Pod znakiem krzyża czy półksiężyca?
Wśród odgłosów miasta rozlega się melodyjne: Allah akbar! To muezin z
pobliskiego minaretu wzywa do modlitwy. Jesteśmy w którymś z krajów arabskich?
Niekoniecznie. To środek chrześcijańskiego Starego Kontynentu. W Niemczech żyje
ponad cztery miliony muzułmanów, najwięcej w całej Europie. Z roku na rok
przybywa meczetów i minaretów. Dlatego coraz głośniej słychać też protesty osób,
które wraz ze zmieniającym się architektonicznym krajobrazem swoich miast
obserwują postępującą islamizację kraju. Rządzące partie i wiodące media nie
chcą dostrzegać narastającego problemu. Widać to chociażby po reakcji na głośną
książkę polityka SPD i członka zarządu Banku Federalnego Thilo Sarrazina
"Samolikwidacja Niemiec. Jak narażamy nasz kraj na ryzyko".
Sarrazin postawił m.in. tezę, że powodem złej integracji muzułmańskich
imigrantów jest kultura islamu. Co prawda, kanclerz Angela Merkel wezwała do
rzeczowej i otwartej dyskusji na temat integracji żyjących w Niemczech
imigrantów, jednak fala krytyki i sankcje, z jakimi spotkał się autor książki,
pokazały, że lewicowo-liberalni przedstawiciele świata polityki, mediów i
gospodarki jak ognia unikają merytorycznej konfrontacji z wyzwaniem nasilających
się wpływów islamu w Niemczech.
Dzwonnice czy minarety?
Kiedy w listopadzie 2009 r. Szwajcarzy poprzez referendum zabronili budowy w
swoim kraju nowych minaretów, czyli wież w pobliżu meczetów, na ich głowy w
Niemczech posypały się gromy. "Głosując za wprowadzeniem zakazu budowy kolejnych
minaretów, Szwajcarzy pokazali, że ich kraj ma też inne oblicze, ujawniające
ciasnotę poglądów, bojaźliwość i zapędy izolacjonistyczne" – grzmiała "Frankfurter
Allgemeine Zeitung". "Katastrofa dla Szwajcarii. Nigdzie w Europie nie ma
podobnego zakazu" – obwieszczała monachijska "Süddeutsche Zeitung". Tylko
gdzieniegdzie przebijały się głosy zrozumienia dla decyzji szwajcarskiego
społeczeństwa. "Passauer Neue Presse" ostrzegała: "Szwajcarzy chcą mieszkać w
kraju kościelnych dzwonnic, a nie minaretów, i mają do tego wszelkie prawa. Kto
nie chce uschnięcia chrześcijańskich korzeni, ten musi się świadomie zaangażować
na rzecz obrony kultury Zachodu. Im więcej będziemy mieli głęboko wierzących
chrześcijan, tym większa szansa, że w przyszłości będziemy żyć pod znakiem
krzyża, a nie półksiężyca".
Tuż po szwajcarskim referendum w wywiadzie udzielonym tej samej gazecie
przewodniczący komisji spraw wewnętrznych Bundestagu Wolfgang Bosbach (CDU)
racjonalnie zauważył, że nie każdy, kto opowiada się za wprowadzeniem zakazu
budowy nowych minaretów, jest ksenofobem lub nacjonalistą. W wielu kręgach
społecznych narasta obawa przed postępującą islamizacją trwale zmieniającą kraj.
Dlatego, zdaniem Bosbacha, tych niepokojów nie wolno lekceważyć i należy podjąć
poważną debatę, czy przy pozwalaniu na budowę kolejnych meczetów i minaretów nie
jest zagrożona chrześcijańsko-zachodnia tradycja państwa niemieckiego.
Nie chodzi tylko o architekturę
W sytuacji, gdy coraz większa liczba Niemców odchodzi od Kościoła katolickiego,
rośnie za to liczba przechodzących na islam, nierozważne wydaje się
bagatelizowanie problemu minaretów oraz szybko przybywających meczetów. W
81-milionowym społeczeństwie niemieckim liczba katolików wynosi 29 milionów,
protestantów jest 25 milionów, zaś muzułmanów 4 miliony. Według danych
przedłożonych przez Archiwum Islamskie w Soest w Westfalli obecnie w Republice
Federalnej Niemiec znajduje się 240 meczetów z kopułami i minaretami oraz 2,6
tys. domów modlitwy. Największy i najbardziej okazały meczet otwarto jesienią
2008 r. w Duisburgu, w dzielnicy Marxloh. Znajdujący się przy nim minaret ma 34
metry wysokości. W tym przypadku nie słychać jednak nawoływań muezina. Miejscowa
gmina muzułmańska zrezygnowała z tradycyjnych pieśni, aby nie prowokować
konfliktów z mieszkańcami dzielnicy.
Znawcy islamu podkreślają, że wieża przy meczecie posiada nie tylko wymiar
religijny, tak jak to jest w przypadku wieży kościelnej. "To znak dążenia do
władzy i do tego, aby islam stał się religią światową. Symbol triumfu nad
milionami chrześcijan, którzy w krajach muzułmańskich są dyskryminowani, a
niejednokrotnie regularnie prześladowani" – wskazuje prof. Heine Gstrein na
portalu szwajcarskiej Społecznej Inicjatywy przeciwko Budowie Minaretów.
Podobnego zdania jest prof. Ursula Szuler-Stegmann, która na tym samym portalu
pisze, że "kościoły chrześcijańskie to budowle sakralne służące wyłącznie celom
religijnym. Natomiast meczety od czasów Mahometa to miejsca wyrażające
religijną, polityczną i gospodarczą władzę islamu".
Protesty przeciwko budowie minaretów miały niedawno miejsce w Kolonii, we
Frankfurcie nad Menem czy Berlinie. Biorący w nich udział podkreślają, że
wprowadzenie zakazu budowy minaretów, którego się domagają, dotyczy jedynie
sposobu budowy meczetów, a nie samych domów modlitwy. Argumentują, że – zgodnie
z tradycją islamską – obok meczetów wcale nie muszą stać minarety. Dlatego też
żądanie ich budowy traktują jako chęć udowodnienia wyższości islamu nad
cywilizacją Zachodu. Forsowanie prawa do budowy minaretów dla ich przeciwników
jest przejawem islamskiego radykalizmu, braku chęci zintegrowania się oraz
nieposzanowania praw i wartości świata chrześcijańskiego i demokratycznego. Jako
dowód przytaczają słowa premiera Turcji Recepa Tayyipa Erdogana, który w lutym
2008 r. podczas wizyty w Niemczech stwierdził, że asymilacja jest zbrodnią
przeciwko ludzkości. Zaniepokojeni wpływami islamu przypominają też przemówienie
tegoż polityka jeszcze z czasów, kiedy był on burmistrzem Stambułu. Cytował
wówczas tureckiego poetę Ziyi Gökalpa: "Demokracja to tylko pociąg, do którego
wsiadamy, żeby dojechać do celu. Meczety są naszymi koszarami, minarety naszymi
bagnetami, a kopuły naszymi hełmami. Wierni są naszymi żołnierzami".
Dekadencja i permisywizm Zachodu
Dlaczego islam tak szybko rozprzestrze nia się w Niemczech? Katolicki filozof
prof. Jörg Splett uważa, że jest to spowodowane nie tylko występowaniem coraz
większej liczby Niemców z Kościoła katolickiego, ale również zanikiem praktyk
religijnych i wiedzy na temat własnej religii. Jego zdaniem, kryzys w Kościele
dosięgnął nie tylko wiernych, ale również wielu duchownych. Niebezpieczeństwo
dla tożsamości chrześcijańskiej płynie więc również z wewnątrz chrześcijańskiej
wspólnoty.
– Islam od zawsze był religią, która ma tendencję do nawracania i
rozprzestrzeniania się. Bardzo ważne jest to, abyśmy potrafili się wobec takiego
stanu rzeczy właściwie zachować – mówi. Społeczeństwo niemieckie nie może za
wszelką cenę dopasowywać się do żądań muzułmanów i narzucanego przez nich obrazu
świata. – Są np. teologowie, którzy uważają, że w imię świętego spokoju nie
powinno się w dyskusjach z muzułmanami poruszać tematu Trójcy Świętej – zauważa
prof. Splett. Ryzykowna jest też – jego zdaniem – postawa całkiem odwrotna, a
więc wyrażająca wrogość wobec islamu i kultury arabskiej.
Nie sposób nie zauważyć, że na korzyść muzułmanów przemawiają dane
demograficzne. Jeśli połączyć to z postępującą dekadencją i permisywizmem
Zachodu, to powstają idealne warunki do ekspansji islamu.
Wyzwanie i szansa dla chrześcijan
Nie brakuje opinii osób, które w obecnej sytuacji dostrzegają konieczność
poszukiwania i szansę odkrycia na nowo własnej, chrześcijańskiej tożsamości, bo
tylko ona może być punktem wyjścia dla podjęcia dialogu z muzułmanami i
pokojowego współżycia w obrębie danego kraju.
– Jest bardzo dużo ludzi, którzy mówią: tak, jesteśmy chrześcijanami. Rodzi się
tylko pytanie, co przez to rozumieją – pyta prof. Splett. Uważa, że sytuacja, w
jakiej znalazły się Niemcy, to wyzwanie, ale i szansa. Co przez to rozumie? – W
konfrontacji z innymi wyznaniami musimy przypomnieć sobie o fundamentach naszej
chrześcijańskiej tożsamości, o tym, co stanowi centrum naszej wiary
chrześcijańskiej, czyli o tajemnicy Trójcy Świętej – konkluduje niemiecki
filozof. Jego zdaniem, wciąż zbyt mało uwagi przywiązuje się do tego dogmatu.
Uważa, że obserwując muzułmanów, możemy się wiele od nich nauczyć – powagi w
podejściu do religii, konsekwencji w wyznawaniu wiary czynem i słowem. – Zaś
ponad wszystko tego, że na pierwszym miejscu zawsze powinien być Bóg. Bo tylko
wtedy niemieccy katolicy mogą spokojnie patrzeć w przyszłość – podkreśla.
Bogusław Rąpała
