Porażki ministra Grada
Rząd Donalda Tuska to pierwszy gabinet po 1989 r., który funkcjonował przy
stabilnej większości parlamentarnej przez całą czteroletnią kadencję. Miał więc
dobrą sytuację, by przeprowadzić absolutnie konieczną, choć niepopularną reformę
finansów publicznych. W takich też warunkach funkcjonował minister Skarbu
Państwa.
Dobrze, że w 1995 r. powstał Skarb Państwa, otrzymując osobowość prawną i
zastępując Ministerstwo Przekształceń Własnościowych. Od tego momentu
prywatyzacja stała się tylko instrumentem do prawidłowego zarządzania majątkiem,
a środki z niej uzyskane winny być przeznaczone na poprawę konkurencyjności
polskiej gospodarki. Ponieważ minister Aleksander Grad jest najdłużej
urzędującym ministrem Skarbu Państwa, można było od niego wymagać jasno
sprecyzowanej strategii restrukturyzacji i prowadzenia prywatyzacji majątku
państwa polskiego. Pamiętajmy, iż ustawodawca (Sejm, Senat) nie narzucił
resortowi Skarbu Państwa limitu kwoty wpływu środków do budżetu (mówiąc prosto,
wpływy z prywatyzacji nie są dochodem budżetowym), zapewniając tym samym
ministrowi dużą elastyczność w podejmowaniu decyzji prywatyzacyjnych.
Minister Grad, szczycąc się kwotą przeszło 42 mld zł, które wpłynęły do budżetu
z tytułu prywatyzacji za jego kadencji, zdaje się nie zauważać, iż w samym tylko
2009 r. deficyt budżetu państwa został ustalony na poziomie 52 mld złotych.
Całość kwoty z prywatyzacji uzyskana w ciągu kadencji tak naprawdę nie wystarcza
na pokrycie jednorocznego deficytu budżetowego. Środki te, mówiąc prostym
językiem, zostały "przejedzone".
Kryzys gospodarczy, który w 2008 r. i w latach następnych dotknął polską
gospodarkę, wymaga nadzwyczajnych działań rządu. Pamiętajmy jednak, że
prowadzenie procesów prywatyzacyjnych w takich warunkach staje się co najmniej
bardzo ryzykowne. Jasne, iż w takich sytuacjach potencjalni poważni inwestorzy
nie podejmują decyzji inwestycyjnych, a swoje rezerwy finansowe na ogół
zachowują na tak zwane lepsze czasy. Tym samym znacznie zawęża się krąg firm
chętnych na zakup państwowych spółek i istnieje duże ryzyko uzyskania mniejszego
efektu ekonomicznego.
Unicestwienie polskich stoczni
Gdy analizuje się poszczególne decyzje prywatyzacyjne Skarbu Państwa, wiele
wątpliwości budzi ugoda zawarta przy sporze o PZU SA, zwłaszcza w świetle
raportu sejmowej komisji śledczej ds. prywatyzacji tej firmy (wypłata
odszkodowania i rezygnacja z dywidendy oznacza nieuzyskanie przez Skarb Państwa
co najmniej kilkunastu miliardów złotych). Ta dynamicznie rozwijająca się od
2000 r. firma przez kilka kolejnych lat osiągała zyski rzędu 4 mld zł, z czego
ponad połowa trafiała do Skarbu Państwa w postaci dywidendy. Dlaczego przy
podpisywaniu ugody było tak mało głosów krytycznych, zwłaszcza jeśli chodzi o
świat polityków?
Ale największą porażką ministra Grada, żeby nie nazwać tego kompromitacją, jest
sprawa prywatyzacji Stoczni Gdynia i Stoczni Szczecin. To prawda, że przemysł
morski (okrętowy), nie jest łatwy i prosty do naprawienia, a dobrze prowadzony
proces prywatyzacji to minimum dwa lata rzetelnej pracy urzędników. Przejście na
tzw. aukcje internetowe pewnie przyspiesza prywatyzację, ale niestety niesie
niebezpieczeństwo pojawienia się mało znanych, a czasami fikcyjnych inwestorów.
Tu mieliśmy ewidentnie do czynienia z takim przypadkiem (pojawienie się
inwestora z Kataru). Minister po ogłoszeniu warunków przetargu nie powinien w
żaden sposób ingerować w proces prywatyzacyjny aż do chwili zakończenia
przetargu. W innym przypadku przebieg prywatyzacji staje się mało przejrzysty. W
przypadku stoczni, obserwując tylko doniesienia medialne, miało się wrażenie,
jakby ministerstwo preferowało inwestora, który tak naprawdę nie istniał. W
efekcie doprowadziło to do ruiny stocznie Szczecin i Gdynia z jednoczesnym
zagrożeniem zaprzestania produkcji statków w polskich przedsiębiorstwach. Dziwi
fakt, że w świetle osiąganych przez polskie instytucje finansowe wyników
minister nie użył ich ekspertów, a także kapitału do rzetelnego przeprowadzenia
restrukturyzacji, a następnie dopiero prywatyzacji stoczni. O ile przy dużych
nakładach finansowych można odtworzyć produkcję statków, o tyle utracony
potencjał kadrowy (zespołu pracowniczego) jest praktycznie nie do odtworzenia.
Energetyka na sprzedaż
Trudno przy ocenie polityki zarządzania i prywatyzacji zasobów Skarbu Państwa za
kadencji ministra Grada nie wspomnieć o tak strategicznym sektorze, jaki stanowi
polska energetyka. Przypomnę, że do 2000 r. strategia restrukturyzacji i
prywatyzacji polskiej energetyki zakładała sprzedaż w pierwszej kolejności
elektrowni w celu ich dokapitalizowania, a następnie zakładów energetycznych
sektora dystrybucji, i to w głównej mierze inwestorom branżowym. Prawdą jest, iż
koszt produkcji energii w polskich elektrowniach był i jest bardzo wysoki i
wymagał sporych nakładów na inwestycje w celu obniżki kosztów produkcji. Z kolei
zakłady sektora dystrybucji świetnie funkcjonowały, posiadając najczęściej
nadwyżki finansowe. Wtedy też podjęliśmy decyzję o zmianie strategii
restrukturyzacji w taki sposób, aby podzielić polską energetykę na kilka
holdingów i połączyć firmy sektora dystrybucji z firmami sektora wytwarzania,
licząc na dokapitalizowanie elektrowni i wprowadzenie nowych technologii
obniżających koszty produkcji energii. Myślę, że był to dobry krok, który nadał
kierunek rozwoju energetyce. Samego upublicznienia tychże firm (sprzedaż
niewielkich pakietów akcji na GPW) nie oceniałbym negatywnie, tym bardziej że
Skarb Państwa zachowuje kontrolę, a jednocześnie zyskuje rynkową wycenę spółki,
jej działania stają się bardziej przejrzyste, kadra menedżersko-pracownicza jest
bardziej stabilna. Natomiast nie ulega wątpliwości, iż prywatyzacja tychże firm
kierowana do inwestorów branżowych byłaby błędem. Rola ministra powinna się
ograniczyć do funkcji kontrolnej procesów inwestycyjnych w zakłady wytwarzania
(elektrownie) w ramach holdingu. Tylko takie działania mogą doprowadzić do
poprawy konkurencyjności tychże zakładów, również na rynkach międzynarodowych, a
w konsekwencji do obniżki cen energii dla firm i gospodarstw domowych. Minister
Grad, prowadząc prywatyzację, raz decyduje się na inwestora branżowego, innym
razem rezygnuje, co może tylko świadczyć, iż nie posiada żadnej strategii dla
tegoż sektora. Trudno nie zauważyć, że takie państwa, jak: Niemcy, Francja,
kraje skandynawskie, o stabilnej i dobrze funkcjonującej gospodarce, a także
ugruntowanej demokracji zachowują kontrolę nad swoją energetyką. Mało
powiedziane, rządy tych państw bez względu na opcję polityczną nie mają nic
przeciwko działaniom inwestycyjnym swoich firm w innych państwach (m.in. w
Polsce), doskonale rozumiejąc strategiczną rolę energetyki w funkcjonowaniu
każdej gospodarki. Rząd premiera Tuska zdaje się tego nie zauważać.
Na progu krachu
Wydaje się, że sprzedaż tzw. resztówek należałoby ocenić pozytywnie, niemniej
pamiętajmy, iż poprzez te pakiety Skarb Państwa może uczestniczyć w Walnym
Zgromadzeniu Akcjonariuszy tych spółek, oceniając realizację umów
prywatyzacyjnych, a jednocześnie przy dobrze funkcjonujących spółkach uzyskiwać
dywidendę. Oczywiście zdarzają się tzw. fachowcy, którzy resztówki Skarbu
Państwa potrafią wycenić na wartość zerową, mimo że Skarb Państwa przez lata
otrzymywał z tych akcji dywidendę.
Wracając do dywidendy, należy przypomnieć, iż w 2006 r. dywidenda ze spółek
wyniosła około 9 mld zł, obecnie wynosi około 4 mld złotyc. Chciałoby się zadać
pytanie: co się stanie za kilka lat, kiedy nie będzie co prywatyzować, nie
będzie wpływu dywidendy, a pozostanie ten sam deficyt budżetowy, zwłaszcza że
zbliżamy się do granicy zadłużenia PKB określonego w Konstytucji RP? Zadłużenie
na chwilę obecną wynosi 787,9 mld zł, tj. 53,7 proc. PKB, przy konstytucyjnej
granicy 60 proc. PKB.
Pomimo ładnych efektów medialnych rządu premiera Tuska, jego ministra skarbu
Aleksandra Grada oraz próby zrzucania odpowiedzialności na poprzedników, bardzo
trudno wystawić temu gabinetowi pozytywną ocenę. Pozostaje mieć tylko nadzieję,
iż po wyborach znajdzie się propaństwowiec, prawdziwy mąż stanu, który
przeprowadzi nasz kraj przez trudną restrukturyzację finansów publicznych,
podejmie bardzo trudne, ale konieczne decyzje, oddalając widmo krachu
gospodarczego naszego państwa.
Andrzej Chronowski
Autor był ministrem Skarbu Państwa w latach 2000-2001.
