Poszatkowane śledztwo
Z mec. Piotrem Pszczółkowskim, pełnomocnikiem Jarosława Kaczyńskiego w
śledztwie smoleńskim, rozmawia Paulina Jarosińska
Panie Mecenasie, ostatnie wydarzenia wokół śledztwa smoleńskiego wywołują
wrażenie, zresztą nie po raz pierwszy, że jest ono poszatkowane, podzielone na
mnóstwo wątków, a całość przypomina bardziej jedną wielką aferę przeciekową.
Dlaczego tak się dzieje?
– Na początku należy powiedzieć, że śledztwo wyjaśniające katastrofę smoleńską w
zestawieniu z przedmiotem, jakiego dotyczy, i charakterem, jaki powinno mieć
najistotniejsze w tej chwili śledztwo w kraju, a więc priorytetowe i w pełni
transparentne, jest prowadzone dziwnie. Pierwsza sprawa – pozyskiwanie dowodów.
Trudno nie nazwać tego etapu śledztwa wielką porażką. Wszystkie dowody, z
wyjątkiem dowodów z przesłuchań osób organizujących wyjazd i biorących udział w
przygotowaniu lotu, które nie mają dla całego śledztwa pierwszoplanowego
znaczenia, my posiadamy w odpisach. Strona polska nie brała co do zasady udziału
w tych czynnościach. Tak naprawdę nie mamy żadnych bezpośrednich dowodów. Mamy
rosyjskie odpisy, kopie zapisów czarnych skrzynek. To jest cały "plon", który
budzi kontrowersje nie tylko u opinii publicznej, ale i u wszystkich
zainteresowanych śledztwem, a także u osób takich jak ja, czyli pełnomocników
rodzin ofiar. Co do sposobu prowadzenia i transparentności śledztwa napisałem
nawet do prokuratora Zbigniewa Rzepy jakiś czas temu e-mail, ponieważ byłem
oburzony treścią oficjalnego oświadczenia prokuratury, że w wyniku publikacji
przez "Wprost" fragmentów prawie 60 akt śledztwa cofnięte zostają uprawnienia
pełnomocników do kopiowania akt. Prokuratura uzasadniała tę decyzję
zabezpieczeniem prawidłowego toku postępowania, sugerując tym samym, że za
ewentualne wejście w posiadanie materiałów śledztwa odpowiadają rodziny ofiar
lub ich pełnomocnicy. To oburzające. Proszę sobie wyobrazić, że wszystkie akta
liczą 130 tomów i naprawdę nie jest komfortowe dla nas, pełnomocników,
korzystanie z nich zawsze wyłącznie na miejscu, mimo że atmosfera i warunki,
które stworzono nam w prokuraturze, są bardzo przyjazne. Jako pełnomocnik
powinienem mieć jednak możliwość wglądu w akta sprawy, kiedy zaistnieje taka
potrzeba, a nie wtedy, kiedy mogę to uczynić.
Zwłaszcza że w tamtej sprawie nie wiadomo, kto był źródłem przecieku.
– Ależ oczywiście. Potencjalnymi źródłami przecieku są przecież wszystkie osoby,
które mają dostęp do akt – tłumacze, pracownicy sekretariatu, sami prokuratorzy
na różnych szczeblach, osoby odpowiedzialne za transport akt. To było daleko
idące uproszczenie. Nie doczekałem się odpowiedzi na swoje pismo. Okazuje się,
że mimo iż pełnomocnicy nie kserują już akt, dalej wypływają przecieki. To
śledztwo jest pełne niekontrolowanych wycieków. Proszę zwrócić uwagę, że dotyczy
to również sfery śledztw wydzielonych, jak np. pana prokuratora Pasionka. Mam
wrażenie, że niektóre przecieki są celowo wypuszczane pod jakąś tezę, jak choćby
wszystkie kwestie ze śledztwa dotyczące mojego klienta Jarosława Kaczyńskiego. W
medialnym obiegu krążył nawet protokół z jego przesłuchania – bodajże w TVN.
Powtórzę to, co już kiedyś w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" podkreślałem: nie
widziałbym niczego złego w pełnej transparentności tego śledztwa. Ono i tak jest
daleko od ścisłej tajności. Są takie materiały, które w ogóle nie są dostępne,
nawet dla stron w śledztwie. Pełna transparentność ułatwiłaby pracę wszystkim i
wpłynęłaby korzystnie na ogólny obraz śledztwa. Jeśli natomiast chodzi o
dzielenie śledztwa na szereg małych, drobnych śledztw, to takie działanie nie
sprzyja kontroli wszystkich postępowań, jak również nie chroni praw osób
zainteresowanych. Prokuratura cywilna rozpoznająca wyłączony wątek przygotowania
wizyty pana prezydenta w Katyniu odmówiła stronom uprawnień strony w swoim
postępowaniu, co oznacza, że rodziny ofiar nie będą mogły składać wniosków
dowodowych, jak również zaskarżyć ewentualnych decyzji merytorycznych w tej
sprawie. Nie wiadomo, dlaczego tak się stało, że sprawę wydzielono już na tym
etapie, nie chcę mówić, że stało się tak, abyśmy takich możliwości nie mieli,
ale jak się okazuje, jest to jeden z efektów. Jest to decyzja nieprzemyślana.
Jak powiedziałem, to śledztwo dowodowo jest w powijakach, nie dojrzało do
żadnych ustaleń, w związku z tym należy materiał dowodowy gromadzić w jednym
postępowaniu, ponieważ każda decyzja polegająca na tym, że wydziela się odrębne
śledztwo, powinna być reasumpcją pewnych ustaleń. Na to w śledztwie smoleńskim
jest zdecydowanie za wcześnie. Wszelkie ustalenia w tym śledztwie – w związku z
tym, że nie posiadamy prawie żadnych istotnych oryginalnych dowodów – są
obarczone dużym ryzykiem albo błędem. Nie jesteśmy zatem na takim etapie, żeby
można było z pełną odpowiedzialnością wydzielać kolejne śledztwa.
Czy informacja o postępowaniu w sprawie prokuratora Marka Pasionka powinna w
ogóle zostać ujawniona?
– To jest faktycznie dziwna sytuacja jak na prokuraturę wojskową, która na
każdym korytarzu ma strefę bezpieczeństwa. Zadziwia fakt, że nie udało się jej
utrzymać takiej informacji w tajemnicy. Być może jednak chodziło o to, aby taka
informacja wypłynęła w przestrzeń publiczną, co znamienne – pojawiła się ona
również na stronie internetowej prokuratury. Uważam, że nie powinna być ona
upubliczniana, tak jak nie ujawnia się pewnych rzeczy do zakończenia tego
postępowania. Proszę zapytać samą siebie, o ilu postępowaniach prokuratorskich w
prokuraturach cywilnych pani słyszała, czy na przykład o próbach odebrania
immunitetu jakiemuś sędziemu. Tego typu informacje są utrzymywane w obrębie
informacji danej instytucji. To ma niewątpliwie charakter niepotrzebny
medialnie, mało tego, takie "zagrania" są zawsze krzywdzące. Wierzę, że te
wszystkie doniesienia medialne odnośnie do pana prokuratora Marka Pasionka okażą
się pomyłką, jednak proszę pamiętać o tym, że bardzo trudno zwrócić honor raz
odebrany i wystawiony na upokorzenie. W mojej ocenie, w śledztwie smoleńskim na
obecną chwilę jest zbyt mało ustaleń, aby móc wszczynać takie wydzielone
postępowania. Tak na marginesie, czy o wszystkich zmianach personalnych od tej
pory prokuratura będzie informować?
Według Pana, ta sprawa pokazuje, że dochodzi do pęknięć w zespole śledczym?
– Powiem tak: z całym szacunkiem, ale w mojej ocenie generał Krzysztof Parulski
z tym zespołem śledczym nie ma nic wspólnego. Moim zdaniem, brak jest oznak jego
zaangażowania w postępowanie w sprawie katastrofy smoleńskiej, z wyjątkiem tego,
że uczestniczył w kwietniu 2010 roku w czynnościach śledczych w Smoleńsku. Takie
mam przekonanie.
Na czym Pan Mecenas opiera tę konstatację?
– Na swojej wiedzy. Analizując akta sprawy, nie widziałem w nich ani jednej
decyzji uwieńczonej podpisem pana generała Parulskiego, jak również nigdy jako
strona nie miałem okazji porozmawiać z panem generałem Parulskim na temat
merytoryczny. Mogę za to powiedzieć, że prokuratorzy referenci wykonują ciężką
pracę na rzecz śledztwa, podobnie jak to czynił prokurator Pasionek – człowiek
bardzo pracowity i zaangażowany. Jego praca była ukierunkowana na poszukiwanie
dowodów. Jeśli natomiast chodzi o osoby znajdujące się na wysokich szczeblach
prokuratorskich, to ich udział w sprawie jest poniżej moich oczekiwań.
Krytycznie oceniam również ich brak porozumienia z rządem – z resortem spraw
zagranicznych, spraw wewnętrznych. Od lipca ubiegłego roku powtarzam, że bez
wsparcia rządu nic w śledztwie smoleńskim nie ruszy do przodu. Dla strony
rosyjskiej adekwatnym partnerem do rozmów jest polski rząd, a nie prokuratorzy.
Czy pełnomocnicy po sprawie odsunięcia od śledztwa Pasionka mogą przestać
odbierać telefony od dziennikarzy?
– Proszę pani, mnie nic nie przestraszy. Ja znam swoje obowiązki i granice
zakresu szczegółowości, wiem, co mogę ujawnić np. w rozmowie z panią, a czego
nie, i co mi za ewentualne przekroczenie tej granicy grozi. Wątpię w to, żeby
źródłem informacji dziennikarskich był prokurator Pasionek. Powiem więcej – co
chyba zresztą wczoraj państwo napisali w jednym z artykułów – częstokroć jest
dokładnie odwrotnie, niż chciałaby tego "Gazeta Wyborcza" – niejednokrotnie
ważne dowody w sprawie zdobywali jako pierwsi dziennikarze i to prokuratorzy
potem chcieli pozyskiwać te materiały z mediów w celu uzupełnienia zebranych
przez siebie dowodów. Wszyscy pamiętamy słynny film zawierający zapis niszczenia
wraku samolotu, jak również wiele innych dziennikarskich "zdobyczy". Prokurator
z doświadczeniem ma we krwi dozowanie informacji oraz trzymanie dla swojej
wiedzy ustaleń istotnych z punktu widzenia sprawy, ponieważ nie każda informacja
jest chroniona dyspozycją z art. 241 kodeksu karnego. Dla mnie jest to sytuacja
co najmniej zastanawiająca – nawet jeżeli pan prokurator Pasionek przeprowadzał
jakieś rozmowy, to na pewno odbywało się to w granicach prawa, w celu pozyskania
dowodów. Według doniesień medialnych – rozmawiał z przedstawicielami naszych
sojuszników z NATO. Miał do tego prawo. Dziwi i martwi mnie postulowanie kary
dla prokuratora Pasionka za ewentualne kontakty służące właśnie tej sprawie.
Karałbym za ukrywanie, a nie pozyskiwanie dowodów w tej sprawie. Ja też bym
wiele zrobił, żeby dowiedzieć się, co naprawdę wydarzyło się na lotnisku
Siewiernyj, jaka była prawdziwa sekwencja faktów. Myślę zresztą, że każdy Polak
postąpiłby w tej sprawie dokładnie tak samo.
Dziękuję za rozmowę.
