Porządki w farmacji

Ministerstwo Zdrowia przygotowało projekt nowelizacji prawa farmaceutycznego. Zanim przejdzie on całą procedurę legislacyjną w Sejmie i Senacie, minie jeszcze sporo czasu, ale już teraz niektóre zapisy proponowane przez resort wywołują spore emocje wśród producentów leków, farmaceutów i pacjentów. Najgłośniej dyskutowane są między innymi dwie kwestie: ustawowe ograniczenie możliwości otwierania nowych aptek i umożliwienie handlowania lekami za pomocą internetu.

Niewątpliwie rozstrzygnięcie obu spraw może na wiele lat zdecydować o kształcie polskiego rynku aptekarskiego. Trzeba mieć świadomość, że rozwiązanie w postaci ograniczenia liczby aptek czy też otwieranie e-aptek, o czym szeroko mówił m.in. wiceminister zdrowia Bolesław Piecha, może uporządkować obrót lekami, ale niesie też zagrożenia, którym rząd i inne instytucje do tego powołane będą musiały przeciwdziałać. Na pewno nie możemy na dłuższą metę bronić się przed otwieraniem wirtualnych aptek. Ale pacjenci niech nie liczą, że internetowa sprzedaż leków spowoduje wyraźne obniżenie ich cen. Problem cen trzeba załatwić w zupełnie inny sposób: do tego potrzebna jest ingerencja państwa i twarda kontrola producentów i dystrybutorów leków.
Jeśli ktoś w miarę uważnie przyglądał się dyskusji wokół propozycji ministerialnych, łatwo zauważył, jak o korzystne dla siebie zapisy walczą różne lobby, a w tej walce argumenty merytoryczne przeplatają się ze zwykłą demagogią.

Mniej aptek?

Resort zdrowia proponuje usztywnienie zasad otwierania nowych aptek. Obecnie w zasadzie w tym względzie nie ma ograniczeń. Każdy, kto ma pieniądze, odpowiednią kadrę profesjonalnie przygotowanych farmaceutów (właściciel wcale nie musi mieć za sobą kierunkowych studiów), może otworzyć aptekę w dowolnym miejscu, jeśli tylko znajdzie wolny lokal lub wybuduje własną siedzibę. Natomiast resort zdrowia chce prowadzić coś w rodzaju systemu zezwoleń na otwieranie nowych aptek. Jeśli bowiem ustawa weszłaby w życie w kształcie proponowanym przez rząd, aptekę można będzie uruchomić tylko w miejscowości, gdzie na jeden punkt sprzedaży leków przypadać będzie i tak ponad 4 tysiące ludzi lub odległość między najbliższą starą i nową apteką będzie większa niż 3 kilometry.
Co przemawia za takim rozwiązaniem? Zdaniem ministerstwa i samych farmaceutów, nie tylko interes aptekarzy, ale również pacjenta. W tej chwili w Polsce jedna apteka przypada na mniej niż 4 tysiące ludzi, czyli możliwość otwarcia nowych aptek zostałaby rzeczywiście poważnie ograniczona. Ale farmaceuci przekonują, że uwolnienie rynku w tej kwestii spowodowało ostrą i niepotrzebną walkę konkurencyjną o klientów. Teoretycznie pacjenci na tym korzystają, bo apteki prowadzą różne akcje promocyjne, obniżki cen.
Z drugiej jednak strony, takie akcje promocyjne i reklama w mediach przyczyniły się do znacznego wzrostu zakupów leków. Zdaniem wielu lekarzy i samego Ministerstwa Zdrowia, duża część medykamentów jest kupowana bez żadnej potrzeby, bo ludzie ulegają pokusie udziału w promocjach. Wydają więc niepotrzebnie pieniądze i w ten sposób nic nie oszczędzają lub nawet wydają relatywnie więcej niż kilka lat temu. W dodatku walka rynkowa grozi egzystencji wielu aptek.
Jednocześnie, ponieważ znaczna część specyfików jest refundowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia, wydatki budżetowe na dopłaty do leków systematycznie rosną. W tej chwili już co piąta złotówka z naszych składek trafia na konto „leki”, przez co trzeba ograniczać wydatki na inne ważne lecznicze cele. Ministerstwo liczy więc, że nowe prawo w znacznym stopniu ukróci podobne praktyki, więc poprawi się nie tylko sytuacja finansowa istniejących aptek, ale może też spaść ilość kupowanych przez nas lekarstw. W efekcie spadną też nakłady na refundacje ze strony NFZ. Czy tak się stanie, pokaże przyszłość.
Co ciekawe, projekt resortu pozytywnie oceniają drobni farmaceuci, a krytykują go przede wszystkim większe firmy, zwłaszcza te tworzące sieci apteczne. W ten bowiem sposób zostanie im ograniczona możliwość otwierania nowych aptek. Będą więc musiały się nastawić na kupowanie istniejących punktów, tych będących w kiepskiej kondycji. Ale może to być dla sieci mało atrakcyjne, gdyż gorsze apteki są położone często w peryferyjnych dzielnicach, z dala od centrów, szpitali, ośrodków zdrowia. A wiadomo, jakie znaczenie dla handlu lekami ma odpowiednia lokalizacja apteki. Nie brakuje jednak i takich głosów, że ustawa sieciom niespecjalnie zagrozi, może zaś przyspieszyć proces konsolidacji branży, ponieważ zadłużone apteki będą szybciej wykupywane przez wierzycieli.
Co prawda ministerstwo chciałoby ograniczyć ekspansję sieci, proponując nakaz sprzedaży części aptek przez największe podmioty, ale podobno ten zapis nie ma szans na wejście w życie, gdyż jest niezgodny z prawem.
Trzeba jednak odrzucić krytykę przeciwników ustawy, że minister, ograniczając tworzenie nowych punktów sprzedaży leków, chce ograniczyć swobodę prowadzenia działalności gospodarczej. Tylko że „zapominają” oni o tym, iż obrót lekami nigdzie na świecie nie jest puszczony na żywioł. W wielu krajach regulowana jest także liczba aptek w zależności od liczby ludności przypadającej na jeden punkt sprzedaży. W niektórych państwach (np. w Szwecji) ten wskaźnik jest zresztą o wiele wyższy, niż proponują go nasi urzędnicy.
I najważniejsza sprawa: nasza ustawa wcale nie musi spowodować zmniejszenia liczby aptek w kraju (jest ich ponad 11 tysięcy). Przecież ministerstwo nie będzie zamykać administracyjnie żadnej z już otwartych aptek, ich ta ustawa nie dotyczy, ponieważ prawo przecież nie działa wstecz. Co prawda, jeśli jakaś apteka zbankrutuje, to być może w jej miejsce nie zostanie otwarta nowa. Znając jednak praktykę sieci aptecznych, można przewidzieć, że taki punkt nie zostanie zamknięty, tylko wykupiony przez inną firmę. Tymczasem przeciwnicy ustawy próbują ludziom wmówić, że urzędnicy chcą zamykać apteki i w ten sposób pozbawić ich łatwego i szybkiego dostępu do lekarstw. W gazetach cytowane są „pełne oburzenia” wypowiedzi pacjentów broniących swoich aptek. Tylko nie wiadomo po co ta obrona, skoro żadna z nich nie zostanie zamknięta na siłę, właściciela nikt nie będzie do tego zmuszał.
Poza tym aptekarze boją się, że przy obecnym prawie niedługo powstaną nowe sieci handlowe, które zniszczą rodzimy drobny sektor. I nie są to czcze obawy, ponieważ o otwarciu własnej sieci aptecznej mówią choćby portugalscy właściciele sklepów „Biedronka”. Z drugiej strony, ograniczenie możliwości otwierania aptek w miastach może spowodować, że więcej ich pojawi się w mniejszych miejscowościach. Jednak boomu na wsiach na pewno nie będzie, gdyż rzadko kiedy taka inwestycja jest tam opłacalna i szybko się zwraca.

Ceny nie wzrosną

Równie bezpodstawne jest twierdzenie, że projekt resortu przyczyni się do podniesienia cen medykamentów. Podaje się argument, że mniejsza liczba punktów sprzedających lekarstwa oznacza ograniczenie konkurencji cenowej. Farmaceuci nie będą bowiem musieli walczyć wszelkimi sposobami o klientów, a co za tym idzie – przekonują niektórzy eksperci – lekką ręką zamiast obniżać ceny, zaczną je podnosić.
Argument wydaje się w pierwszej chwili logiczny. Jeśli na osiedlu jest jeden sklep, a do drugiego ludzie mają kawał drogi, to jego właściciel może niemal w dowolny sposób ustalać ceny. Konkurencja nie jest dla niego zbyt groźna. To wszystko prawda, ale te reguły mogą dotyczyć sprzedaży artykułów żywnościowych czy produktów chemicznych. Z lekami jest już zupełnie inaczej.
Wiele medykamentów ma cenę regulowaną, jej wysokość zależy choćby od poziomu dopłat ze strony NFZ. Co więcej, nieraz byliśmy świadkami manipulowania cenami przez producentów i liczba aptek nie miała tu nic do rzeczy. Bo jak, jeśli nie celowym działaniem, wytłumaczyć często opisywane w „Naszym Dzienniku” takie oto zjawisko, że wiele lekarstw jest w Polsce droższych w porównaniu do cen, jakie za takie samo opakowanie płacą Grecy, Hiszpanie, Włosi czy nawet najbogatsi w Europie Niemcy lub Szwajcarzy. Niektórzy producenci mają w swoim segmencie czy rodzaju leków niemal monopolistyczną pozycję i to oni ustalają wysokość opłat. A czy ich produkt będzie sprzedawać 11 czy 15 tysięcy aptek, nie ma już żadnego znaczenia.
Tak więc nie liczba punktów, ich zwiększenie lub zmniejszenie, może ograniczyć wzrost cen, ale odpowiednia polityka państwa, które musi wreszcie przeciwstawić się „dojeniu” kieszeni pacjentów i kasy NFZ przez producentów leków. Tam, gdzie można i trzeba, należy żądać od producentów zmniejszenia cen.
Dobre efekty w postaci ograniczenia wydatków na medykamenty może dać również uregulowanie spraw związanych z reklamą lekarstw, zwłaszcza telewizyjną. Niestety, większość z nas ulega jej tak samo, jak w przypadku proszków, szamponów czy żywności. I kupujemy więcej, niż potrzebujemy. Potem niewykorzystane leki lądują na śmietnikach lub w najlepszym przypadku w pojemnikach ustawionych w aptekach, skąd kieruje się je do bardzo drogiej utylizacji. Dlatego, drogi Czytelniku, nie dajmy się zwieść argumentom, że tylko uruchomienie jak największej liczby placówek sprzedaży wpłynie pozytywnie na stan naszych wydatków, gdyż takiego prostego związku nie ma. Jak już napisałem, sprzedaż leków to nie to samo, co handlowanie pietruszką.

Apteki wirtualne

Minister Piecha zapowiedział niedawno, że wkrótce ukaże się rozporządzenie, które ureguluje handel lekami przez internet. Teraz w zasadzie sprzedaż lekarstw za pośrednictwem sieci jest nielegalna, ale są już firmy, które się owym zakazem nie przejmują. Niektóre twierdzą, że sprzedają tylko preparaty ziołowe (co akurat jest dozwolone), ale mają też w ofercie tradycyjne leki. Inni sprzedają zwyczajnie lekarstwa na zamówienie. Inspekcja farmaceutyczna zapowiada, że skieruje pisma do instytucji zajmujących się takim handlem z nakazem wstrzymania działalności. Jeśli to nie poskutkuje – sprawy znajdą finał w sądzie. Resort zdrowia zdaje sobie jednak sprawę, że nie da się zablokować handlu w sieci, więc postanowił po prostu tę sprawę uregulować. Co więc proponują nam urzędnicy?
Po pierwsze, medykamentami w sieci będą mogły handlować tylko apteki, a nie zwyczajne sklepy internetowe, których jest zresztą coraz więcej. Jeszcze ważniejszy wymóg – co podkreślał wiceminister Piecha – dotyczy właściwego przechowywania i transportu leków. Chodzi tu zwłaszcza o zapewnienie odpowiedniej temperatury. W internecie będziemy mogli kupować zarówno leki w wolnej sprzedaży, jak i te na receptę.
Niewątpliwie takie regulacje są potrzebne, ale znowu – nie oczekujmy szybkiego spadku cen dzięki handlowi w sieci. Po pierwsze, do ceny leku kupowanego przy pomocy komputera trzeba będzie doliczyć jeszcze koszty przesyłki, co często nie będzie oznaczało tańszych zakupów niż w aptece, a nawet opakowanie tabletek może się okazać droższe. Najbardziej będzie taka transakcja opłacalna ewentualnie przy kupowaniu najdroższych lekarstw.
Po drugie, internet nie zastąpi normalnej apteki, bo wcale nie będzie szybszy (czas zakupu też ma dla pacjenta znaczenie). Przecież ktoś poważnie chory nie będzie czekał załóżmy pół dnia na zamówione leki, skoro kilka lub kilkanaście minut po wyjściu od lekarza będzie je mógł kupić w aptece nieopodal. W dodatku nic też nie zastąpi normalnego kontaktu z farmaceutą, którego w razie potrzeby można się na miejscu poradzić.
I wreszcie po trzecie, choć ten aspekt już był podnoszony, cena leku jest zależna przede wszystkim od decyzji producenta i odpowiednich uregulowań w prawie. Internet na to będzie miał raczej niewielki wpływ.
Ale samo stworzenie możliwości wirtualnego handlowania medykamentami to jedno, a kontrola tego segmentu rynku to już zupełnie inna sprawa. Duże zadania bierze w związku z tym na siebie państwo i jego służby. Trzeba do minimum ograniczyć możliwości oszustw. Nieuczciwe firmy będą próbowały wprowadzać do obrotu przeterminowane leki, już teraz mamy przypadki sprzedaży nie tych medykamentów, które zamawiał klient. Trzeba też jeszcze ostrzej kontrolować warunki magazynowania i dostaw, bo lek źle przewożony, zwłaszcza w upale, może zwyczajnie stracić swoją wartość leczniczą.
Pamiętajmy też, że ten rodzaj handlu ma i inne obostrzenia. Dokonując zamówienia towaru w jakimkolwiek sklepie internetowym, mamy możliwość go zwrócić (tak stanowi prawo konsumenckie). To samo będzie dotyczyło leków, gdyż nie ma możliwości, aby je z tego wyłączyć. Zresztą nikt nie kupi kota w worku, przecież pomyłki ze strony aptek będą się zdarzać. Ale jak klient ma oddać pigułki czy syropy, jeśli wymagają one np. transportu w lodówce? Odbierze je firma kurierska, ale kto za to zapłaci? Podobnych problemów prawno-logistycznych będzie więcej.
Dlatego na rozwój handlu internetowego patrzmy spokojnie, nie widać na razie możliwości, aby doprowadził on do likwidacji tradycyjnego sposobu sprzedaży leków.

Krzysztof Losz
drukuj