Kilka lat temu objął posadę
organisty w miejscowej parafii. Twierdzi, że utworzenie i prowadzenie bractwa
śpiewaczego nie jest łatwe. – Wymagało to znalezienia osób mających dobry słuch,
kilku słów zachęty oraz dużej determinacji – wspomina. Ważne było również
wsparcie ze strony miejscowego proboszcza, księdza kanonika Jana Zielińskiego.
Niektórzy z panów zgłosili się sami.
– Jeden z mężczyzn podszedł do mnie po Mszy św., na której śpiewaliśmy, i
powiedział, że chciałby się do nas przyłączyć, bo czuje, że to nada jeszcze
głębszy sens jego udziałowi w Eucharystii – wspomina pan Bartosz.
– Gdzie indziej są chóry, a w naszej parafii jest bractwo śpiewacze – cieszy się
ks. Zieliński. – Bo u nas ważna jest tradycja i to, co polskie. I tym się
chlubimy – podkreśla z dumą. Dodaje, że działalność bractwa służy Bogu i
pielęgnowaniu polskiej kultury.
Każdy apostołuje tak, jak potrafi
W działalność Bractwa Śpiewaczego Vexilla Regis zaangażowani są mężczyźni w
różnym wieku, od 20 do nawet 80 lat. Większość z nich pracuje zawodowo, kilku
jest na emeryturze. Próby odbywają się w każdy poniedziałek wieczorem. Swoje
zaangażowanie w bractwie traktują jako pewien przywilej. – Tak jak gra w
polskiej reprezentacji jest zaszczytem dla każdego polskiego piłkarza, tak dla
mnie jako katolika zaszczytem jest, że swoim głosem mogę służyć Bogu i ludziom –
mówi Stanisław Sierociński, z zawodu specjalista ds. przeciwpożarowych. –
Traktuję to jako okazję do wyznawania mojej wiary. Każdy apostołuje tak, jak
umie. Kto wie, czy właśnie do tego rodzaju apostolstwa nie zostaliśmy powołani?
– zastanawia się z kolei Remigiusz Szafrański, kierownik administracyjny w
szkole ponadgimnazjalnej. Jak zaznacza, to właśnie mężczyźni od wieków
przewodniczyli śpiewowi w kościele. – A w naturze mężczyzny leży to, że w
mniejszym lub większym stopniu jest przewodnikiem, przede wszystkim dla swojej
rodziny – mówi pan Remigiusz. – Dlatego jego głos ma być mocny i powinien
przebijać się wśród innych – tłumaczy. Inny z panów, Zenon Sulik, z zawodu
rolnik, pytany o powody przystąpienia do bractwa mówi wprost: – Teraz mamy takie
czasy, że każdy czeka na gotowe. Tak samo jest ze śpiewem; każdy chciałby tylko
słuchać. A tu trzeba dać przykład innym i być wzorem do naśladowania – wyjaśnia.
Służba Bogu mimo wszystko
Próby w każdy poniedziałek wieczorem trwają półtorej godziny. Jak mówi pan
Bartosz Izbicki, gdy chodzi o dobór repertuaru i sposób wykonywania pieśni
rządzi w bractwie żelazną ręką. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, ponieważ
panowie mu ufają i widzą efekty pracy.
– Oprócz tego zawsze jest czas na swobodną rozmowę. W końcu większość ze
śpiewających to sąsiedzi
– mówi. Mimo luźnej atmosfery w czasie prób i nieczęstych spotkań ich śpiew
zachwyca i budzi zainteresowanie. Raz do roku bractwo śpiewacze bierze udział w
spotkaniu chórów w Zalesiu Dolnym. – Zazwyczaj występują tam chóry mieszane,
liczące po kilkadziesiąt osób. Mimo to, gdy nasza garstka zaczyna śpiewać, to
słychać nas nie gorzej niż inne zespoły. I nie chodzi tu tylko o głośność, ale o
bezpośredniość przekazu i zgranie – zaznacza z dumą dr Izbicki.
– Kiedy nasze bractwo zaśpiewało podczas pobytu na Jasnej Górze, to zakonnicy
byli po wielkim wrażeniem – opowiada ks. proboszcz Zieliński. Zdarza się, że
bractwo zawita również do Warszawy. – Kiedy tam śpiewamy, często zastanawiam
się, kto nas słucha i co myśli o naszym śpiewie, bo to przecież stolica – mówi
pan Sierociński. – Ale w końcu zapomina się o tym, śpiewa się dla Pana i cała
reszta jest nieważna – dodaje. Doktor Izbicki liczy się z tym, że nie wszystkim
taki rodzaj śpiewu może się podobać. Mówi, że ze śpiewem jest tak, jak z
modlitwą. – Przez to, w jaki sposób śpiewamy i przez naszą postawę, nasz śpiew
staje się modlitwą – tłumaczy. – I uczulam członków bractwa na to, że naszym
zadaniem jest śpiewać niezależnie od tego, co powiedzą ludzie – zaznacza.
Miara męskości
– We wszelkiego rodzaju inicjatywy związane z Kościołem katolickim znacznie
chętniej i częściej angażują się kobiety. Mężczyźni zazwyczaj pozostają w
"odwodzie" – zauważa rycerz Kolumba, Krzysztof Orzechowski. – Ale jeśli już się
jakiś mężczyzna zaangażuje, to jest jak skała – podkreśla. Twierdzi, że na tym
m.in. polega siła zakonu. Taki sposób działania mężczyzn potwierdza Stanisław
Sierociński z Bractwa Śpiewaczego Vexilla Regis: – Kiedy raz postanowiłem, że
będę śpiewał w bractwie, to od tej chwili tak ma być i koniec. Albo wchodzę w
jakąś grę i ją kontynuuję, albo nie, i po prostu mnie nie ma – mówi
zdecydowanie. Podobnie do sprawy podchodzi Zenon Sulik: – Kiedyś śpiewałem za
pługiem, żeby żona nie słyszała – żartuje. – A teraz, kiedy już zacząłem śpiewać
w kościele, to trzeba śpiewać nadal – dodaje. Tego samego zdania jest Remigiusz
Szafrański. – Jeśli podejmuję jakieś zobowiązanie, to według mnie, jest to miarą
mężczyzny, czy się z niego wywiążę, czy nie – zaznacza. Mówi, że nie wyobraża
sobie sytuacji, kiedy na Mszę św., podczas której mają zaśpiewać, ktoś z bractwa
by się nie stawił: – To taki rodzaj niepisanej umowy – przychodzimy, śpiewamy i
jesteśmy pewni, że się nawzajem nie zawiedziemy.
Bliżej ludzi, bliżej Boga
Rycerz Kolumba Arkadiusz Gromek twierdzi, że zwiększenie aktywności w życiu
Kościoła odgrywa bardzo ważną rolę w kształtowaniu dojrzałej osobowości
mężczyzny. – Poprzez działanie na rzecz innych człowiek sam rozwija się duchowo
– tłumaczy. Na wiele zalet takiego zaangażowania wskazują również członkowie
bractwa śpiewaczego. – Korzystam z sytuacji, że mogę być bliżej ludzi i bliżej
Boga. W myśl powiedzenia: "Kto śpiewa, ten modli się podwójnie"
– mówi Stanisław Sierociński. Na korzyści wypływające z obcowania członków
bractwa z prawdziwą sztuką zwraca uwagę Remigiusz Szafrański. – Mamy świadomość,
że bardzo stare kompozycje wykonujemy praktycznie w niezmienionej formie,
wypracowanej przez wiele pokoleń. To sztuka najwyższych lotów, pozwalająca nam
poczuć się choć w niewielkim stopniu artystami – podkreśla. – I daje dużo
satysfakcji – wtrąca Zenon Sulik. Pan Remigiusz zaznacza także, mając na uwadze
swoje doświadczenia na kierowniczym stanowisku, że umiejętności nabyte w
bractwie śpiewaczym bardzo przydają się również w życiu zawodowym: – W bractwie
poznałem zasady prawidłowej emisji głosu. A przede wszystkim pozbyłem się tremy
podczas publicznych wystąpień.
Po owocach ich poznacie
– Najlepszym sposobem jest dawanie dobrego przykładu – odpowiada pan Arkadiusz
na pytanie, jak mógłby zachęcić innych mężczyzn do większej aktywności w życiu
Kościoła. – A owoce naszej działalności mówią same za siebie – dodaje. Z kolei
pan Stanisław nie może zrozumieć obaw wielu mężczyzn przed zbytnim "wychylaniem"
się w kościele. – To jest jakaś dziwna bojaźń, wstyd, strach przed tym, co o
inni powiedzą – wyjaśnia. Tymczasem, jak zauważa pan Remigiusz, można spojrzeć
na to jak na swego rodzaju wyzwanie.
– Śpiewamy rzeczy bardzo trudne, a przecież każdy facet lubi wyzwania – zauważa.
– A poza tym, co szkodzi spróbować? – pyta. Panowie z bractwa śpiewaczego są
bardzo dumni, że odważyli się przełamać pewną barierę i stereotyp. – Ta niechęć
mężczyzn do udzielania się w życiu Kościoła to rodzaj skorupy, którą w jakiś
sposób trzeba rozbić – podsumowuje Stanisław Sierociński. Czy uważa, że jemu się
to udało? – Tak, ale nie samemu. Z pomocą innych – odpowiada z uśmiechem.
Bogusław Rąpała
