Potrzebny złoty środek
Na pytanie, dlaczego konfrontacja
białoruskiej opozycji z A. Łukaszenką skończyła się wygraną prezydenta, możemy
odpowiedzieć: przede wszystkim zadecydował stan
świadomości społecznej na Białorusi. Białorusini są tradycyjnie o wiele mniej
narodowo uświadomioną społecznością niż np. Ukraińcy. Poza Mińskiem trudno
znaleźć silny ośrodek w kraju, gdzie poparcie dla opozycji jest rzeczywiście
duże.
Masowe protesty na Białorusi mógłby wywołać nie tyle ruch narodowowyzwoleńczy
(reżim Łukaszenki w sposób wasalny ustawia swoją politykę wobec Rosji), lecz
kryzys gospodarczy. Ten zaś następuje nie dlatego, że działania gospodarcze
ekipy rządzącej są tak dobre, lecz dlatego, iż gospodarka białoruska jest nieustannie
dotowana przez Rosję. Jak obliczają fachowcy, poprzez zaniżone ceny ropy i
gazu
Rosjanie dotują Białoruś corocznie na ok. 5 mld dolarów (przypomnijmy, że cały
budżet państwa białoruskiego wynosi 12 mld dolarów), co stanowi olbrzymi zastrzyk
finansowy dla tamtejszej gospodarki. Poza tym dochodzi możliwość podejmowania
przez Białorusinów pracy u ich wschodniego sąsiada, gdzie mogą zarobić o wiele
więcej niż w rodzimych firmach.
W ten sposób odpowiedzi na pytanie, dlaczego Łukaszenko się utrzymał, należy
szukać nie w Mińsku, ale w Moskwie. Zachód zareagował krytycznie na łamanie
prawa w czasie ostatnich wyborów. Przedstawiano Łukaszenkę jako "brutalnego i
pospolitego despotę", wybory określono mianem "farsy ostatniego europejskiego
tyrana". Ich przebieg skrytykowała tak Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy
w Europie, jak i Komisja Europejska. Jednakże nikt nie odważył się interweniować
w Moskwie lub wprost zaatakować Putina, a wszak właśnie tam należy szukać rozwiązania
kwestii białoruskiej. Tymczasem prezydent Rosji jako jedyny z wielkich świata
europejskiego pogratulował Łukaszence, wyrażając uznanie dla "kursu ku dalszemu
wzrostowi dobrobytu narodu białoruskiego". Zatem sankcje, jakimi grozi
Mińskowi Unia Europejska, są śmieszne, z uwagi na fakt, że głównym partnerem
gospodarczym
Białorusi jest Moskwa, a nie Bruksela.
Pojawia się kolejne pytanie o sens poparcia Putina dla Łukaszenki. Jedną z
możliwych przyczyn jest chęć ostatecznego wchłonięcia Białorusi przez Rosję
poprzez utworzenie
sfederowanego państwa. Drugim powodem może być pragnienie całkowitego przejęcia
przez Rosjan firm odpowiedzialnych za przesył gazu przez terytorium Białorusi.
Tak czy inaczej Rosjanie chcą bezwzględnie utrzymać kontrolę nad Mińskiem i
nie dopuścić do jego uniezależnienia się od Moskwy.
U początku drogi
Inaczej wygląda sytuacja po wyborach na Ukrainie. Ruch narodowy, szczególnie
w zachodniej Ukrainie, okrzepł na tyle, że jest w stanie w sposób znaczący
wpływać na bieg wydarzeń w tym kraju. Dlatego tzw. pomarańczowa rewolucja
miała nie tylko podłoże socjalne, ale właśnie niepodległościowe, i mogła
się udać przy wsparciu USA i Polski. Wydawało się zatem, że po zwycięstwie
Juszczenki w ukraińskich wyborach prezydenckich związki polityczne Kijowa
i Moskwy osłabły. Pytanie tylko, na ile osłabły? Wydaje się, iż mylą się
ci, którzy uważają, że obecne rządy w Kijowie w sposób jednoznaczny obrały
kurs prozachodni, zrywając wszystkie więzi z Moskwą. Pamiętajmy, że deklarowany
proeuropejski kurs Kijowa nie znajduje echa w krajach zachodnioeuropejskich.
Owszem, Ukraina otrzymała propozycję wstąpienia do NATO, ale nie do Unii
Europejskiej. Wręcz przeciwnie, Bruksela twardo mówi, że rokowania z Kijowem
może rozpocząć dopiero po zakończeniu negocjacji z Turcją, co po prostu ma
oznaczać nigdy. Tymczasem amerykańska oferta wejścia Ukrainy do NATO nie
ma większego poparcia w samym społeczeństwie ukraińskim, a w sensie gospodarczym
niewiele daje Kijowowi. A pamiętajmy, że walka o niezależną Ukrainę jest
nade wszystko walką gospodarczą, a nie militarną. Doskonale przetestowali
to Ukraińcy minionej zimy, kiedy Gazprom zakręcił im na jakiś czas kurki
z rosyjskim gazem. Tak więc do dziś Ukraińcy dostają tańszy gaz ze Wschodu,
mogą pracować w Rosji, podczas gdy UE nie zapewnia nawet małej części tych
przywilejów, które daje im Moskwa. Zatem nie ma się co dziwić, że wybory
parlamentarne wygrywa Partia Regionów Wiktora Janukowycza (ok. 32 proc. głosów,
żelazne poparcie na wschodzie kraju). Partie "pomarańczowe", blok
Julii Tymoszenko i Nasza Ukraina prezydenta Juszczenki, choć w sumie uzyskały
więcej głosów – są podzielone. Tymoszenko deklaruje się jako bardziej prozachodnia,
Juszczenko zmuszony jest liczyć się z lobby prorosyjskim. Nie mając dostatecznego
wsparcia Zachodu, Nasza Ukraina prowadzi rozmowy koalicyjne również z Janukowyczem,
głównym przeciwnikiem "pomarańczowej rewolucji" sprzed kilkunastu
miesięcy. Dlaczego tak się dzieje? Oczywiście w grę wchodzą personalne konflikty
Julii Tymoszenko z prezydentem. Ale o wiele ważniejsze wydają się być układy
gospodarcze. Pamiętajmy, że siła gospodarcza jest we wschodniej Ukrainie
(Donbas), i że odepchnięty od Zachodu Juszczenko szuka układów z frakcją
prorosyjską. Poza tym należy pamiętać, że po wielkim zrywie społecznym mocno
poszerzyła się sfera wolności obywatelskiej na Ukrainie, jednakże prawie
nic nie zmieniło się w układach gospodarczych. Nie rozliczono żadnej z patologicznych
prywatyzacji (udział w nich mają tak ludzie Janukowycza, Juszczenki, jak
i Tymoszenko). Za rządów nowej ekipy pojawiły się kolejne skandale korupcyjne.
Wszystko to dowodzi, że Ukraina jest dopiero na początku, a nie u kresu przemian,
które odpatologizowałyby ukraińską przestrzeń gospodarczą. Dlatego wszelkie
porozumienia i konstelacje polityczne są tam możliwe, proces zmian następuje
zaś bardzo powoli.
Zgodnie z polskim interesem
Na tym tle warto zastanowić się nad wschodnią polityką polską. Nasze państwo
zaangażowało się intensywnie w przemiany tak na Ukrainie, jak i na Białorusi.
Jednakże spodziewane efekty owego zaangażowania nie są za bardzo widoczne.
Owszem, nastąpiło pewne ocieplenie w stosunkach polsko-ukraińskich (np. otwarcie
cmentarza Orląt we Lwowie), jednakże w sferze gospodarczej wielkich efektów
nie widać. Przedłużenie do Polski rurociągu Odessa – Brody jest wciąż w sferze
iluzorycznych planów, zablokowany został eksport polskiego mięsa na Ukrainę.
Tymczasem angażując cały swój polityczny autorytet po stronie "pomarańczowej
rewolucji" i po stronie antyłukaszenkowskiej opozycji, Polska doświadczyła
realnych strat w relacjach handlowych i politycznych z Rosją. Zachód z milczącą
aprobatą przyjmował upokorzenia Polski na płaszczyźnie symbolicznej (moskiewskie
obchody zakończenia II wojny światowej, sprawa katyńska, zakłamania w sprawie
Jałty), jak i bezpośrednie zagrożenie w sferze bezpieczeństwa gospodarczego
Polski (rura bałtycka, zakaz importu polskiej żywności do Rosji). Tak więc
w sprawie popierania opozycji na Ukrainie i Białorusi staliśmy się najbardziej
frontowym krajem, nie znajdując analogicznego poparcia na Zachodzie. Ucierpiały
na tym nasze interesy, a przemiany w obu wspomnianych krajach nie tyle się
dokonały, co ciągle się dokonują. Na Ukrainie proces ten zaszedł o wiele
dalej niż na Białorusi. Jednakże w żaden sposób nie możemy powiedzieć, że
w którymkolwiek z tych państw mamy do czynienia z systemem respektującym
sprawiedliwy ład społeczny, szczególnie na płaszczyźnie ekonomicznej.
Oczywiście powyższe rozważanie nie zmierza w żaden sposób do konstatacji, że
nie powinniśmy popierać niepodległościowych ruchów za naszą wschodnią granicą.
Wydaje się jednak, że poparcie to powinno być bardziej efektywne niż efektowne,
bardziej konkretne niż spektakularne, bardziej uwzględniające polski interes
narodowy niż sugestie amerykańskiego sojusznika. W żadnym wypadku nie można
np. przedkładać politycznych demonstracji nad los polskiej mniejszości na Białorusi.
Im bardziej politycy polscy eksponują pewne działania antyłukaszenkowskie,
tym gorzej wiedzie się Polakom za wschodnią granicą. Zyski i straty konkretnych
działań zawsze trzeba bilansować, również w takich kwestiach jak problem kontaktów
gospodarczych z Rosją. Cały problem polskiej polityki wschodniej polega więc
na znalezieniu złotego środka między koniecznym poparciem dla działających
tam antydyktatorskich ruchów politycznych a utrzymaniem normalnych relacji
międzypaństwowych pomiędzy Warszawą i stolicami wschodnich sąsiadów Polski.
Mieczysław
Ryba
