Polską suwerenność oddam tanio

Sanacja finansów Europy nie może być realizowana poprzez ruinę
najsłabszych krajów UE, likwidowanie ich podmiotowości czy emigrację za chlebem
i pracą całych narodów. Europa musi grać zespołowo lub straci rację bytu.
Dzisiaj bliżej nam do demonstrantów w Grecji i Hiszpanii niż do politycznego i
medialnego establishmentu nowej Europy, do którego aspiruje premier Tusk.

Ile jest warta suwerenność? Dwanaście, a może 110 miliardów euro? Czy raz
utracona da się odkupić? Odpowiedź powinni znać greccy politycy. Właśnie oddali
za długi własny kraj.

Strefa eurobankrutów
Cofnijmy się o kilka lat – do czasów NINJA. NINJA to nie postać z kreskówki,
lecz lekceważące określenie klientów amerykańskich banków, którzy jeszcze trzy
lata temu uzyskiwali kredyty na zakup własnych domów, mimo że byli bez pracy,
dochodów i majątku (No Income, No Job, No Assets). Grecja i inne kraje
peryferyjne Europy spełniły rolę europejskiego NINJA. Słyszały od bankierów:
"Cóż z tego, że byliście pod dominacją turecką, rosyjską, nie macie pieniędzy i
rozwiniętego rynku kapitałowego, jesteście małym krajem lub nie stać was na
wydatki? Od czego kredyt, którego wam udzielimy – kupujcie dowoli, w zgodzie z
własnymi aspiracjami. Przy tym oddajcie wasze instytucje finansowe i zawierzcie
nam, nie musicie rozumieć mechanizmów, które my przecież kontrolujemy – w razie
potrzeby przyjdziemy wam z pomocą". Politycy zaaprobowali kredytowy proceder,
napędzający w sposób sztuczny koniunkturę. PKB rósł, obietnice też – idylla
trwała długo, zbyt długo. Tani pieniądz napędzał kolejne bańki spekulacyjne.
Dzisiaj w Hiszpanii stoi ponad 1,5 miliona pustych nowo wybudowanych mieszkań.
Deficyt budżetowy Irlandii, która pokryła straty poniesione przez własny sektor
bankowy, wynosi, bagatela, 40 proc. PKB! Zadłużenie Grecji – 160 proc. PKB,
lekko biorąc, 500 proc. rocznego budżetu, 800 proc. przychodów podatkowych… We
Włoszech państwo nie mogło unieść ciężaru wzrastających długów, a rolę
zadłużających się przejęły samorządy (miasta, dystrykty, regiony) wspierane
pieniędzmi z UE. Ich zadłużenie szybko też wzrosło ponad miarę. Lokalne
samorządy za namową banków kupowały egzotyczne derywaty [instrumenty pochodne od
kredytów i walut – przyp. red.], które niespłacone stały się przedmiotem sporów
sądowych – potencjalne straty wynoszą 30 miliardów euro. W Polsce 700 tys.
rodzin (2 miliony obywateli) obstawiło niczym w kasynie, że złoty w stosunku
franka szwajcarskiego może się tylko umacniać. Czy w tym wszystkim jest jeszcze
choć odrobina finansowego sensu?
Przyjrzyjmy się uważnie wydarzeniom w Grecji i na innych "peryferiach" Europy.
Kryzys gospodarczy obnażył bez litości słabość strefy euro. Niemiecki podatnik
liczy dziś trzy razy każde euro i patrzy z ukosa na kłopoty finansowe Grecji,
Irlandii, Portugalii, Hiszpanii. Kanclerz Niemiec Angela Merkel odwołała w
ubiegłym tygodniu piątkowe spotkanie przywódców Unii, które odbędzie się dopiero
dziś. Tygodniowe opóźnienie wobec niepokojów na rynkach jest niezwykle wymowne i
świadczy o braku decyzyjności w UE. Według zimnego osądu, ciągle nie wiadomo,
kto i ile zapłaci za greckie długi.
Na kryzys finansowy nakłada się polityczny. W wyborach krajowych bierze udział
coraz mniej obywateli. Narasta poczucie, że obecne elity polityczne
przedzierzgnęły się w intratne role lobbystów sektora bankowego, zapominając o
interesach i suwerenności narodowej.

Utracona suwerenność
3 lipca szef Eurogrupy (organ UE zrzeszający ministrów finansów krajów strefy
euro) Jean Claude Junker ogłosił na łamach niemieckiego magazynu "Focus", że
"suwerenność Grecji zostanie w dużej mierze ograniczona". Grecki parlament pod
naciskiem Unii przyjął plan cięć budżetowych, a także powołał fundusz, którego
zadaniem będzie sprzedaż majątku państwowego, akonto zaciągniętych długów. Pod
młotek pójdą greckie wyspy, porty i banki. Fundusz nadzorować będą urzędnicy UE
i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Prywatyzacja rodowych sreber ma
dać 50 miliardów euro. Czy jednak znajdą się nabywcy, którzy dadzą na pniu dobrą
cenę? Do spłacenia pozostanie i tak kolejne 300 miliardów plus, lekko licząc, 20
miliardów euro odsetek rocznie. Tylko odsetki stanowią 10 proc. PKB lub 30 proc.
obecnego budżetu. Skąd w takiej sytuacji miałyby pochodzić środki na
podtrzymanie organów i funkcji państwa: policję, wojsko, edukację, system
emerytalny, opiekę zdrowotną? Jakkolwiek obelżywie dla Greków zabrzmiały słowa
Junkera, to po części miał rację – greccy politycy zaprzedali swój kraj. Za
długi.
Inny scenariusz podsuwa londyński "Financial Times" – zakłada jednorazową
redukcję długu Grecji do 60 proc. obecnego PKB. Innymi słowy, światowy system
finansowy musiałby z dnia na dzień zaabsorbować ponad 200 miliardów euro strat.
Natychmiast podobnej redukcji zadłużenia zażądałyby Portugalia i Irlandia, co
pociągnęłoby za sobą kolejne straty… Francja i Niemcy musieliby zapłacić
rachunek sięgający 10 proc. ich PKB. O wiele bardziej prawdopodobne wydaje się,
że Grecja jako bankrut przejdzie przez finansowy czyściec, jakiego doświadczyła
Polska w latach 1981-1989.

Bankierzy i agencje ratingowe rządzą
Analitycy Europejskiego Banku Centralnego (EBC) i MFW pracują nad zbieżnymi
modelami mozolnej spłaty przez Grecję kolosalnego zadłużenia. MFW założył, że
część (30 do 50 proc.) krótkoterminowych obligacji zostanie zamieniona na dług z
30-letnim terminem spłaty. Banki miałyby jakoby dobrowolnie zgodzić się na taką
transakcję. Tymczasem, jak donosi "Wall Street Journal", większość owych
krótkoterminowych obligacji Grecji w cudowny sposób znikała z bilansów
instytucji finansowych… Co więcej, agencje ratingowe ostrzegły, że wydłużenie
terminu spłaty zadłużenia będzie potraktowane jako "selektywne bankructwo", po
czym szybko kolejny raz z rzędu na przestrzeni dwóch tygodni obniżyły ratingi
kredytowe Grecji, Portugalii i Irlandii. Co znaczy "selektywne bankructwo" –
nikt nie wie. Poziom nowomowy, hipokryzji sięga w kołach finansowych zenitu.
Jedno nie ulega wątpliwości: banki zrobią wszystko, by wykpić się od kosztów i
strat, by podtrzymać wysokie zyski. Nic to, że ich niefrasobliwość doprowadziła
do kryzysu. Nic to, że żaden bankowiec, finansista czy pośrednik nie został
pociągnięty do odpowiedzialności za karygodne błędy minionych lat. W tej
sytuacji jedno jest pewne: za kryzys zapłacą zwykli obywatele UE. Czy wszyscy?

Polityczne rozwiązanie
Niemiecki "Der Spiegel" powodzenie planu ratunkowego widzi w centralizacji
władzy w UE. Silne centrum ma narzucić peryferiom Europy dyscyplinę fiskalną. To
opiniotwórcze pismo przestrzega przed szukaniem demokratycznych rozwiązań na
drodze krajowych wyborów. Jako przykład podaje Belgię, która z powodu napięć
wewnętrznych nie jest w stanie od kilkunastu miesięcy sformować rządu. Próba
demokratycznej wymiany elit rządzących mogłaby skończyć się rozpadem Unii,
twierdzi gazeta. Zaleca zmiany w traktacie lizbońskim tak, by dostosować go do
nowej sytuacji. W przeprowadzeniu upadłości Grecji widzi tylko pierwszy krok do
uratowania wspólnej waluty. Prawdziwe "być albo nie być" Unii upatruje w takich
zmianach politycznych, które pozwolą mocną ręką, przy ograniczonej suwerenności
państw członkowskich UE, ustabilizować sytuację finansową.
Czy Belgia bez rządu, bez państwa ma być prototypem nowoczesnej Europy? My,
Polacy, którzy trwaliśmy przez ponad 100 lat bez własnej państwowości i przez 50
lat bez suwerennych rządów, powinniśmy szczególnie cenić swoją odrębność,
chronić własność i niezależność.

Ambitny Węgier
Zanim premier Węgier Viktor Orbán doszedł do władzy, sytuacja Węgier była nie do
pozazdroszczenia. Jego poprzednik, socjalista, trwonił publiczne fundusze
dokładnie tak samo, jak czyni to dzisiaj ekipa Donalda Tuska. W kraju panował
nepotyzm, korupcja, propaganda sukcesu, gwałtownie wzrastało zadłużenie. Węgrzy,
jak dzisiaj Grecy, wyszli na ulice. Kiedy przed z górą rokiem rynki finansowe
powiedziały stop i do władzy doszedł Viktor Orbán, wybrał dla swojego kraju
drogę ratunkową poprzez poszerzenie suwerenności gospodarczej. Odmówił przyjęcia
pomocy z MFW. Zmienił konstytucję, dając władzy wykonawczej szerokie
prerogatywy. Śmiało sięgnął do głębokich kieszeni korporacji międzynarodowych.
Skutecznie opodatkował banki, ubezpieczycieli, handel wielkopowierzchniowy,
firmy telekomunikacyjne. Odkupił od Rosjan akcje lokalnej rafinerii. Udało mu
się zdusić deficyt budżetowy. Wygląda na to, że załamanie gospodarcze Węgrzy
mają za sobą i powoli wychodzą na prostą. Nas, niestety, zapaść gospodarcza
dopiero czeka.

Polska suwerenność AD 2011
Tymczasem scenariusz bogatego centrum i biednych peryferii ziszcza się na
naszych oczach. Mimo kryzysu w reszcie UE Niemcy cieszą się… boomem
gospodarczym. Podczas gdy w Polsce rośnie bezrobocie, tam brakuje rąk do pracy.
Niemcy otworzyły właśnie granicę dla pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej.
Polska młodzież kuszona stypendiami, płatną nauką zawodu, sowitym socjałem
emigruje za chlebem. Zapaść demograficzna potęgowana emigracją pogłębia z roku
na rok niedobór środków w ZUS, brakuje coraz więcej na służbę zdrowia, rośnie
gwałtownie dług publiczny. Polski przemysł traci konkurencyjność na skutek
wzrastających kosztów energii, wynikających z podpisania niekorzystnej cenowo,
wieloletniej umowy na dostawy gazu z Rosji oraz wygórowanych i niesprawiedliwych
dla naszego kraju wymogów pakietu klimatycznego UE. Wysoka inflacja zżera
oszczędności jednych, podczas gdy galopujące ceny żywności spychają najmniej
zasobnych na dno ubóstwa. To wszystko przy biernej postawie rządzącej koalicji.
Dość powiedzieć, że inflacja w Polsce (4,8 proc.) jest obecnie dwukrotnie wyższa
niż w Niemczech (2,3 proc.). Nie dlatego, że pozostaliśmy przy złotym.
Przeciwnie, Czechy dzięki koronie, niskiemu zadłużeniu cieszą się nie tylko
wysokim wzrostem gospodarczym, ale też niską, ledwie dwuprocentową inflacją,
przy kilkakrotnie mniejszym od Polski zadłużeniu. Można więc było inaczej.
Trzy dni po słynnej wypowiedzi Junkera o ograniczonej suwerenności Grecji
premier Polski Donald Tusk miał swoje pięć minut w Parlamencie Europejskim. W
przemówieniu inaugurującym polską prezydencję aż sześciokrotnie zapalczywie
nawoływał o "więcej Europy". Pytam więc: ile może być Europy w Europie? Może,
według Tuska, my, Polacy, nie jesteśmy jeszcze wystarczająco europejscy i
powinniśmy oddać tanio resztki naszej suwerenności? Sprzedać PKO BP, PZU, Lotos,
KGHM, Polskie Lasy? Oddać gaz łupkowy? Widać, że premier nie zrozumiał greckiej
lekcji.

 

Jerzy Bielewicz

drukuj