Pomogły nam doświadczenia z harcerstwa
Z prof. Kazimierzem Łodzińskim ps. „Kapsiut”, „Radwan”, „Markiz”, żołnierzem batalionu „Zośka”, uczestnikiem akcji pod Arsenałem i „Góral”, rozmawia Mariusz Bober
Pana walka z Niemcami zaczęła się jeszcze w kampanii wrześniowej, gdy walczył Pan w szeregach Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” gen. Franciszka Kleeberga…
– Znalazłem się w niej właściwie przypadkowo. 7 września wyruszyliśmy z Warszawy w sformowanym batalionie junaków wojskowych. Składał się on z 17-letnich chłopców, którzy zgłosili swój akces do wzięcia udziału w działaniach pomocniczych. Mieliśmy pełnić rolę oddziału łączności. Szliśmy przez Mińsk Mazowiecki w kierunku Brześcia. 17 września znaleźliśmy się przy granicy polsko-sowieckiej. Po agresji Sowietów oczywiście nastąpił odwrót. Wycofywaliśmy się w kierunku Włodawy. Niestety, także tam docierali już Sowieci. Pamiętam nalot kukuruźników, z których drugi pilot zrzucał na nas granaty, powodując wiele strat. Jeden z moich kolegów zginął, gdy obsługiwał karabin maszynowy. Po przekroczeniu Bugu dotarliśmy w okolice Kocka.
Tam właśnie trafił Pan do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”?
– Tak. Ale lekarz wojskowy stwierdził, że po tym dotychczasowym forsownym marszu nie mogę dalej iść ani wziąć udziału w walkach. Skierowano mnie do szpitala polowego w Parczewie. Było to w czasie, gdy gen. Kleeberg podjął decyzję o kapitulacji, co bardzo zdziwiło Niemców, bowiem grupa „Polesie” mogła wówczas przeprowadzić przeciwnatarcie na Niemców. Kiedy niemiecki generał spytał potem gen. Kleeberga, dlaczego się poddał, ten odpowiedział, że zabrakło mu już broni, amunicji, środków opatrunkowych i żywności.
Jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego (w marcu i sierpniu 1943 roku) uczestniczył Pan w dwóch słynnych akcjach przeprowadzonych przez Kedyw Komendy Głównej Armii Krajowej: „Góral” i pod Arsenałem. Jaką pełnił Pan w nich rolę?
– W obu akcjach znalazłem się w oddziałach zabezpieczających. Podczas akcji „Góral” naszym zadaniem było ubezpieczanie jej od strony ulic Miodowej i Senatorskiej. Zadanie to zlecono dowódcy Grup Szturmowych Szarych Szeregów, do których należałem. Miałem wkroczyć do akcji, gdyby sytuacja tego wymagała, czyli gdyby nadciągnęły niemieckie posiłki od strony tych ulic. Gdy akcja się zaczęła, zauważyłem, że w ciężarówce, która przewoziła pieniądze, jechali cywile. Okazało się, że byli to urzędnicy Banku Emisyjnego. Dopiero wówczas dowiedzieliśmy się, jaki jest cel akcji. Gdy urzędnicy zaczęli uciekać z otwartej ciężarówki, pobiegli w moją stronę. Uznałem więc, że nie ma sensu dalej tkwić przy Miodowej i Senatorskiej. Zaproponowałem więc przełożonemu, że lepiej będzie jeśli pobiegnę w stronę samochodu i zaatakuję niemiecką obstawę. Zgodził się. Wsparliśmy więc naszych żołnierzy i zlikwidowaliśmy chyba czterech żandarmów niemieckich. Dzięki temu akcja trwała znacznie krócej, niż była planowana. Potem szybko wskoczyliśmy do przygotowanego wcześniej samochodu, tak by uciec z miejsca ataku.
Jakie znaczenie miała ta akcja dla AK?
– Ogromne, przecież zdobyliśmy 105 mln ówczesnych złotych. Dzięki temu można było np. kupować niemiecką broń. Wśród Niemców też byli różni ludzie, niektórzy chcieli w ten nielegalny sposób zarobić.
Z kolei dzięki akcji pod Arsenałem udało się uwolnić Janka Bytnara ps. „Rudy”.
– To była nieprawdopodobna historia. Ubezpieczałem akcję od strony placu Krasińskich. Zaskoczenie Niemców było zupełne, dzięki czemu łatwiej mogliśmy wykonywać swoje zadania. Ochrona więźniów została już w pierwszym ataku zlikwidowana. Umożliwiło to spokojniejsze dokończenie akcji. Wśród atakujących była grupa kolegów m.in. z warszawskich drużyn harcerskich. Myślę, że głównie dzięki temu prawie niećwiczona akcja zakończyła się sukcesem. Ponieważ znaliśmy się między sobą, mieliśmy ułatwioną łączność z grupą atakującą. Doświadczenia zdobyte w drużynach harcerskich, a potem na tajnych kompletach, które były zalążkiem Szkoły Podchorążych „Agrykola”, także przyczyniły się do tego, że sprawnie i szybko wynieśliśmy z ciężarówki Janka Bytnara.
Gdzie zastało Pana Powstanie Warszawskie?
– W lipcu 1944 r. mój pluton „Felek” został wysłany na szkolenie do tzw. bazy leśnej w lasy wyszkowskie. Niestety, mieliśmy wtedy potyczkę z Niemcami, w trakcie której zostałem ranny pod klasztorem w Loretto. Zbiegło się to z informacją, że pluton ma kończyć szkolenie i wracać do Warszawy. Byłem więc ewakuowany jako jeden z pierwszych. Szybko przyjechała karetka, którą ruszyliśmy do Warszawy. Niestety, po drodze zabrakło nam benzyny. I proszę sobie wyobrazić, że kupiliśmy ją od… spotkanych Niemców. Należeli do oddziału wycofującego się przed nacierającymi bolszewikami. Nie sprawdzali karetki, bo koledzy powiedzieli im, że przewożą chorych na chorobę zakaźną. Dzięki temu, że sprzedali nam benzynę, dojechaliśmy do Warszawy.
Zdążył się Pan wyleczyć przed wybuchem Powstania?
– Niestety nie. Mimo to zgłosiłem się przed Godziną „W” do punktu, w którym mój pluton miał wyznaczone stanowisko. Jednak ze względu na ranę kazano mi wracać do domu. Wróciłem więc na Mokotów. W pierwszych dniach Powstania Niemcy wyparli naszych chłopców z ul. Rakowieckiej na ul. Madalińskiego. Potem zaczęli wypędzać z domów ludność cywilną. Mordowali, palili i niszczyli. Na szczęście dzięki wstawiennictwu dr. Eugeniusza Wierzbickiego, przedstawiciela Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, z którym jednak Niemcy się liczyli, oraz kontaktom doktora udało się wymusić na dowództwie niemieckim zaprzestanie mordów. Ewakuowano kilkaset osób z terenów położonych między ulicami Narbutta i Madalińskiego. Na rogu ul. Kazimierzowskiej i Narbutta funkcjonowała jeszcze wówczas apteka, w której pracowała moja mama. Na prośbę dr. Wierzbickiego, po konsultacji z mamą, utworzyliśmy w aptece punkt sanitarny, który zaopatrywał potrzebujących w lekarstwa i opatrunki. Tereny te zostały opanowane jednak przez Niemców. Dzięki temu, że byłem w aptece, nie musiałem od razu wychodzić z Warszawy razem z ludnością cywilną. Dopiero pod koniec Powstania wraz z cywilami opuściłem stolicę i znalazłem się za Nadarzynem.
Dziękuję za rozmowę.
