Poprawność polityczna wypaczyła prognozy
Z Marcinem Paladem, politologiem, współtwórcą Polskiej Grupy
Badawczej, rozmawia Paweł Tunia
Po raz kolejny większość
sondaży ośrodków badania opinii publicznej znacząco odbiegała od wyników
wyborów…
– Wstępne porównanie rezultatów głosowania z wynikami
prognoz opublikowanych zarówno w czwartek i piątek przed ciszą
wyborczą, jak i w formie prognoz tuż po zamknięciu lokali wyborczych w
niedzielę wykazuje nazbyt często daleko idące rozbieżności. Wykraczają
one poza dopuszczalną granicę błędu statystycznego. W jednym czy dwóch
przypadkach możemy wręcz mówić o wielkiej kompromitacji. Pracownia Badań
Społecznych w piątkowym wydaniu „Gazety Wyborczej” prognozowała
zwycięstwo Bronisława Komorowskiego już w pierwszej turze i wynoszącą aż
18 punktów procentowych przewagę nad Jarosławem Kaczyńskim. W najmniej
korzystnym dla kandydata PiS wariancie różnica ta wyniesie 5-6 punktów
procentowych. Z kolei SMG/KRC dla TVN 24 i Homo Homini dla Polsat News w
niedzielny wieczór zbyt mocno przeszacowały rezultat kandydata PO przy
jednoczesnym niedoszacowaniu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego.
Jaki
jest powód tej różnicy?
– Moim zdaniem, są co najmniej trzy
przyczyny takiego stanu rzeczy. Pierwszy dotyczy użycia dwóch różnych
narzędzi pomiarowych. OBOP dla TVP ankietował wśród osób wychodzących z
lokali wyborczych (tzw. exit poll). Natomiast w dwóch pozostałych
przypadkach prognoza wyborcza powstała na podstawie ankiet prowadzonych
przy użyciu telefonu. Ta ostatnia metoda okazała się po raz kolejny
zawodna. Drugi czynnik mógł mieć związek z procentem odmów odpowiedzi w
badaniach. Zakładam, że w badaniu przed lokalami był on na niższym
poziomie niż w badaniach telefonicznych. A to oznacza, że próba SMG/KRC i
Homo Homini została znacznie bardziej zdeformowana niż pomiar OBOP. To z
kolei potwierdza głoszoną przeze mnie od lat opinię o bezpośrednim
związku między trafnością prognoz a doborem próby zapewniającej możliwie
największą anonimowość respondentowi. A wspomniana anonimowość wiąże
się też z trzecim czynnikiem, na który chciałbym zwrócić uwagę. Dotyczy
to tzw. zjawiska poprawności politycznej. Ludzie często deklarują
preferencje zgodne z trendem, wskazują na kandydata dobrze postrzeganego
w świecie medialnym czy w środowisku, w którym ów kandydat cieszy się
sporą popularnością. Ale w ostateczności wybierają świat realny.
Jednak
co roku powtarza się problem przeszacowania wyników jednych kandydatów i
niedoszacowania innych. Ośrodki te nie wyciągają wniosków po kolejnych
wyborach?
– Zagadnienie trafności prognoz wyborczych jest
przedmiotem mojego zainteresowania i analiz od dwudziestu lat. Ze
smutkiem stwierdzam, że w tym okresie nie było ani razu w naszym kraju, a
zwłaszcza po katastrofie prognostycznej w wyborach prezydenckich 2005
roku, żadnej poważnej merytorycznej dyskusji na temat eliminacji błędów
warsztatowych firm socjometrycznych oraz zmiany sposobu prezentowania
sondaży w mediach. Można powiedzieć, że w dużej mierze branża badawcza
jest konsekwentna w chowaniu głowy w piasek. Każdorazowo po wyborach
mamy przechodzenie do porządku dziennego i udawanie, że nic się nie
stało. Dlaczego tak się dzieje? Chodzi o wzajemne wspieranie się firm,
które de facto tworzą niekontrolowany przez nikogo kartel. Jeżeli w tym
roku kompromituje się firma X, to pozostałe firmy zachowują milczenie,
wiedząc, że taki problem może pojawić się w ich przypadku za rok czy
dwa. Poza tym z usług firm badawczych korzystają w okresie wyborów duże i
wpływowe media. Eksponowanie wpadek jest także niekorzystne dla nich,
bo jako zleceniodawcy są współodpowiedzialni nie tyle za produkcję, co
prezentację trefnego towaru. Kolejny czynnik uniemożliwiający zmianę
istniejącej patologii to klasa polityczna, czyli partie subwencyjne. One
także nie są zainteresowane podnoszeniem na forum publicznym
problematyki trafności sondaży wyborczych. Nie robią tego, ponieważ nie
tylko w okresie kampanii wyborczych, ale także między wyborami zamawiają
setki badań ilościowych i jakościowych. To byłoby przyznanie się, że
miliony złotych trafiają do firm, których wiarygodność, mówiąc oględnie,
jest dosyć ograniczona. Tak więc przed drugą turą trzeba uzbroić się w
cierpliwość, bo ani firmy badawcze, ani media, ani politycy nie
przestaną bombardować nas kolejnymi sondażami. A 4 lipca w nocy, kiedy
wstępne wyniki poda PKW, znowu możemy się dowiedzieć, że bycie
prezydentem w sondażach to nie to samo, co rzeczywisty werdykt wyborców.
Mamy
do czynienia z podobną sytuacją jak 5 lat temu?
– W 2005 roku,
po zakończeniu pierwszej tury, większość Polaków kładła się spać ze
świadomością, że Donald Tusk jest jej wyraźnym zwycięzcą. W ostatnią
niedzielę ktoś, kto oglądał TVN czy Polsat, zasypiał, widząc
prezydenturę Bronisława Komorowskiego na wyciągnięcie ręki. I podobnie
jak 5 lat temu Polacy w powyborczy poniedziałek rano zobaczyli, że nie
ma aż tak znaczącej różnicy między kandydatami PO i PiS. Doświadczenie, o
którym mówię, powinno dać dużo do myślenia sztabowcom Bronisława
Komorowskiego. Usypianie i demobilizacja to pierwszy krok do porażki.
Moim zdaniem, nie ma zdecydowanego faworyta drugiej tury, a walka
rozstrzygnie się na płaszczyźnie mobilizacji dotychczasowego zaplecza
wyborczego, ale przede wszystkim w obszarze niezrażenia wyborców
kandydatów, którzy odpadli z dalszej rozgrywki o prezydenturę.
Dziękuję
za rozmowę.
