Polska na wstecznym biegu
W poprzedniej kadencji Sejmu nasz premier, słynący z antypaństwowych i
antynarodowych bon motów, poszczycił się nie lada osiągnięciem – że obywatele
Rzeczypospolitej Polskiej mają ciepłą wodę w kranach. Niedługo potem przyznał w
napadzie euforii, że Polska jest w budowie, zatem ze swym gabinetem dopiero
buduje, tworzy, konstruuje, składa, sklepia, kleci, grodzi Polskę. Ta budowa mu
się jednak rozłazi, jakby premier pracował z włączonym wstecznym biegiem: już
nie ma dziedziny, gdzie by coś nie zgrzytało. Ostatnio nawet z Unią Europejską
wyszło kulawo, nie wiadomo bowiem, czy minister spraw zagranicznych poigrał
sobie w Berlinie z naszą suwerennością.
Ambicje i zachłanność władzy nasz premier ma tak wielkie, jak – nie
przymierzając – prawdziwi, historyczni twórcy Polski. Dzieje powinny więc na
trwałe zapisać jego imię. To wszelako zależy, czy zostawi po sobie potomka tak
znamienitego jak syn Mieszka, który umocniłby znaczenie Polski w Unii
Europejskiej, dokończyłby wreszcie budowy, wyłączył bieg wsteczny i rozpoczął
rozbudowę.
Nie musi to być wcale dziedzic z krwi i kości, najważniejsze, żeby był
duchowym spadkobiercą wielkiego budowniczego. Może Radosław Sikorski? Dla
Niemców zwiastun dobrej nadziei. Nie włada jeszcze krajem samodzielnie, dopiero
uczy się budownictwa, a przecież niełatwo stworzyć państwo demokratyczne, które
nie musi się liczyć z wolą obywateli.
Najpierw Sikorski – nawiasem mówiąc, razem z ówczesnym marszałkiem Sejmu,
dziś prezydentem, i wspólnie z Donaldem, swym duchowym ojcem, jakby Blumem z
"Ulissesa" Joyce´a, mistrzem budownictwa – dorzynał watahę. Dorżnął. A z
niedobitkami żaden kłopot: ustawiczne ich publiczne opluwanie przy pomocy
dzielnych wojów z "Gazety Wyborczej" et consortes, nielękających się żadnej
insynuacji, kłamstwa, kalumnii, obłudy sprawia, że co najmniej połowa populacji,
na której dokonuje się eksperymentów budowlanych, popiera owe przedsięwzięcia.
Ale, jak wiadomo, dojrzewanie świadomości obywatelskiej uzależnione jest od
liczby stresów, jakie da się znieść. Dyskomfort życia w państwie dopiero
budowanym nie przekracza jeszcze tzw. punktu krytycznego. Aczkolwiek zbliża się
do niego szybko…
Obywatele III RP mają szczególną, zgoła obsesyjną wrażliwość
niepodległościową. Chociaż czasami nie bardzo wiedzą, na czym owa suwerenność ma
polegać. I nie dziwota. Przez 45 lat, do roku 1989, była skorelowana z ustrojem
politycznym. Pamiętamy wyznanie Wojciecha Jaruzelskiego, "herosa" Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej, który wprowadziwszy stan wojenny, studził gorące głowy
swych rodaków, niepoprawnych miatieżników, że będzie "bronić socjalizmu jak
niepodległości".
A jednak nie – socjalizm jest źber alles. Oczywiście inny, nie sowiecki, nie
polskoludowy, a europejski. Z Niemiec mieniących się prekursorami Unii
Europejskiej i jej głównym zwornikiem przyjeżdżają do budującej się Polski
gromady socjalistów (już nie narodowych…), by rozprawiać się z "faszystami
polskimi". Minister spraw zagranicznych III RP pojechał więc do Berlina i
zaproponował Europie dominację, na razie gospodarczą, Niemiec.
Tysiąc dwanaście lat temu nie Chrobry przybył do cesarza niemieckiego, a
cesarz Otton III, mandatariusz papiestwa, które jednoczyło Europę Zachodnią,
przyjechał do Gniezna, by zaproponować młodemu władcy Polski w rozbudowie
współpracę we wskrzeszeniu Cesarstwa Rzymskiego. Piastowski książę otrzymał od
cesarza, alias papiestwa, symbole swej przyszłej władzy królewskiej.
Teraz są inne czasy, nie są potrzebni żadni pośrednicy ani żadne symbole.
Wystarczyło słowne, płynną angielszczyzną i okraszone mimiką aktorską,
wyartykułowanie chęci poparcia wielkiej polityki wielkich Niemiec z silną armią
młodych pretorianów socjalistycznych (już nie narodowych…), którzy mogą w
każdej chwili przyjechać do każdego kraju unijnego – i nie tylko – uczyć moresu
wszelkich aberrantów prawicowych, wykazywać, że socjalizm jest ważniejszy od
odrębności narodowo-państwowej. Przecież niepodległe narody i państwa wytwarzają
w konsekwencji swej niepodległości patriotyzm. Czyli toksynę dzielącą i
konfliktującą Europę zjednoczoną pod batutą Niemiec. Precz więc z flagami,
hymnami narodowymi, orłami. Jeśli już, to jeden orzeł czarny i jedna flaga z 27
(na razie…) gwiazdkami. Środowisko młodych polskich lewaków, dla których
punktem odniesienia jest "Krytyka Polityczna", już wyraża tę nową aksjologię in
statu nascendi, publikując w internecie piosenkę ze słowami "dymać orła".
Bo jedynie socjalizm integruje Unię Europejską. Płynie szeroką strugą, jak
ciepła woda z kranów, do Polski budowanej przez Donalda Tuska i Radosława
Sikorskiego, orędownika niemieckich interesów gospodarczych w Europie i
apologety potęgi ekonomicznej Niemiec. W takiej konstelacji budowa Polski
zostanie szybko zakończona, a Orzeł Biały wyrzucony na śmietnik. I nareszcie
będzie dobrze w Europie bez toksyn patriotycznych i faszyzmu, a najlepiej nam,
Polakom, w dopiero budowanej Polsce, mknącej wstecz dziejów na tylnym biegu, jak
pociągi dużych prędkości, które nieprędko w Polsce zobaczymy, bo nie ma dla nich
torów. Będą w nowym rządzie, gdy gwałtownie rozpocznie się rozbudowa.
Jacek Wegner -pisarz, publicysta
