Pośpiech Rosjan dziwi
Z prof. Michaelem Badenem, patomorfologiem z New York University,
rozmawia Piotr Falkowski .
Jak z punktu widzenia patomorfologii sądowej powinno wyglądać całe
postępowanie w przypadku katastrofy lotniczej od momentu znalezienia wraku
samolotu przez służby ratownicze?
– Spróbuję podać główne punkty. Oczywiście trzeba sprawdzić, czy ktoś nie
przeżył. Jeśli ktoś żyje, to należy go natychmiast zabrać do szpitala. Wtedy
ratowanie życia jest ważniejsze niż wszelkie procedury. Kiedy natomiast już się
upewnimy, że nie ma nikogo żywego, to mamy czas na spokojne prowadzenie
czynności. Zwracam uwagę na to, że nie ma już wtedy potrzeby się z niczym
spieszyć. Trzeba całe miejsce, gdzie rozbił się samolot, dokładnie obejść i
wykonać szczegółową dokumentację fotograficzną. Każde ciało i każda oddzielna
część ciała powinny być oznaczone numerem. To samo technicy w tym czasie robią z
częściami samolotu. Poza fotografiami robi się dokumentację znalezisk. To jest
ważne w takim przypadku jak Smoleńsk, gdy jest dużo części ciał. Nie trzeba
wszystkiego pisać, można mówić do dyktafonu, a potem w biurze przepisać, żeby
był ślad, co na miejscu było widoczne, w jakim stanie itd. Potem te informacje
przydają się do przypisania oderwanych części do poszczególnych ofiar. Należy od
razu prowadzić taką "statystykę" części, żeby wiedzieć, że niczego nie brakuje.
Wtedy części wkłada się do trumien czy też mniejszych pojemników na mniejsze
części i przenosi do kostnicy.
Przenosi?
– Tak, chodzi o taką kostnicę tymczasową. Pewne badania należy wykonać
możliwie blisko miejsca znalezienia ciał, bez długiego przewożenia. Taką
tymczasową kostnicę można bez problemu urządzić gdzieś w pobliżu wraku w dużym
namiocie. Ponieważ przy katastrofie z dużymi zniszczeniami i wielką liczbą ofiar
można spodziewać się trudności z identyfikacją, od razu należy zabezpieczyć
istotne elementy, takie jak wzory dentystyczne. Próbki DNA mogą być pobrane
później. Jednocześnie inne służby ustalają listę pasażerów, kontaktują się z
rodzinami. Przy tej okazji należy starać się uzyskać zdjęcia i informacje
medyczne o ofiarach, żeby wykorzystać je w identyfikacji. W domach ofiar są
często stare zdjęcia rentgenowskie, wyniki różnych badań. To wszystko trzeba
skopiować. Wszystkie czynności oczywiście powtarza się z każdym z poległych. W
tymczasowej kostnicy przeprowadza się oględziny każdej części i dokonuje
wstępnych identyfikacji. Robi się od razu zdjęcia rentgenowskie wszystkich ciał
i ich części.
Do czego są potrzebne te zdjęcia?
– W pierwszym dniu nikt nie wie, jaka była przyczyna wypadku. Czy pilot miał
atak serca, czy zaszła jakaś usterka techniczna, czy wybuchła bomba podłożona
przez terrorystów – nic nie wiemy. Dlatego rutynowo wykonuje się zdjęcia, bo
jeśli była jakaś eksplozja – bomby albo jakiejś instalacji pod ciśnieniem – to
małe odpryski wnikają w ciało i ono zachowuje ślady wybuchu. Tak się robi
obecnie zawsze, nawet jeśli jakaś inna przyczyna jest ewidentna. Na wszelki
wypadek. Dlatego służby ratownicze mają takie przenośne aparaty RTG, żeby to
robić. Mamy więc taką kolejność: fotografia – przeniesienie do tymczasowej
kostnicy – zdjęcie rentgenowskie. Potem zdejmuje się ubranie. Jest ono bardzo
pomocne w identyfikacji. Ludzie mają przy sobie dokumenty, nazwiska są na
mundurach wojskowych itd. To nie jest nigdy pewne na sto procent, dlatego mówimy
o wstępnej identyfikacji.
Rosjanie twierdzą, że po takich katastrofach ciała zazwyczaj są
nagie.
– To nie jest normalne. Ubranie powinno być. Owszem, zniszczone, podarte,
zabrudzone. Ale żeby w ogóle bez ubrania? To absolutnie nie jest zwyczajne.
Ludzie są z reguły przypięci pasami w fotelach. Nawet jeśli tak fotel zostanie
zgnieciony czy wyrzucony na zewnątrz i człowiek z niego wypadnie, to i tak
ubranie zostaje. Jedynie buty często spadają.
Rozumiem. I co dzieje się dalej?
– Potem już można przewieźć ciało do zakładu medycyny sądowej i tam pobiera
się próbki DNA oraz wykonuje sekcję zwłok. Ma ona za zadanie ustalić przyczynę
zgonu, ale też pomóc w określeniu przyczyn wypadku. Wyjaśnię to. Otóż na
przykład często mamy do czynienia z pożarem. Wówczas dym był przed śmiercią
wdychany i pozostały ślady chemiczne w drogach oddechowych i we krwi. Jeśli tak
jest, to znaczy, że osoba w tym momencie jeszcze oddychała. Wszystkie te
informacje w połączeniu z ustaleniami lotniczymi mogą być przydatne. I wtedy
ciało wkłada się do trumny i wysyła zgodnie z wolą rodziny.
Wygląda na to, że w przypadku ofiar katastrofy smoleńskiej popełniono
wszelkie możliwe błędy.
– Z tego, co się dowiedziałem, nie było tymczasowej kostnicy, jedynie ciała
gdzieś ułożono. Po szybkich badaniach w Moskwie przyleciały do Polski. I
pochowano je, zamiast zrobić porządne niezależne ekspertyzy. Jeszcze raz
powtarzam: pośpiech niczemu nie służy. To tylko źródło pomyłek. Teraz to się
mści. Nie wiadomo, czy Rosjanie w ogóle próbowali podjąć jakieś ustalenia, czy
coś się nie stało przed upadkiem samolotu. Ale można było to nadrobić.
Jak powinna wyglądać rejestracja czynności lekarzy sądowych?
– Przez cały czas robi się zdjęcia. Sekcja zwłok powinna być nagrywana na
wideo. Tak jak przy przeszukiwaniu wraku, także inne czynności wykonujący je
powinien głośno opisywać i nagrywać na dyktafon. W przypadku takich osób jak
głowa państwa sekcja merytorycznie niczym nie różni się, ale oczywiście robi się
ją bardzo starannie. Z reguły w większym zespole najlepszych specjalistów.
Osobami, na które trzeba zwrócić szczególną uwagę, są członkowie załogi. Były
katastrofy spowodowane tym, że pilot w jakimś kluczowym memencie miał atak
serca, udar mózgu albo zadziałała jakaś trucizna. Należało przede wszystkim
przyglądać się ciałom pilotów, czy nie ma w nich niczego niepokojącego. A
Rosjanie podobno skoncentrowali się na jednym z pasażerów.
Chodzi o generała Andrzeja Błasika, dowódcę Sił Powietrznych.
Instytut Medycyny Wojskowej na podstawie obrażeń jego ciała ustalił, że stał on
w wejściu do kokpitu i nawet w określonej pozycji – z podniesioną ręką.
– Czytałem o tym w tym rosyjskim raporcie. To są czyste spekulacje bez
podstaw w faktach. Nikt nie może stwierdzić takich szczegółów, chyba że była tam
kamera i nagrywała. Te wywody nie są oparte na metodach naukowych. Także jako
manipulację należy ocenić eksponowanie obecności alkoholu w ciele generała. 0,6
promila alkoholu to naturalna ilość w ciele po kilku dniach u człowieka, który
nie musiał niczego pić. Ten wskaźnik dochodzi do nawet 1,0 promila po mniej
więcej tygodniu i później.
Czy podczas sekcji powinno się określić czas zgonu? Rosjanie
twierdzili, że skoro przyczyną śmierci są obrażenia doznane w wyniku katastrofy
i nastąpiła ona natychmiast, to po prostu czas katastrofy określony przez
komisję lotniczą jest czasem śmierci.
– Czas określa się zawsze znanymi nauce metodami, podając dokładność. Nigdy
nie możemy stwierdzić w ten sposób, że ktoś umarł 20 sekund przed katastrofą.
Aczkolwiek zmiany w ciele, rodzaj obrażeń, niektóre zjawiska w pewnych organach
(na przykład w płucach, w uszach) mówią nam, czy doszło do poważnego uszkodzenia
ciała jeszcze przed zderzeniem z ziemią. Moment upadku wiąże się z
przeciążeniami, a gdy następuje z dużej wysokości, to także z naglą zmianą
ciśnienia. Żywy organizm na to reaguje, martwy nie. Gdy doszło do uszkodzenia
ciała, a potem nastąpiła śmierć z innego powodu, to także da się stwierdzić.
A jaki czas należy wpisać do aktu zgonu?
– Oczywiście w przypadku takiej katastrofy jak smoleńska dla celów związanych
z wystawieniem aktu zgonu lepiej podać czas uderzenia w ziemię, bo jest znany
dokładniej, niż można cokolwiek powiedzieć na podstawie badań
patomorfologicznych. Chyba że ktoś rzeczywiście w chwili katastrofy nie żył
dłuższy czas.
Sekcję zwłok polskiego prezydenta wykonywano w takim budynku
[pokazuję zdjęcia kostnicy w Smoleńsku i sali sekcyjnej]. Nadaje się do takiej
czynności?
– No cóż. Ten stół sekcyjny jest nieco stary, ale może być. W USA w małych
miejscowościach też są takie. A jak to jest daleko od miejsca wypadku?
Niecałe 10 kilometrów.
– To można było nie urządzać kostnicy tymczasowej. Ale tu badano tylko
prezydenta. Pozostałe sekcje były w Moskwie. Czyli te ciała musiano przewozić,
przenosić, pewnie leciały samolotem. Tak nie powinno być. A ile osób robiło
sekcję?
Jeden miejscowy lekarz, zastępca kierownika tego biura, i dwóch
innych lekarzy ze Smoleńska oraz jeden z Moskwy asystowało. Niestety, nie było
żadnego eksperta z Polski, tylko konsul i prokurator.
– Rozumiem.
Kiedy ciała wracały do Polski, trumny były zapieczętowane i zakazano
ich otwierania. Czy to jest dozwolone?
– Pieczęć to znak międzynarodowy, że w środku jest warstwa metalowa
zaspawana, tak że nie można jej łatwo otworzyć. Do międzynarodowego transportu
zwłok używa się takich ze względów epidemiologicznych, żeby uniknąć zamiany
ciała, ograbienia itd. Ale wiem od pana Rogalskiego, że trumna byłego
wicepremiera Gosiewskiego nie miała pieczęci. Tak czy inaczej jedno państwo nie
może powiedzieć drugiemu: nie otwieraj trumny waszego obywatela. Na to nie ma
żadnych podstaw prawnych. Rodzina zawsze może żądać zobaczenia ciała. Podobnie
jak organa śledcze. Jedynie gdy przyczyną zgonu jest choroba zakaźna albo są
inne powody do przypuszczeń, że ciało może być toksyczne, należy zastosować
odpowiednie środki ostrożności. W tym przypadku nie ma takich powodów. W
Smoleńsku nie panowała epidemia.
Czy można jeszcze wiele rzeczy stwierdzić teraz, po dwóch latach?
– Myślę, że tak. To jest bardzo różnie. Jeśli chodzi o odłamki i inne
odpryski metalowe świadczące na przykład o rozpadzie samolotu w powietrzu itp.,
to one zostają. Po dwóch latach też są. Kości są bardzo trwałe. A stan innych
tkanek zależy od wielu czynników. Czasem rozkład jest szybki, a czasem powolny.
Uczestniczyłem w ekshumacji Martina Luthera Kinga [zm. 1968]. Po trzydziestu
latach ciało było w doskonałym stanie. Także ciała dzieci cara Mikołaja II:
księcia Aleksego i księżnej Marii, były po 70 latach w dość dobrym stanie.
Wszystkie części dawały się łatwo zidentyfikować bez jakichś specjalnych
technik. Wszystkie zaawansowane metody potem potwierdziły pierwsze
przypuszczenia. Tu mamy niekorzystny czynnik, o którym dowiedziałem się od pana
Rogalskiego. Ciała zostały włożone do plastikowych worków. To niestety
przyspiesza rozkład. Skóra wtedy rozpływa się w wyniku procesów gnilnych. Ale to
nie jest przeszkoda nie do pokonania.
Gdyby jednak dopuszczono Pana do pracy przy sekcjach zwłok ofiar
katastrofy smoleńskiej, to czy potrzebuje Pan jakiegoś specjalistycznego
sprzętu, narzędzi?
– Nie. Na całym świecie narzędzia są takie same. Tu, we Wrocławiu, na pewno
znalazłby się dla mnie skalpel. Na pewno jest rentgen. Jest też laboratorium
biochemiczne. Wiem, że w Krakowie zrobiono tomografię komputerową. To nie
zaszkodzi. Ładnie, że wasze służby są takie dokładne, ale do tego rodzaju badań,
jakie prowadzą patomorfolodzy wobec ofiar katastrof lotniczych, to akurat na
niewiele się przydaje. Wystarczy zwykły rentgen, który jest wszędzie.
Dziękuję za rozmowę.
