Posłuszeństwo bezprawiu?

Błędne prawo nie tylko dezinformuje w sprawie dobra i zła moralnego,
ale także uruchamia lawinę bezprawia, krętactwa i przemocy. Takie też są skutki
nieszczęsnej polskiej ustawy z 1993 roku, która w niektórych sytuacjach
wyłączyła spod ochrony prawnej życie dzieci przed narodzeniem.

Konsekwencją tego wewnętrznie sprzecznego prawa są nie tylko dokonywane w
jego majestacie zabójstwa wielu poczętych dzieci, ale także poważne kłopoty
zarówno świata medycyny, jak i sędziów zmuszanych do uczestniczenia w tym
zbrodniczym procederze.
Lekarze, którzy nie chcą uczestniczyć w legalnej
aborcji, mają coraz częściej problemy z wymiarem sprawiedliwości. Przeżywają je
coraz bardziej samotnie, pozbawieni wsparcia społecznego, mając przeciwko sobie
nie tylko polskich sędziów bez sumienia (wyuczonych na postpeerelowskich
uczelniach tzw. pozytywizmu prawnego), ale także zachodnich polityków
dotkniętych podobną ułomnością. Pamiętamy, że ci ostatni kilkakrotnie zażądali
od władz Polski (również rękami Trybunału Praw Człowieka Rady Europy w sprawie
„Alicja Tysiąc przeciwko Polsce”) zmuszania lekarzy do uczestnictwa w aborcyjnym
procederze, nawet jeśli powołują się oni na uzasadniony sprzeciw własnego
sumienia. Pisałem też o odrzuceniu w grudniu 2005 r. przez Komisję Europejską
projektu nowej umowy uzupełniającej konkordat Słowacji ze Stolicą Apostolską
(2000 r.), w którym zagwarantowano by zawodom prawniczym i medycznym tzw.
klauzulę sumienia w ramach ich działalności.
Wśród przedstawicieli polskiej
służby zdrowia mamy już cały szereg godnych nagrodzenia bohaterów, którzy
konsekwentnie sprzeciwiali się narzucaniu im w majestacie prawa roli kata. Tak
uczyniła np. cała krakowska służba zdrowia, na początku lat 90. powszechnie
odmawiając wykonania wydanego przez prokuraturę wyroku na poczętym dziecku,
poczętym w wyniku gwałtu. Dzisiaj ci sami lekarze za swoją wierność sumieniu i
powołaniu medycznemu siedzieliby w unijnych kazamatach, gdyby tylko zechcieli
powtórzyć swoją decyzję sprzed dwudziestu lat. Lekarze wolą zatem walczyć w
ukryciu, bez głośnego nagradzania swoich wysiłków, bo wchodzenie Polski do UE z
nadmiernym zapałem, na kolanach, bez odpowiednich zabezpieczeń prawnych (między
innymi „klauzuli sumienia” dla zawodów medycznych i prawniczych) skazało te
zawody zaufania publicznego na rolę służebną wobec nakazów aktualnej władzy.
Sumienie mają zostawiać w domu, a w pracy są zmuszani wypełniać odgórne nakazy,
także urzędników UE i aktualnie stworzonych regulacji prawnych.
Ta
niewłaściwa sytuacja zawodów medycznych i prawniczych nie zwalnia jednak ich
reprezentantów od moralnego obowiązku posługiwania się sumieniem, czyli rozumem
odnośnie do dobra i zła moralnego. Takich postaw niestety nie widzimy w sprawach
dotyczących aborcji toczących się w polskich sądach. Przykładem może być nie
tylko sprawa „Tysiąc przeciwko 'Gościowi Niedzielnemu'”, ale także skazanie 6
maja przez Sąd Najwyższy lekarzy, którzy nie poinformowali skarżącej ich kobiety
o poważnym upośledzeniu jej poczętego dziecka. Według opinii sędziów, to lekarze
odebrali jej prawo do „swobody wyboru”, czyli swobody zabicia swojego dziecka.
Sędziowie interesowali się zatem w swoim rozstrzygnięciu tylko polską sytuacją
prawną (zezwalającą na zabicie własnego poczętego dziecka, jeśli ono jest chore)
i zgodnością czynu lekarza z tym „prawem”, a niczym więcej. Czyżby na tym tylko
miało polegać zadanie sędziego? Czyżby porządny sędzia np. w III Rzeszy i ZSRS
winien interesować się wyłącznie zgodnością czynów obywateli z obowiązującym
wtedy prawem? Jeśli zatem „prawo” nazistowskie nakazywało mordowanie Żydów, to
czy dobry sędzia powinien surowo karać tych wszystkich, którzy nie chcieli w tym
procederze uczestniczyć?
Sędziowie orzekający w omawianej sprawie zapewniają,
że nie wnikają w sprawę, czy aborcja jest słuszna, czy nie, a interesują się
wyłącznie tym, czy jest legalna, i wydają werdykt wyłącznie w oparciu o to
ostatnie rozpoznanie. Cóż zarzucić takim stróżom prawa? Zapominają oni nade
wszystko o tym, że prawo stanowione jest ludzkim dziełem, a zatem może także
ułomnym dziełem, a więc podstawowym obowiązkiem stróża prawa jest dbanie o jego
zgodność z obiektywną rzeczywistością dobra i zła. Poważna niezgodność prawa
stanowionego z tzw. prawem naturalnym zobowiązuje zawsze i wszędzie do sprzeciwu
wobec prawnego bezprawia. Czyżby sędziowie tego nie rozumieli, deklarując swoją
jakoby „bezstronność” w sprawie aborcji? Od oceny moralnej tego czynu nie sposób
uciec w tej sytuacji. Jeśli aborcja jest uważana przez lekarzy za zbrodnię, to
nigdy nie należy karać tych, którzy nie chcą jej dokonać, a nawet nie chcą w
jakikolwiek sposób w niej uczestniczyć. Nigdy nie należy karać w takiej sytuacji
nawet wtedy, kiedy trzeba za to zapłacić najwyższą cenę, włącznie z własnym
życiem, utratą posady czy zaprzepaszczeniem kariery zawodowej. Nigdy zatem nie
należało skazywać w sądach tych, którzy nie chcieli mordować Żydów, nawet jeśli
tego żądało nazistowskie „prawo”. Zawody prawnicze powinny starać się o
respektowanie ich elementarnego prawa do sprzeciwu sumienia w ramach swojej
działalności, również sędziowskiej.
Jakże zatem uznać za winnych tych
polskich lekarzy, którzy nie poinformowali skarżącej ich kobiety o upośledzeniu
jej dziecka, jeśli wiedzieli, że ta informacja doprowadzi do zabicia dziecka?
Jak osądzić tych, którzy nie chcieli wskazać esesmanom kierunku, w którym uciekł
Żyd? Czy powinni udzielić takiej informacji w imię rzekomej świętości ustawy „o
czystości rasowej”? Jakże zatem uznać za niewinnych tych polskich sędziów,
którym najdroższe jest nade wszystko ludzkie prawo niż respektowanie własnego
rozumu odczytującego obiektywną naturę człowieka, która zawsze i wszędzie winna
być uszanowana?

Dr Marek Czachorowski

drukuj