Prawda potrzebuje solidarności

Z Joanną Najfeld, publicystką, dziennikarką, działaczką pro-life,
uniewinnioną przez sąd od zarzutu zniesławienia lobbystki aborcyjnej Wandy
Nowickiej,

rozmawia Agnieszka Żurek

Pani dwuipółletnia walka o prawdę zakończyła się zwycięstwem. Sąd uznał, że
Pani stwierdzenie, iż Wanda Nowicka jest na liście płac przemysłu
antykoncepcyjnego i aborcyjnego, nie było zniesławieniem tej osoby. Wyrok może
stanowić zapowiedź powrotu do normalności w Polsce?

– No… układu jeszcze nie obaliliśmy (śmiech), ale na pewno powiało wolnością.
Nawet jeśli tylko chwilowo. Prawda się obroniła, wyrok jest sprawiedliwy. Cieszę
się, bo to w obecnych czasach wcale nie jest takie automatyczne. Katolicy i
szerzej pojęci konserwatyści przyjęli ostatnio całą seriępoliczków ze strony
wymiaru sprawiedliwości, użytego przez lewicę w charakterze kija i knebla.
Dostaję listy od ludzi, którzy teraz poczuli iskierkę nadziei, że jeszcze nie
wszystko stracone, że prawda się broni, że jeszcze będzie kiedyś wolność.
Wzruszam się, kiedy je czytam.

Spotkała się Pani z wieloma wyrazami solidarności – w sposób szczególny
wspomniała Pani o Marii Winnickiej z Kanady, która zaoferowała przyjęcie na
siebie ewentualnego wyroku. Czy spotkała się Pani z pomocą także zorganizowanych
grup działających na rzecz obrony życia i/lub prawdy w życiu publicznym?

– Skala solidarności, jakiej doświadczyłam, przerosła moje oczekiwania. Przede
wszystkim ze strony tysięcy "zwykłych ludzi" – świeckich i konsekrowanych,
którzy przez dwa i pół roku, od rozprawy do rozprawy, pamiętali o mnie w
modlitwie, nierzadko były to całe rodziny czy wspólnoty. Kapłani ofiarowywali
Msze Święte w Polsce i za granicą. Na korytarzach sądowych spotykałam ludzi,
którzy przychodzili tak po prostu, żebym nie była sama. Pokazywali, że ta sprawa
nie jest sierotą, że zaatakowano coś więcej niż tylko Joannę Najfeld, że oni
wszyscy czują się oskarżeni. Czasem podchodzili do mnie w sklepie, na ulicy.
Zawsze z dobrym słowem. To wsparcie ogromnie wiele dla mnie znaczyło. Od strony
merytorycznej trudno przecenić pomoc mecenasów: Piotra Kwietnia oraz Krzysztofa
Wąsowskiego z zespołem prawnym Rycerzy Zakonu Jana Pawła II. Mogłam też liczyć
na Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi z Krakowa.

Wanda Nowicka, obecnie kandydująca z ramienia Ruchu Poparcia Palikota, nie
uczestniczyła w większości z 16 rozpraw. Czy w jakiś sposób argumentowała swoją
nieobecność bądź komunikowała się z Panią?

– Ze względu na nadal obowiązującą tajność procesu nie wolno mi odpowiedzieć na
to pytanie. Grożą mi 3 lata więzienia za ujawnienie treści procesu. Szkoda, że
nawet dziennikarze śledczy nie mają dostępu do akt sprawy. Proces został
utajniony przez Wandę Nowicką. Myślę, że bała się prawdy. Gdyby rzeczywiście
chciała oczyścić swoje imię, dążyłaby do publicznej konfrontacji, nie do
skazania po kryjomu. Mam wrażenie, że liczyła się z porażką, chciała mnie jednak
pomęczyć, ciągając po sądach, a także zastraszyć innych. Chyba głównie chodziło
o zastraszenie, bo przy okazji procesu zwolennicy aborcji "radzili mi", żebym
ograniczyła działalność publiczną, jeśli nie chcę mieć jeszcze więcej kłopotów.

Z jakiego powodu wytoczony Pani proces trwał tak długo?
– Na to pytanie też nie wolno mi odpowiedzieć tak, jakby należało, żeby tę
kwestię wyjaśnić. Można jednak domyślić się i bez mojego udziału, że skoro
proces dotyczył kwestii finansowych biznesu aborcyjnego, to wymagał rzetelnej,
uważnej i czasochłonnej analizy. O innych powodach nie mogę mówić, ale można się
ich domyślać.

Spotkała się Pani z podobnymi procesami wytaczanymi innym osobom mówiącym
głośno o istnieniu lobby aborcyjnego także za granicą?

– Lobby aborcyjne sięga po wszelkie środki eliminacji oponentów. W wielu krajach
jednak prawo nie zawiera takich reliktów komunizmu, jak nasz art. 212 kk, przez
który można uczynić człowieka przestępcą za wygłaszane przez niego sądy. Bywa
jednak, że obrońcy życia latami siedzą w więzieniu, jak Mary Wagner czy Linda
Gibbons w Kanadzie, za nieme odmawianie Różańca na parkingu ośrodka aborcyjnego.
Agresywna lewica chwyta się narzędzia terroru, bo nie jest w stanie wprowadzić
swoich idei zgodnie z zasadami demokracji. Żadne społeczeństwo ich nie chce,
więc są nam wmuszane: przez nachalną propagandę, ustawy przepychane przez
lobbystów czy właśnie przemoc sądową.

Stoczyła Pani ciężką i długotrwałą walkę, która – jak każda walka w słusznej
sprawie – zapewne przyniosła bogate owoce.

– Nie wolno się poddawać, uginać, pozwolić się zastraszyć czy szukać zgniłych
kompromisów. Prawda jest jedna i trzeba przy niej stać murem. Z rekolekcji
ignacjańskich zapamiętałam myśl, że jak się człowiek złu przeciwstawi stanowczo,
to szatan odstępuje. Oczywiście zawsze trzeba mieć po swojej stronie prawdę,
choć ona sama nie zawsze wystarczy. Trzeba zrobić po ludzku, co możliwe, a
resztę powierzyć z ufnością Wszechmocnemu. Moją sprawę zanosiły przed Jego Tron
tysiące ludzi. A ja czułam, jak zdejmują mi z barków ciężar i jak w jego miejsce
spada deszcz błogosławieństw. Może i mówię jak "nawiedzona", ale tak było. Tłumy
ludzi modliły się za mnie – proszę sobie wyobrazić, jaki to cudowny dar. W
pakiecie z cierpieniem – opieka Boga samego. Wdzięczność i poczucie wyróżnienia
będę w sobie nosiła do końca życia.

Podkreśliła Pani, że stało się to w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi.
W jaki sposób doświadczała Pani opieki Matki Bożej w czasie zmagań o prawdę?

– Pierwsze posiedzenie sądu było we wspomnienie Matki Bożej Szkaplerznej,
ostatnie – w Najświętszego Imienia Maryi… Po drodze było Najświętszej Maryi
Panny Wspomożycielki Wiernych, rocznica objawień w Guadalupe, 13. dzień
miesiąca… Uśmiechałam się w duchu, jak sąd wyznaczał kolejne terminy rozpraw,
które przypadały w religijnie znaczące dni. Były imieniny, czyli święta
patronów, moje i obu obrońców (św. Piotra i Pawła, św. Krzysztofa, św. Joanny),
było św. Ojca Pio, wspomnienie bł. Stanisława Papczyńskiego (patrona
nienarodzonych), Środa Popielcowa… Święci i aniołowie są mi bliscy, czułam,
jak nam kibicują. Modliłam się też przy grobie ks. Jerzego Popiełuszki, żeby
towarzyszył mi na sali sądowej, tak jak to robił za ziemskiego życia dla
działaczy "Solidarności". Ksiądz Jerzy był bardzo maryjny. Daleko mi do jego
pobożności, ale noszę szkaplerz i medalik Matki Bożej z Guadalupe, a na sali
sądowej zawsze miałam ze sobą różaniec. Przed Królową Nieba i Ziemi szatan
ucieka.

 

Dziękuję za rozmowę.

 


Nie wolno się poddawać, uginać, pozwolić się zastraszyć czy szukać zgniłych
kompromisów. Prawda jest jedna i trzeba przy niej stać murem

drukuj