Polityka to nie „świecka religia”

Potrzebujemy dyskusji na temat polityki. Nie chodzi tylko o bieżące – związane z techniką i praktyką

sprawowania władzy – opinie o działaniach politycznych, które często przybierają postać rozgrywek. Chodzi o

samą wizję polityki, o jej miejsce nie tylko na szczytach władzy, ale także o uczestnictwo wszystkich w

życiu społecznym. Czy w obliczu aktualnych sporów politycznych, które same w sobie nie są czymś zdrożnym,

można jeszcze próbować się spierać o głębszy sens polityki? Jakość polskich sporów pozostawia wiele do

życzenia, bo najczęściej nie mają charakteru merytorycznego, tylko są próbą dyskredytowania tych, którzy

mają odwagę myśleć inaczej i przeciwstawiać się pewnym narzuconym po 1989 roku modelom politycznego

zaangażowania.
Zła jakość tego typu sporów objawia się od dłuższego już czasu w krytyce rzekomo niewłaściwego

„zaangażowania politycznego” Radia Maryja. Gdyby to była krytyka, i to krytyka naprawdę rzeczowa – niech

tam! Ale to są ataki, których ostrość jest wprost proporcjonalna do lęków i strachów niektórych środowisk,

nie tylko politycznych, że ludzie odrzucą monopol informacyjny i formacyjny (tak naprawdę często

manipulacyjny) liberalnych i lewicowych mediów. Próbuje się wprawdzie niekiedy przypominać pewne zasady

zaczerpnięte ze społecznej nauki Kościoła, ale nie przedstawia się ich do końca rzetelnie, a wyciągane

wnioski są często nazbyt pośpieszne i niezgodne z całym nauczaniem Kościoła. Ostatnio przypomniano zasadę

słusznej autonomii dziedziny polityki w stosunku do religii.

Jak rozumieć autonomię polityki?
Pytanie, czy Radio Maryja nie narusza autonomii polityki, bardzo szybko zamieniono w mediach w gotowe

oskarżenie. Bezmyślnie, bez pogłębionej analizy powtarzali te oskarżenia także katolicy: duchowni i świeccy.

Co o tym mówi społeczna nauka Kościoła?
Sobór Watykański II zdecydowanie opowiedział się za tzw. słuszną autonomią rzeczywistości ziemskich (do nich

należy z pewnością polityka). Ale już samo określenie, że chodzi o „słuszną autonomię”, powinno być

przestrogą, że tę autonomię można rozumieć w sposób niewłaściwy. Przytoczmy wprost przynajmniej fragment

soborowego tekstu z Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym (KDK 36): „Jeśli przez

autonomię w sprawach ziemskich rozumiemy to, że rzeczy stworzone i społeczności ludzkie cieszą się własnymi

prawami i wartościami, które człowiek ma stopniowo poznawać, przyjmować i porządkować, to tak rozumianej

autonomii należy się domagać”. Jednocześnie sobór stwierdza – a to już jest skrzętnie pomijane – że „jeśli

słowom nadaje się takie znaczenie, że rzeczy stworzone nie zależą od Boga, a

człowiek może ich używać bez odnoszenia ich do Boga, to każdy uznający Boga wyczuwa, jak fałszywymi są tego

rodzaju zapatrywania. Stworzenie bowiem bez Stworzyciela zanika”.
Przeciwnicy Radia Maryja widzą to zagrożenie jednostronnie, że oto z pozycji religijnych możliwe jest

naruszanie autonomii polityki. Tymczasem po czterdziestu latach od zakończenia soboru znacznie wyraźniej

objawiło się zupełnie inne niebezpieczeństwo. Autonomię polityki zaczęto rozumieć jako całkowite wyzwolenie

od odniesienia już nie tylko do Boga, lecz także zasad moralnych. Rozumiem, że nie martwią się tym ci,

którzy pragną uczestniczyć w grach politycznych, nie ponosząc za nie żadnej moralnej odpowiedzialności, ale

dlaczego podobnie reagują niektórzy ludzie Kościoła oraz katoliccy politycy i dziennikarze? Przecież to

niebezpieczeństwo fałszywej autonomii polityki doprowadziło do tego, że Jan Paweł II wskazał na traktowanie

polityki jako „świeckiej religii”.
Zanim szerzej wyjaśnię, na czym polega niebezpieczeństwo potraktowania polityki jako „świeckiej religii”,

pragnę najpierw przypomnieć wymowną w tym kontekście wypowiedź Ojca Świętego skierowaną do polskich

parlamentarzystów. Jan Paweł II odwołuje się do własnych słów z encykliki „Veritatis splendor”, a ta z kolei

odwołuje się do słów wcześniej encykliki „Centesimus annus”: „Szanując właściwą życiu wspólnoty politycznej

autonomię, trzeba pamiętać jednocześnie o tym, że nie może być ona rozumiana jako niezależność od zasad

etycznych. Także państwa pluralistyczne nie mogą rezygnować z norm etycznych w życiu publicznym”. Tu

następuje dłuższy cytat z „Veritatis splendor”, w którym Papież zwraca uwagę na nowe niebezpieczeństwo:

„jest to groźba sprzymierzenia się demokracji z relatywizmem etycznym, który pozbawia życie społeczności

cywilnej trwałego moralnego punktu odniesienia, odbierając mu, w sposób radykalny, zdolność rozpoznawania

prawdy. Jeśli bowiem >nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności

politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia

sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany

totalitaryzm< (n. 101)" (przem. w parlamencie, nr 5).
W oparciu o nauczanie społeczne Jana Pawła II Kongregacja Nauki Wiary (pod kierownictwem ks. kard.

Ratzingera, obecnego Ojca Świętego Benedykta XVI) wydała przed kilkoma laty „Notę doktrynalną dotyczącą

pewnych kwestii związanych z udziałem i postawą katolików w życiu politycznym” (warto się zapoznać z całym

tekstem). Czytamy w niej między innymi na temat świeckości: „W świetle katolickiej nauki moralnej świeckość

pojmowana jako autonomia sfery obywatelskiej i politycznej w stosunku do sfery religijnej i kościelnej – ale

nie w stosunku do sfery moralnej – jest wartością osiągniętą i przez Kościół uznawaną oraz należy do zgodnie

przyjmowanego cywilizacyjnego dziedzictwa” (nr 6; por. KDK 76). A wcześniej w kwestii zaangażowania

politycznego katolików dokument stwierdza: „Kiedy działalność polityczna prowadzi do konfrontacji z zasadami

moralnymi, które nie dopuszczają odstępstw, wyjątków ani żadnego kompromisu, wówczas zaangażowanie katolików

staje się bardziej oczywiste i nabrzmiałe odpowiedzialnością. W obliczu tych fundamentalnych i

niepodważalnych wymagań etycznych wierzący powinni wiedzieć, że w grę wchodzi istota moralnego ładu,

dotyczącego integralnego dobra ludzkiej osoby” (nr 4).
Także osobiste wypowiedzi obecnego Ojca Świętego sprzed pontyfikatu są jednoznaczne. Pragnę przytoczyć tu

kilka cytatów z jego książki „Czas przemian w Europie. Miejsce Kościoła i świata” (Kraków 2001). Czytamy w

niej: „Polityka wolna od ideologii musi się okazać odpowiedzialna moralnie i ukazać, że brak uformowanej

ideologii nie oznacza nieobecności wartości moralnych, z których bierze się siła pojednania i pokojowego

zwalczenia struktur bezprawia” (s. 147). Niestety, w dzisiejszym świecie „wartości moralne utraciły swoją

oczywistość, a przez to kategoryczną siłę zobowiązania” (s. 22) i dlatego „już tylko niewielka część ludzi w

nowoczesnym społeczeństwie wierzy w istnienie boskich przykazań, a jeszcze mniejsza część jest przekonana,

że te przykazania – jeśli istnieją – mogą być bez błędu przekazane przez Kościół” (s. 23). Ksiądz kardynał

widzi „śmiertelne niebezpieczeństwo niszczenia człowieka, tkwiące w załamaniu podstaw naszej moralności” (s.

24).
Tymczasem według księdza kardynała moralna powinność nie jest dla człowieka więzieniem, z którego musi się

on uwolnić, by wreszcie czynić, co chce. „Moralna powinność tworzy jego godność, a jeśli się jej pozbędzie,

to nie będzie bardziej wolny, lecz zsuwa się na poziom aparatu, czystej rzeczy. Gdy nie ma już żadnej

powinności, na którą może i musi odpowiedzieć w wolności, to w ogóle nie ma już obszaru wolności. […]

Moralność nie jest więzieniem człowieka, lecz boskim elementem w nim” (s. 30).
Bez tego fundamentu moralnego zniekształcona zostaje rola państwa (w konsekwencji polityków). Ksiądz

kardynał stwierdził wyraźnie: „Państwo nie chroni już prawa, lecz podaje za prawo to, co jest samowolą […]

państwo może uczynić bezprawie prawem…” (s. 38-39). Również „pokój wśród narodów zanika, bo rozpada się

porozumienie co do tego, czym jest prawo, a czym bezprawie […] gdy prawo nie zawiera już żadnych wspólnie

uznanych treści, traci siłę, wtedy blednie różnica między siłą prawa a siłą bezprawia […] prawo, które samo

nie może się udokumentować, ukazuje się jako samowola […] dlaczego zagubiliśmy oczywistość między prawem a

bezprawiem?” (s. 42).
Obecny Ojciec Święty wskazywał też wówczas na zadanie Kościoła: „Musi dbać, by prawda nie zatonęła w sporze

między utilitas a veritas, między authoritas a veritas. Człowiekowi został dany zmysł prawdy tak samo jak

zmysł użyteczności. Użyteczność nie jest niczym złym, ale jeśli uzna się ją za wartość absolutną, stanie się

siłą zła, ponieważ użyteczność likwiduje samą siebie, jeśli przestaje zwracać uwagę na prawdę. To samo

dotyczy authoritas. Ale zmysł użyteczności oraz zmysł władzy jest głośniejszy i bardziej bezpośredni w

działaniu niż zmysł prawdy” (s. 48).
Wskazywał też na powierzchowny liberalizm: „wolność identyfikowana jest z brakiem więzi, a jako postęp

ukazuje się to wszystko, co usuwa więzi” (s. 80). Krytykował Europę księgowych i biurokratów: „coraz

mocniejsze popadnięcie idei europejskiej w czysto ekonomiczną arytmetykę” (s. 105), co wiąże się między

innymi z tym, że „coraz bardziej redukowano wielkie cele etyczne na rzecz pomnażania stanu posiadania,

wpisując je w logikę rynku” (s. 105-106). „Standaryzacja nie tylko towarów, ale i wymiaru duchowego”, która

nastąpiła, „[…] prowadzi do spłaszczenia duchu i uniformizacji myślenia” (s. 106). Dlatego też „Europa

musi się nauczyć odróżniać swoje zagrożenie od swojej prawdziwej wielkości: od tego zależy, czy Europa

stanie się synonimem błogosławieństwa czy przekleństwa” (s. 108). A „pytanie o podstawy duchowe jest dziś

również zasadniczym pytaniem politycznym” (s. 137).
Specjalnie cytuję te teksty, byśmy mogli dokładniej przemyśleć ich przesłanie. Czas jednak, by rozważyć

słowa Ojca Świętego Jana Pawła II o tym, że polityka staje się niekiedy „świecką religią”.

Polityka – „świecką religią”?
Powtórzę jeszcze raz: w dzisiejszym świecie, zwłaszcza w krajach demokracji liberalnej, prawdziwe

niebezpieczeństwo w relacji polityka – religia (a więc także etyka religijna, najczęściej chrześcijańska)

wiąże się nie z fundamentalizmem religijnym (jak to się próbuje twierdzić, a nawet straszyć), lecz z

całkowitym wyobcowaniem polityki przez odrzucenie odniesienia do porządku moralnego. W skrajnych przypadkach

polityka chce konkurować z religią i ostatecznie ją zastąpić.
Młodszemu pokoleniu warto nieustannie przypominać, jak to wyglądało w systemie komunistycznego

totalitaryzmu. Jak komuniści stworzyli namiastki uroczystości religijnych i domagali się dla przywódców

wprost religijnego kultu. Dzisiaj brukselskie ceremonie i pewien sztafaż obowiązujący w Unii Europejskiej w

dużej mierze przypominają bizantyński styl uprawiania polityki w Związku Sowieckim.
To wszystko mogłoby nawet śmieszyć, gdyby nie stały za tym postawy groźne dla życia społecznego. To przed

nimi przestrzegał wielokrotnie Jan Paweł II i stąd jego określenie pewnego typu uprawiania polityki jako

„świeckiej religii”. Zacytuję tu słowa Ojca Świętego, by każdy z Czytelników mógł sam wgłębić się w to

przesłanie: „Gdy ludzie sądzą, że posiedli tajemnice doskonałej organizacji społecznej, która eliminuje zło,

sądzą także, iż mogą stosować wszelkie środki, także przemoc czy kłamstwo, by ją urzeczywistnić. Polityka

staje się wówczas >świecką religią<, która łudzi się, że buduje w ten sposób raj na ziemi" (CA 25).
Katolicy nie mogą nigdy zgodzić się na takie uprawianie polityki, dochodzi bowiem do takiej zmiany

hierarchii wartości w życiu ludzkim, że przestaje być ona zgodna z wiarą w Chrystusa, z systemem wartości

ewangelicznych. Miejsce Boga zajmują różnorodne "bożki". Kult władzy i pieniądza zaczyna opanowywać serce

człowieka. Łączy się z tym fałszywa wiara w nieograniczone możliwości człowieka, także w walce ze złem w

jego różnych wymiarach. To na tej drodze rodzi się kult polityki.
Ci, którzy chcą polityką zastąpić wymiar religijny życia ludzkiego, będą zwalczać wskazywanie na

religijno-moralny fundament życia społecznego, a więc także uczestnictwo Kościoła w życiu społecznym. Bez

wątpienia takie podejście jest błędem ze strony polityków. Chcą oni niekiedy sprowadzić wiarę, religijną

działalność Kościoła do roli narzędzia politycznego, narzędzia sprawowania władzy, a jeśli już im się to nie

przyda (albo nie będą umieli z tego skorzystać), to wówczas odrzucą religię i będą usiłowali tworzyć

struktury społeczne na kształt „świeckiej religii”. To jest właśnie ateistyczna koncepcja państwa, często

nazywana dzisiaj rozdziałem Kościoła od państwa i wyrażana sloganem: „Religia to tylko sprawa prywatna”

obywateli.
Rozumiem, że tak mogą rozumować postkomuniści, że tak myślą liberałowie, zauroczeni zsekularyzowanymi

wizjami Europy, w której ludzi wierzących zaledwie się toleruje, pod warunkiem że nie będą na serio chcieli

uprawiać polityki, a jedynie poddadzą się – jako „masa wyborcza” – oświeconym (czytaj: dalekim od wiary)

reprezentantom europejskiej elity. Ale dlaczego mają się na to godzić ludzie Kościoła, dlaczego niektórzy

duchowni i świeccy przestraszyli się tych całkowicie fałszywych oskarżeń o „mieszanie” polityki z religią i

próbują dokonać jakiegoś samookaleczenia ewangelizacyjnej misji Kościoła? Może zapomnieli też, że w

encyklice „Redemptoris missio” Jan Paweł II wskazał, że wśród areopagów misyjnych jest między innymi świat

polityki i świat mediów?
A może do nich odnosi się to, przed czym przestrzegał przed laty Papież Paweł VI, pisząc o skłonności

niektórych katolików do zbyt łatwej akceptacji liberalnych wizji życia społecznego? Papież, wskazując na

dowartościowanie inicjatywy indywidualnej w życiu społecznym, pytał: „Czyż jednak chrześcijanie, którzy

angażują się w tym kierunku, nie mają z kolei skłonności do idealizowania liberalizmu?”. I dodał: „Znaczy

to, że także ideologia liberalna wymaga od chrześcijan roztropnego osądzenia” (List apostolski „Octogesima

adveniens”, nr 35). Naprawdę nie rozumiem tej wiernopoddańczej skłonności niektórych ludzi Kościoła do tego,

by miarą zaangażowania politycznego katolików była jedynie akceptacja ze strony tych, którzy stworzyli coś,

co niszczy dyskurs społeczny, czyli mechanizm cenzury nazywany poprawnością polityczną.

Polityka w duchu Ewangelii
Mówi się, że nie ma chrześcijańskiej polityki. Być może, ale są – na szczęście – chrześcijańscy politycy,

którzy na serio traktują ją jako służbę człowiekowi i troskę o dobro wspólne; co więcej, próbują to odczytać

w duchu Ewangelii, a w konsekwencji zgodnie ze społeczną nauką Kościoła. Nie musimy jej dawać określenia

„chrześcijańska”, powinna być po prostu dobra, a nade wszystko – jak wynika z definicji – roztropna. Tyle że

istnieje roztropność przyziemna, niekiedy egoistycznie ograniczona do własnych interesów lub interesów

grupowych i partyjnych; istnieje też roztropność, która czerpie z Bożej mądrości i jest prawdziwie cnotą

moralną.
Wiara chrześcijańska, przeżywana na serio i ogarniająca całe życie, prowadzi do odczytania dziedziny

polityki i całego życia społecznego jako jednego z ważnych obowiązków moralnych. Można by przywoływać wiele

wypowiedzi Kościoła – zarówno wypowiedzi Soboru Watykańskiego II, jak i posoborowych Papieży. Wystarczy

jednak przytoczyć bardzo wymowne słowa Jana Pawła II z „Novo millennio ineunte”. Papież wzywa – przede

wszystkim katolików świeckich – do odpowiedzialności za świat i życie społeczne w duchu powołania

chrześcijańskiego, a jednocześnie z poszanowaniem słusznej autonomii społeczności świeckich. Według Ojca

Świętego, ten etyczno-społeczny wymiar chrześcijańskiego świadectwa jest tak nieodzowny, że „należy odrzucać

pokusę duchowości skupionej na wewnętrznych, indywidualnych przeżyciach, którą trudno byłoby pogodzić z

wymogami miłosierdzia, a ponadto z logiką Wcielenia i ostatecznie nawet z chrześcijańską eschatologią […].

Szczególnie aktualne pozostaje w tym kontekście nauczanie Soboru Watykańskiego II: >nauka chrześcijańska nie

odwraca człowieka od budowania świata i nie zachęca go do zaniedbywania dobra bliźnich, lecz raczej silniej

wiąże go z obowiązkiem wypełniania tych rzeczy<" (nr 52).
Katolicy nie mogą zapomnieć o tym, że życie doczesne, w tym także życie społeczne, jest „pielgrzymowaniem”

do życia wiecznego. Nie mogą zapomnieć o tym, co tak wyraźnie przypomniał sobór: „Chrześcijanin,

zaniedbujący swoje obowiązki doczesne, zaniedbuje swoje obowiązki wobec bliźniego, co więcej wobec samego

Boga i naraża na niebezpieczeństwo swoje zbawienie wieczne” (KDK 43). Katolicy nie mogą więc unikać

odpowiedzialności za życie społeczno-polityczne, nie mogą też w żaden sposób próbować uzasadniać tego troską

o własne zbawienie.
Warto zwrócić uwagę na to, że takie fałszywe podejście do kwestii obecności ludzi wierzących wiąże się z

bardziej fundamentalnym zjawiskiem w łonie chrześcijaństwa, jakim jest rozdzielnie – a nawet rozdarcie –

między wiarą a życiem moralnym. Według Jana Pawła II, „stajemy tu wobec mentalności, której oddziaływanie,

często głębokie, rozległe i wszechobecne, wpływa na postawy i zachowania samych chrześcijan i sprawia, że

ich wiara traci żywotność oraz właściwą jej oryginalność jako nowa zasada myślenia i działania w życiu

osobistym, rodzinnym i społecznym. W rzeczywistości kryteria sądów i wyborów, stosowane przez samych

wierzących, którzy żyją w środowisku kultury w dużym stopniu zdechrystianizowanej, okazują się często obce

Ewangelii lub nawet z nią sprzeczne” (Veritatis splendor, nr 88).
Tę wypowiedź Ojca Świętego trzeba odnieść do tych katolików, którzy wprawdzie nie uciekają od uczestnictwa w

polityce, ale przyjmują wizje i oceny od tych, których poglądy dalekie są od ducha Ewangelii albo wprost z

nim sprzeczne. Ulegają w ten sposób tym, którzy bezczelnie domagają się od chrześcijan, aby w swoim

zaangażowaniu w życie społeczne wyrzekli się swej tożsamości (por. casus Rocco Buttiglione), by przestali

być ewangeliczną „solą ziemi” i „światłem dla świata”.
Taką postawę określa się niekiedy mianem „schizofrenii społecznej”. Dochodzi tu do rozdzielenia, a nawet

przeciwstawienia dwu płaszczyzn powołania chrześcijańskiego: powołania do odpowiedzialności za zbawienie

osobiste i we wspólnocie Kościoła oraz powołania do odpowiedzialności za świat doczesny. Zapomina się

wówczas o tym, że „człowiek świecki, będąc jednocześnie wyznawcą wiary i obywatelem tego świata, winien się

zawsze kierować w obydwu porządkach jednym sumieniem chrześcijańskim” (Sobór Watykański II, Dekret o

apostolstwie świeckich, nr 5).

Zamieszanie wokół Radia Maryja
Nie ukrywam, że wszystko to, co napisałem powyżej, traktuję jako ważne wprowadzenie do obrony „politycznego”

zaangażowania Radia Maryja. Jestem bowiem głęboko przekonany, że ten obszar misji religijno-społecznej jest

zarówno potrzebny, jak i w zasadniczych swoich liniach słuszny.
Zapewne konieczne jest w tym miejscu stwierdzenie, że zdarzają się w Radiu Maryja pewne błędy, że nie

wszystko do końca jest wyrażone właściwym językiem, że niekiedy otwarte rozmowy o tym, co Polaków boli,

niosą ze sobą nie do końca sprawiedliwe oceny pewnych osób i ich postępowania, że ludzie dotknięci różnymi

trudnościami i niesprawiedliwymi działaniami, a także zatroskani o dobro państwa używają w tych ocenach

słów, które są szczere, ale niekiedy nazbyt ostre. Sam to odbieram z zażenowaniem i zdarzało mi się z anteny

radiowej apelować do słuchaczy, by nie poddawali się nadmiernie emocjom, by w trosce o tę naszą wielką

wartość, jaką jest Radio Maryja, byli powściągliwi i bardziej wielkoduszni w swoich ocenach, nawet jeśli są

one merytorycznie uzasadnione. Jednakże od razu można wskazać na pewną wątpliwość, a może nawet uzasadnione

podejrzenie: czy anonimowość osoby telefonującej (bo można podać się za kogoś innego) nie sprawia, że pod

stałych słuchaczy Radia Maryja podszywają się prowokatorzy, którzy przez swoje wypowiedzi chcą ukazać, że

jest ono złym, rzekomo głoszącym nienawiść środkiem społecznej komunikacji?
Ale jest druga strona tego medalu. Dobrze, że ludzie otwarcie mówią, co ich boli i drażni, dobrze, że mogą

mówić ci, których nie dopuszczono by do żadnych innych mediów, że bez możliwości powiedzenia o swoim

zatroskaniu o Ojczyznę „schowaliby się” w swej prywatności i ich poczucie odpowiedzialności za sprawy

społeczne byłoby minimalne. Wyuczeni w systemie totalitarnym do bierności społecznej, byliby nadal bierni.

Nawiasem mówiąc, nie wierzę tym biadolącym politykom, którzy narzekali na frekwencję wyborczą, że chcieliby

większego zaangażowania i społeczeństwa obywatelskiego, ale robili i robią wszystko, by broń Boże ludzie nie

brali tego na serio, gdyż demokracja, którą do tej pory zbudowali, jest dla elit i nie może rozszerzyć się

na „moherowe berety”.
Atakom pewnych ugrupowań politycznych i mediów – w tym także mediów publicznych – na Radio Maryja towarzyszy

od lat pewna niezdrowa atmosfera w Kościele. Oto „wielu” katolików (nie jest ich dużo, ale są krzykliwi i co

więcej stale obecni w mediach, które przecież muszą traktować Radio Maryja jak konkurenta, a niektóre nawet

jak wroga; to z tego rodzić się może przekonanie, że jest ich wielu) domaga się, żeby to władze kościelne

„załatwiły problem” Radia Maryja. Nawet padają konkretne rady, co z tym zrobić. Mam nadzieję, że te władze

kościelne lepiej znają zarówno naukę społeczną Kościoła, jak i rzeczywistą sytuację wewnątrzkościelną, by

nie stać się zakładnikami owych krzykaczy.
Z najwyższym zdumieniem, a nawet zgorszeniem, i to przykuty do szpitalnego łóżka, czytałem o tym, że dwaj

znawcy prawa kanonicznego wynaleźli kanony i paragrafy ustaw okołokonkordatowych, by na ich podstawie

podważyć zasadność przyznania koncesji Radiu Maryja. To naprawdę groźne – nie dla Radia, tylko dla całego

Kościoła: oto w imię racji czysto świeckich, zapewne płynących z zupełnie innego zaangażowania politycznego,

chce się zniszczyć dzieło, bez którego dzieło ewangelizacji polskiego Kościoła byłoby zdecydowanie słabsze.

Może nie warto ograniczać się do wyniszczającego legalizmu, ale należy spojrzeć na wszystko w duchu mądrej

miłości?
Oskarżenie Radia Maryja bywało wcześniej formułowane w kategoriach nieco ogólniejszych – że w ogóle

podejmuje kwestie społeczno-polityczne – ale zdano sobie sprawę z tego, że ten zarzut jest chybiony i że w

świetle nauki społecznej Kościoła nie można zawężać misji ewangelizacyjnej Radia do modlitwy i wąsko

rozumianej religijnej misji Kościoła. Przecież byłoby to kontestowanie nauczania samego Ojca Świętego, który

wyraźnie napisał: „Tak jak wówczas, trzeba dziś powtórzyć, że [uwaga! tu ma być kursywa! – monia] nie ma

prawdziwego rozwiązania >kwestii społecznejrzeczy nowe< mogą w niej odnaleźć swoją

przestrzeń prawdy i odpowiedni fundament moralny" (Centesimus annus, nr 5). W innym miejscu dodał: "Wynika

stąd, że nauka społeczna ma sama w sobie wartość narzędzia ewangelizacji: jako taka głosi ona Boga i

tajemnicę zbawienia w Chrystusie każdemu człowiekowi i z tej samej racji objawia człowieka samemu sobie"

(tamże, nr 54). A istotną część tej nauki społecznej stanowi etyka polityczna. Domaganie się więc likwidacji

w Radiu Maryja programów społeczno-politycznych jest fundamentalnym sprzeciwem, jest odrzuceniem nauczania

Jana Pawła II, jest rodzajem świadomej, a przez to wprost bezczelnej manipulacji tymże nauczaniem.
Niektórzy zdali sobie sprawę z tego, że prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto wskaże, że wspomniane

żądanie usunięcia programów społeczno-politycznych w Radiu Maryja jest de facto atakiem na nauczanie Ojca

Świętego. Więc oskarżenie zostało ostatnio sprowadzone do tego, że to zaangażowanie narusza sferę autonomii

polityki przez to, że jest promocją w Radiu jednej partii politycznej. Czy to prawda? Zarzut jest chybiony i

to aż z trzech istotnych powodów.
Po pierwsze, w czasie kampanii przed wyborami występowali przedstawiciele kilku partii politycznych, a fakt

nieprzyjęcia zaproszenia przez jedno z ugrupowań właściwie ocenili wyborcy. Także potem – po wyborach –

występowali przedstawiciele różnych ugrupowań.
Po drugie, po wyborach parlamentarnych powstał rząd mniejszościowy, złożony z przedstawicieli jednej partii

(choć to nie jest do końca prawdziwe, bo są w rządzie ludzie, którzy nie są członkami zwycięskiego

ugrupowania). To, że przedstawiciele tego rządu występowali w Radiu, rodziło być może wrażenie, że to układ

jednopartyjny, ale rząd, który nie korzystałby z tak ważnego środka komunikacji, i to z ludźmi, do których

nie dotrze przez inne media (także dlatego, że tam ich przepytują, a nie pozwalają im rozmawiać), nie byłby

roztropny w trosce o dobro wspólne.
Niech będzie wolno w tym miejscu powiedzieć z całą uczciwością, że w tym kontekście uznaję za niezrozumiały

i niesłuszny apel księdza arcybiskupa Gocłowskiego o to, by politycy nie występowali w Radiu Maryja. Nie

jest mi łatwo o tym pisać, bo naprawdę cenię to wszystko, co ksiądz arcybiskup uczynił i czyni w dziedzinie

duszpasterstwa ludzi pracy, a w czym – na jego zaproszenia – także uczestniczyłem. Polityk, który nie

korzysta z szansy, jaką mu daje kontakt ze zwykłymi ludźmi, staje się szybko politykiem wyalienowanym. To,

że w Radiu Maryja można nie tylko mówić do swoich potencjalnych wyborców, lecz także z nimi rozmawiać, a

więc ich słuchać, to wielka szansa, by lepiej zrozumieć potrzeby ludzkie. Wiedzą dobrze także księża

biskupi, którzy głoszą katechezy w Radiu Maryja, że kontakt ze słuchaczami pozwala im jeszcze lepiej

wyjaśnić ich przesłanie, bo pytania są dociekliwe i często naprawdę inspirujące. A wracając do obecności

polityków w Radiu Maryja: to jest także miejsce ich formacji moralnej.
W poprzednich latach dane mi było prowadzić w Toruniu dni skupienia dla przyjeżdżających polityków z różnych

ugrupowań. Słowa, które kierowałem pod ich adresem, nie zawsze były miłe. Z tego dzieła formacyjnego Radio

nie powinno rezygnować, bo przecież do takiej pracy formacyjnej wzywał Jan Paweł II.
Po trzecie, Radio ma pełne prawo – jako środek komunikacji społecznej – oceniając roztropnie różne programy

polityczne, opowiedzieć się za jakąś wizją Polski i powiedzieć publicznie, że program określonej partii jest

bliższy tej wizji Polski. Przecież wiara chrześcijańska rodzi także odpowiedzialność za Ojczyznę. Byłoby

nieroztropne popieranie programów politycznych, które w sumieniu uważalibyśmy za szkodliwe dla Polski. To,

że inni katolicy – mając inaczej uformowane sumienia – popierają inne wizje Polski, nie jest niczym do końca

zdrożnym, choć może niekiedy dziwić.
Ale to, że człowiek wierzący – w tym także biskup, kapłan, zakonnik i zakonnica – ma prawo ujawniać i głosić

swoje przekonania polityczne, jest czymś oczywistym i nie powinno nikogo gorszyć. Co więcej, mają prawo do

tego głośno się przyznawać, pod warunkiem – i to pragnę podkreślić z całym naciskiem – że nie jest to próba

narzucenia tej wizji wszystkim słuchaczom. Wbrew pogardliwym słowom o moherowych beretach słuchacze Radia są

ludźmi myślącymi i wolnymi i potrafią naprawdę wybierać roztropnie. I nieprawdą jest – to jeszcze mocniej

chcę podkreślić – że ludzie myślą, iż głosy i opinie wypowiadane na antenie radiowej to jednocześnie

oficjalny głos Kościoła. Proszę mi wskazać choćby jednego takiego nieudacznika (bo byłby to ktoś nie tyle

słabego rozumu, ile złej i przewrotnej woli), który naprawdę mógłby tak rozumować. Dobrze wiemy, że głos

Episkopatu Polski, głos Kościoła hierarchicznego dociera do nas przez różne media, jest także zawsze

prezentowany w Radiu Maryja. Pewnie byśmy chcieli, żeby ten oficjalny głos Kościoła docierał do nas przez

jakieś medium, które byłoby własnością Konferencji Episkopatu Polski, ale przez kilkanaście lat to się nie

udało.
Ludzie wiedzą, że Radio Maryja jest katolickim głosem w ich domach, bo nim naprawdę jest, ale też wiedzą, że

tych głosów w odmiennych tonacjach i barwach jest więcej. I tak powinno być, bo Kościół to ogród bardzo

różnych kwiatów. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w Kościele istnieje też pewien porządek prawny,

pewien podział odpowiedzialności, pewne obszary rozdzielenia, między innymi po to, by po ludzku nie

nadużywano władzy. Jednym z ważnych aspektów tego zróżnicowania odpowiedzialności jest sytuacja zakonów w

relacji do Kościołów lokalnych, a więc diecezji i większych wspólnot, jakim jest cały Kościół w Polsce.

Prowincje zakonne podlegają swoim przełożonym generalnym, których siedziby najczęściej są w Rzymie.

Prowincjał zakonu jest ordynariuszem dla swoich zakonników i w tym sensie ma władzę równą biskupom

diecezjalnym. Nie może więc być traktowany lekceważąco, lecz prawdziwie po partnersku.
Oczywiście Kościół jest wspólnotą i trzeba zawsze szukać takich rozwiązań, które szanując odrębności, także

te w porządku prawnym, pozwalają na jak najlepsze wykorzystanie tego znakomitego środka komunikacji, jakim

jest Radio Maryja, do tego, by dzieło ewangelizacji podejmowane przez cały Kościół katolicki w Polsce było

tam propagowane. Tylko nie żądajmy od Radia, by przez to musiało zrezygnować z pewnych odrębności, z pewnych

obszarów ewangelizacji, tylko dlatego, że się to nie podoba ludziom dalekim od Kościoła i jeszcze mniej

rozumiejącym specyfikę jego misji.
Wszystkim, a szczególnie ludziom Kościoła, atakującym Radio Maryja za tego typu uczestnictwo w trosce o

dobro wspólne, jakim jest Polska, a zwłaszcza za ów rzekomy mariaż z politykami podczas debat w studiu

radiowym i telewizyjnym, pragnę postawić kilka może mało wygodnych pytań. Jeśli tak przeszkadzają w Radiu

ludzie polityki, którzy przecież nie od dzisiaj są katolikami i którzy w przeszłości może nawet cierpieli za

swoją wiarę, nie mogąc uczestniczyć w życiu społecznym na miarę swego wykształcenia i chęci budowania

lepszej Polski, to dlaczego tak łatwo zgodziliśmy się na pewien sztafaż uczestnictwa polityków niewierzących

w tym, co prawdziwie święte w Liturgii eucharystycznej? Dlaczego z zajadłą krytyką nie rzuciliśmy się na

klęczniki ustawiane prezydentowi Kwaśniewskiemu w naszych świątyniach? Dlaczego tak łatwo przyjmowaliśmy

obecność w czasie Liturgii wielu z tych, którzy potem – a wskazuję tu na przykład Skoczowa z 1995 roku – tak

wrogo odnieśli się do słów Ojca Świętego, że Polska potrzebuje w dziedzinie polityki ludzi sumienia?
Do dziś pozwala się Kwaśniewskiemu chełpić się, że jako jedyny z polityków mógł przejechać się papamobile z

Ojcem Świętym na lotnisku w Krakowie i że traktuje to jako osobiste wyróżnienie. Dlaczego nie wyjaśniono

oficjalnie – a taki był obowiązek – że w protokole przewidziano przed odlotem spotkanie z głową państwa w

saloniku, do którego trzeba było dość daleko wędrować pieszo (a pamiętamy trudności Ojca Świętego z

poruszaniem się)? Ojciec Święty przyjechał nieco spóźniony i mało było czasu do odlotu, więc na pociechę

zaprosił do swego pojazdu Kwaśniewskiego. Ale niestety powstało wrażenie, że Ojciec Święty jakby pogodził

się z faktem, że Kwaśniewski podpisał ustawę, która poszerzała możliwości prawne zabijania poczętych dzieci.
To jak to jest? – pyta zgorszony do dziś teolog moralista. Naprawdę można tak sobie przejść do porządku

dziennego nad tym wszystkim, co może burzyć ład sumienia u wielu ludzi wierzących, a jednocześnie atakować

Radio Maryja, że otwiera się na oścież dla chrześcijańskich polityków, którzy przekazując pewne wizje

polityczne, są jednocześnie prawdziwymi świadkami wiary, noszonej w sercu-sumieniu nie od dzisiaj? Przecież

premier Marcinkiewicz, którego poznałem przed laty na Kongresie Rodzin w diecezji

zielonogórsko-rzeszowskiej, uczestniczy we Mszy Świętej jako człowiek wiary, a nie jako „zbierający punkty”

u wyborców.
Można by jeszcze więcej. Miałbym jeszcze parę mocnych strzałów w kierunku przeciwników Radia Maryja. Jednym

z największych jest posługiwanie się tą „fastrygą” kłamstwa, jaką jest insynuacja, złośliwe przypisywanie

nie tylko działań, które nie miały miejsca, ale także złych intencji działań, których wartość jest zbyt

oczywista, by je same można podważyć. Aż żal, że szczególnie brylują w tym niektórzy duchowni, także ci

wysocy rangą. Ale w tym miejscu się zatrzymam, bo pragnę wskazać na jeszcze jedną ważną perspektywę, w

której trzeba rozważać obecny spór o Radio Maryja.

Z perspektywy osoby i nauczania Jana Pawła II
Wiele istotnych aspektów tego odniesienia ukazałem na początku swojej refleksji i miało to nade wszystko

charakter doktrynalny. Teraz chodzi mi o coś więcej. Przeciwnicy i skrajni krytycy Radia Maryja muszą do

końca zdać sobie sprawę z tego, że czy chcą tego, czy nie chcą, ich krytyka uderza wprost w pewne aspekty

nauczania Ojca Świętego, zwłaszcza tego głoszonego na polskiej ziemi. Sądzę, że niektórzy zdają sobie z tego

sprawę, ale dzisiaj – inaczej niż przed piętnastu laty – nie mają wystarczająco dużo odwagi, więc jako

zasłona dymna „walą” w Radio Maryja.
Oczywiście „wybaczają” Janowi Pawłowi II tak „jednostronne” bezpośrednie „wtrącanie się” do polityki, jakim

było poparcie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Mało tego – wykorzystywali to wtrącanie się przy

każdej możliwej okazji, choć skrzętnie pomijali wiele krytycznych wypowiedzi Ojca Świętego pod adresem

jednoczącej się Europy.
Ci, którzy będą decydować o losach Radia Maryja, powinni mieć świadomość, że tego typu decyzje będą

pośrednio odniesieniem się do wszystkich pielgrzymek Ojca Świętego do Polski, poczynając od 1991 roku. Bo o

ile dopuszcza się, że podczas wcześniejszych pielgrzymek odniesienia polityczne w homiliach i przemówieniach

Jana Pawła II były mówieniem za nas i w naszym imieniu, ponieważ byliśmy pozbawieni głosu, o tyle w

odniesieniu do czasu po odzyskaniu wolności wielu odmawiało Papieżowi tego prawa.
A Jan Paweł II naprawdę zdecydowanie i wyraźnie, a przy tym niekiedy bardzo krytycznie, odnosił się do

konkretnych spraw politycznych i ekonomicznych. Jeśli Radiu Maryja nie wolno o tych sprawach mówić, to może

będzie trzeba „powycinać” z przemówień Ojca Świętego jego odniesienia polityczne – ot, choćby ostre słowa o

liberalizmie, wypowiedziane na Błoniach krakowskich w 2002 roku. Jeśli zostaną odtworzone na antenie

radiowej, będzie znowu podstawa do podpowiedzi: niech się Radio ograniczy do modlitwy i katechezy… A nauka

społeczna Kościoła to nie katecheza?
Niech ludziom Kościoła nie zabraknie wyobraźni moralnej, niech nie zabraknie roztropności, a szczególnie

tego jej wymiaru, który wyraża się w umiejętności przewidywania. Żądanie spacyfikowania Radia Maryja to

zaledwie wstęp do programu prawdziwej sekularyzacji życia społecznego. Zapewne następnym krokiem będzie

program wyrzucenia katechezy ze szkół, bo już niektórzy coraz głośniej o tym mówią. A potem… Niech nas Bóg

broni przed tymi „przyjaciółmi” Kościoła, którzy jako warunek swej przyjaźni stawiają żądanie likwidacji

Radia Maryja. To, że są tacy ludzie, to oczywiste. Tylko dlaczego członkowie Kościoła mają im w tym pomagać?
Obecna sytuacja związana z atakami na Radio Maryja żywcem przypomina czarną kampanię przeciwko Kościołowi na

progu lat dziewięćdziesiątych. Ta kampania niegodziwych oskarżeń pod adresem Kościoła uderzyła mocno w

samego Jana Pawła II przed pielgrzymką w 1991 roku i podczas niej. Warto przypomnieć niektóre z tych

oskarżeń, by lepiej zrozumieć: z uporem wraca stare.
Nie jestem w stanie przytoczyć tu wielu opinii, które zostały opublikowane na łamach „Gazety Wyborczej” w

kolejnych jej numerach, poczynając od 13 czerwca 1991 roku, bo i tak moje refleksje są bardzo długie. Trzeba

też pamiętać, że były jeszcze publikacje sprzed pielgrzymki, w których podważano sens obecności Jana Pawła

II na ojczystej ziemi, zwłaszcza jej wymiar finansowy („Ileż to będzie kosztować państwo”).
W jednym z pierwszych komentarzy do wizyty J. Sosnowski podnosił trzy „dramatyczne wątpliwości”. Faktycznie

były to zarzuty. Pierwszy z nich można streścić słowami, że Papież fałszywie interpretuje konflikty

polityczne w Polsce jako konflikty o podłożu moralnym, a taki zarzut opiera się na fałszywym założeniu, że

państwo i politykę trzeba odłączyć od ładu moralnego. Drugi zarzut dotyczy tego, że to Polska ma szczególne

zadanie wobec Europy, zagubionej w świecie wartości; został określony jako „mesjanistyczna koncepcja”, czyli

roszczenie Narodu, który ma kłopoty ze sobą samym, a ma pouczać inne. W końcu ten autor krytykuje „atak na

liberalizm” i stwierdza ostatecznie, że papieska wizja wolności jest „niebezpieczna dla ram

instytucjonalnych Kościoła”.
Niezwykle ostrą krytykę pielgrzymki papieskiej zawarł w swym artykule D. Warszawski. Całkowicie

nieprawdziwie przedstawił rzekomą kontestację społeczeństwa i obojętność na pielgrzymkę: „Polska wymykała mu

się z rąk”. Papieską wizję wolności w Chrystusie i wolności, która prowadzi do zniewolenia, nazwał „ostrą,

brutalną alternatywą”. Uznał, że Papież chce uczynić z Polski bazę do reewangelizacji zmaterializowanej

Europy, uznając, że „papieska antynomia jest fałszywa”. Autor twierdzi, że Papież przeciwstawia – co jest

jednym z największych fałszerstw – „Polskę chrześcijańską” „Polsce demokratycznej”. Pisze, że „Europa

chrześcijańska, Polska chrześcijańska, tak jak ją definiuje Papież, możliwe są jedynie na gruzach Europy i

Polski demokratycznej”. Nie sposób przedstawić tu wszystkich jego zarzutów pod adresem nauczania Jana Pawła

II, ale pisze o „retoryce, która Papieża zdradziła”, pisze o lękach Papieża, że zostanie zbudowana Polska

bez odniesienia do nauki Kościoła, o jego wtrącaniu się do kwestii tzw. aborcji. Ale zakończenie warto

zacytować, bo oddaje dobrze istotę tego ataku na Ojca Świętego: „Jest bowiem wystarczająco wielu tych,

którzy gotowi są niewolić innych w imię >prawdziwej wolności<, zbierając żniwo zastraszenia, hipokryzji,

buntu. To nie naród polski, lecz Kościół katolicki zdaje się marnować na naszych oczach historyczną szansę,

szansę obecności w demokracji jako autorytet, doradca i pocieszyciel". Oto, jak fałszywie brzmi troska o

Kościół w Polsce i próba przeciwstawienia go Narodowi.
Znana z antyklerykalizmu B. Stanosz uznała, że pielgrzymka papieska doprowadziła do ideologizacji polskiego

życia społecznego i politycznego. Stwierdziła, że papieskie rozróżnienie wolności prawdziwej i wolności,

która zniewala, „potwierdza stanowczość Kościoła w tej sprawie i jego nieskłonność do rezygnacji z ambicji

politycznych”. Wołanie o budowanie Polski na fundamencie prawa naturalnego jest tak naprawdę narzuceniem

czegoś, co w chrześcijaństwie jest kryptonimem dogmatu etycznego.
Atak na papieską krytykę niszczenia tożsamości europejskiej w kontekście polskich wyzwań podjął w swym

artykule S. Mazurek. Całość nauczania papieskiego określił tym, co wybrzmiało już w tytule wystąpienia:

„Uwaga, niebezpieczeństwo ideologii”. Natomiast J. Wertenstein-Żuławski zarzuca Papieżowi, że on „nas nie

zrozumiał”, bo rzucał gromy. Całkowicie nieprawdziwie napisał, że „ludzie zostali opuszczeni przez

wszystkich: solidarnościowych polityków, prezydenta, księży. I nawet Papież przyjechał i nie pochylił się

nad polską biedą, rozczarowaniem, rozpaczą. Nakrzyczał, a ludzie zgnębieni boją się krzyku i zamykają się w

sobie. Przedstawił Kościół groźny: Kościół miecza, grzechu, piekła, a nie miłości, miłosierdzia i

zrozumienia”.
Dziś – po piętnastu latach od tamtych dni znacznie lepiej rozumiemy, jak głęboko nieprawdziwe i

niesprawiedliwe były te ataki na Ojca Świętego. Ale ten sam typ argumentacji, tego samego typu oskarżenia,

tyle że w znacznie większej dawce, powraca w bezczelnie zakłamanych atakach na Radio Maryja. Jeśli ludzie

Kościoła będą kierowali się tego typu opiniami, płynącymi z rzekomego zatroskania o los Kościoła, to będzie

to znak, że niczego nie nauczyli się z tych manipulacji, którymi od lat próbuje się „spętać” misję Kościoła

w świecie współczesnym.
Więc na koniec apel do tych, którzy przyjęli na siebie odpowiedzialność za losy Radia Maryja i będą o tym

decydować. Uwzględniając z jednej strony płaszczyznę doktrynalną, a z drugiej kontekst historyczny obecnej

sytuacji, powinni sprawiedliwie i zarazem wielkodusznie rozstrzygać w taki sposób, by wielkie dzieło

ewangelizacji, które z istoty swojej musi obejmować także dziedzinę polityki, nie poniosło żadnego

uszczerbku. I w taki sposób, by nie powstało wrażenie, że o sprawach mediów katolickich decydują media

konkurencyjne, dalekie od ducha chrześcijańskiego, pragnące ograniczyć religijny wymiar życia ludzkiego

jedynie do modlitwy i innych aktów kultu. By nie powstało wrażenie, że o tym decydują politycy zawiedzeni,

że to nie ich popiera Radio. I by nie powstało wrażenie, że chodzi nie tyle o „polityczne zaangażowanie”,

ile o to, że nie poszło ono w kierunku liberalnych koncepcji życia społeczno-gospodarczo-politycznego.

Gospodarka rynkowa może sobie być liberalna, ale biada nam, gdy życie społeczne i polityczne będzie

przeniknięte skrajnym liberalizmem, który – co stwierdzam z ogromną przykrością – przybiera w Polsce

charakter liberalizmu totalitarnego (to tylko pozorna sprzeczność), bo chce ograniczyć wolność – także

wolność słowa, tych, którzy nie chcą mówić jego głosem. Niech Kościół w Polsce mówi nadal duchem Jana Pawła

II, niech nieustannie odnosi się do tego, co nam zostawił w całym swoim nauczaniu. Wtedy będę spokojny o

losy Kościoła, o losy Polski i o los Radia Maryja.
ks. prof. Janusz Nagórny

drukuj