Polska nie jest ekonomiczną Ziemią Obiecaną
Ostatnio lider niemieckiej opozycji, szef socjaldemokratów (SPD) Sigmar
Gabriel, zaczął bić na alarm, że oto nadciąga nowa fala światowego kryzysu. Czy
miał rację? Zdania są podzielone. Ale nikt rozsądny w Europie nie odtrąbi
definitywnego zwycięstwa nad największym od 70 lat kryzysem gospodarczym. Kryzys
bowiem – pod różnymi postaciami: wzrost bezrobocia, zmniejszenie inwestycji,
zmniejszenie popytu konsumpcyjnego etc. – stoi, puka do drzwi w wielu krajach.
Także w Polsce.
Napisałem, że nikt rozsądny w Europie i na świecie nie popada w triumfalizm, bo
nie ma ku temu żadnych gospodarczych podstaw. Nikt – poza naszym krajem, a
ściślej: naszymi elitami politycznymi i medialnymi. Nadwiślańska "propaganda
sukcesu" z lat 2009-2010 przebiła wielokrotnie tę z epoki Edwarda Gierka. Wtedy
statystyki miały wykazywać – i jakże miło to brzmiało – że jesteśmy 10. potęgą
gospodarczą świata. Dziś propaganda Tuska sytuuje nas na pierwszym miejscu w
Europie, gdy chodzi o skuteczność radzenia sobie z kryzysem… Europa, w
niemałym stopniu życzliwa rządom PO, pomija te przechwałki zażenowanym
milczeniem. Wszyscy wiedzą, że mamy do czynienia z naciąganiem i "kreatywnymi"
statystykami, niczym niegdyś z "kreatywną księgowością". Tusk, Rostowski et
consortes podkreślają z uporem maniaka, że jako jedyny kraj na Starym
Kontynencie utrzymaliśmy dodatni produkt krajowy brutto. Nic jednak nie
wspominają o tym, że spadek PKB u nas był – uwaga – większy niż w wielu krajach
Unii Europejskiej! Tyle że my spadaliśmy z wyższego pułapu i zatrzymaliśmy się
powyżej zera. Rzecz w tym, że ten wysoki pułap PKB został wypracowany przez
rządy PiS, zaś jego spadek był u nas procentowo większy niż w niektórych
państwach nawet z już ujemnym obecnie poziomem PKB.
Dwie drogi
Podniecający się statystyką liberałowie spod sztandaru PO (oczywiście na czas
wyborów liberalne hasła i dogmaty są głęboko chowane – i słusznie: działacze
Platformy znają przecież kursujące po Polsce od kilkunastu lat ludowe
powiedzenie "liberały-aferały") prężą bicepsy, ale w ogóle nie chcą przyjąć do
wiadomości, że inne kraje nawet w czasie kryzysu potrafiły znacznie aktywniej
walczyć o tworzenie nowych miejsc pracy, generować spore, aktywizujące
gospodarkę, roboty publiczne, nakręcać koniunkturę. To kwestia filozofii
gospodarczej: albo ze strachu przed spiralą inflacyjną tnie się wszystkie
możliwe koszty, nie zważając, że taka polityka doprowadzi szybko do schłodzenia
gospodarki, albo wręcz przeciwnie: państwo nie jest buchalterem, tylko
gospodarzem, rozkręca ekonomię narodową, uruchamia dodatkowe zamówienia dla
państwowych firm, obniża wręcz podatki czy inne obciążenia dla małych
(rodzinnych często) i średnich firm. Tą pierwszą drogą poszła Polska Tuska i
Rostowskiego, tą drugą większość krajów europejskich z Niemcami i Francją na
czele.
Jak to robią inni
Jak rozkręcali koniunkturę gospodarczą nasi zachodni sąsiedzi? Rząd kanclerz
Angeli Merkel przeforsował – w celu ratowania niemieckich zakładów
motoryzacyjnych – aby każdy obywatel RFN mógł, zdając dotychczasowy "stary"
samochód, za niewielką dopłatą kupić całkiem nowy, byle wyprodukowany w
Niemczech. Spotkało się to z olbrzymim odzewem niemieckiego społeczeństwa:
Niemcy kupili setki tysięcy nowych aut, uratowali tysiące miejsc pracy, wyraźnie
wzmocnili konkurencyjność rodzimego przemysłu motoryzacyjnego.
Podobnie we Francji Sarkozy’ego państwo nie bawiło się, zgodnie z doktryną
liberałów, w "nocnego stróża", który tylko pilnuje, aby nie rozkradziono
majątku, lecz aktywnie angażowało się w ratowanie krajowych firm, zwłaszcza
państwowych. W specyficznej strukturze gospodarki francuskiej zajmują one
szczególne miejsce i generują dużo więcej miejsc pracy niż zakłady państwowe
choćby w Wielkiej Brytanii, ale też więcej nawet niż w Niemczech. Paryż, mając w
nosie pomruki Komisji Europejskiej, dbającej o pozory konkurencyjności w
gospodarce unijnej, po prostu zarządził przenoszenie do ojczyzny filii
francuskich firm motoryzacyjnych. Tak stało się z filią Renault w Słowenii –
mimo oficjalnych protestów rządu tego kraju.
Skądinąd dosłownie w ostatnich tygodniach francuski przykład skopiowali Włosi.
Niestety. Chodzi oczywiście o produkcję osławionego auta fiat panda, które dotąd
opuszczało taśmy montażowe spółki Fiat Auto Poland SA w Tychach, ale teraz
będzie produkowane w Italii. I w tym przypadku mieliśmy do czynienia z dwoma
różnymi zachowaniami dwóch rządów: włoskiego i polskiego. Silvio Berlusconi
wręcz wymusił na Fiacie te przenosiny, generując nowe miejsca pracy we własnym
kraju, mimo że koszty wytworzenia jednego samochodu tego typu w Polsce są niższe
niż we Włoszech. Natomiast rząd Tuska zachowywał się od miesięcy jak struś,
który chowając głowę w piasek, uważa, że "przeczeka" problem. Potem, w kampanii
prezydenckiej, miedzianolicy przedstawiciele PO kłamali w żywe oczy, że "sprawa
nie jest przesądzona".
Tymczasem karty były już rozdane, a Polska także i w tej kwestii nie miała ani
asa, ani nawet króla, tylko Tuska. Trzeba jednak przyznać, że Francja – wróćmy
do niej – nie tylko w czasie kryzysu praktykuje interwencjonizm w gospodarce,
tak bardzo potępiany przez liberałów i wyrocznie nadwiślańskiej ekonomii, ale
oczywisty w wielu krajach europejskich i USA. Każdy rząd Republiki, obojętnie
czy prawicowy, czy lewicowy, dba o interesy francuskie, bo nie może inaczej. I
nie chodzi tylko o zakłady państwowe. Zaprzęgnięta do walki o francuskie
interesy gospodarcze jest francuska dyplomacja. Tym należy tłumaczyć np.
interwencję francuskiego ambasadora, a potem prezydenta Jacques’a Chiraca w
sprawie prywatyzacji polskiego "Ruchu" na rzecz francuskiego koncernu Hachette
(do czego w końcu nie doszło), ale również na rzecz obecności Francuzów w
polskim sektorze bankowym (Paribas, Société Générale). Jednak najbardziej
spektakularnym przykładem interwencji francuskiego państwa na rzecz francuskiej
firmy chcącej działać w Polsce jest przejęcie Telekomunikacji Polskiej przez…
francuską firmę państwową France Télécom.
PO schładza gospodarkę
Polska płynie pod prąd, bo w czasie gdy szuka za wszelką cenę oszczędności,
także w tych sferach gospodarki, które najbardziej decydują o rozwoju kraju –
inne państwa walczą z kryzysem, inwestując, zwiększając dług publiczny, tworząc
miejsca pracy i chroniąc rodzimy przemysł, w tym szczególnie małe i średnie
firmy. Efekty zaczynają być widoczne, ale będą one szczególnie spektakularne,
gdy kryzys zacznie mijać. Rzeczpospolita zostanie z gospodarką "schłodzoną",
skurczoną, ocierającą się o stagnację. Inni w tym czasie idą i będą iść do
przodu. Ale premier Tusk i minister Rostowski są niezmiennie zadowoleni. Polacy
jednak nie mają z czego się cieszyć. "Zielona wyspa" nie jest wcale Ziemią
Obiecaną. Zresztą wystarczy zapytać bezrobotnych czy właścicieli firm walczących
o przeżycie.
PS Przykładem dobrze pojętego interwencjonizmu państwowego jest ostatni sprzeciw
kanclerz Angeli Merkel wobec propozycji Komisji Europejskiej, aby po 2014 roku
nie można było dotować kopalni. Dla Berlina ważniejszy jest interes niemieckiego
górnictwa niż plany Brukseli.
Autor jest posłem do Parlamentu Europejskiego, należy do frakcji Europejscy
Konserwatyści i Reformatorzy.
Ryszard Czarnecki
