Po to spaliśmy na styropianie

Czy nie miał racji pan Krzysztof Kozłowski, gdy będąc szefem MSW w rządzie pana Tadeusza Mazowieckiego, tłumaczył, iż teczki są tak niebezpieczne, że należy je spalić? No a jeśli już nie, to dlaczego tzw. komisja Michnika studiowała archiwa MSW jedynie dwa i pół miesiąca? Czy w ogóle można zrobić w tak krótkim czasie coś pożytecznego w tak delikatnej materii?

Ano, jak się znowu okazało, nie za wiele, czego dowodzi przypadek pana Zygmunta Solorza-Żaka, kolejnej „ofiary dzikiej lustracji”. Inaczej nie wyciekłoby może, że pan Zygmunt Solorz-Żak, właściciel Polsatu i Invest-Banku, był w PRL agentem wywiadu wojskowego, współpracował przez jakiś czas z SB, a po 1989 r. był agentem WSI, wcale niekoniecznie nieszkodliwym. Służby wojskowe wynagradzały pana Solorza za to morze obfitości wspieraniem w interesach, czym znów nie ma co się emocjonować, bo czy nie był to w końcu jakiś odosobniony, ale typowy przypadek biznesplanu w socjalistycznej „ojczyźnie”?

To już jednak nie żarty, tylko jakieś fatum. Kto będzie następną ofiarą „kaczyzmu”? Dalibóg, oby tylko nie padło na pana Mariusza Waltera. Chociaż, jak to się mówi, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bo wreszcie byłoby już jasne, po co spaliśmy na styropianie. Żeby doczekać prawdziwie wolnych mediów! Takich właśnie jak TVN i Polsat, w których „dzieci pana Suboticia” uczą nas na „owsianych taśmach” prawdziwej demokracji, doradzają, na kogo głosować – jak np. w ostatniej kampanii, że na Donalda Tuska – co myśleć o lustracji, kto jest oszołomem, a kto nie, kto ma klasę – jak np. pani prezydentowa Kwaśniewska, bo inaczej nie występowałaby w TVN Style – a kto nie itd.

Wychodzi zatem na to, że pan Zygmunt Solorz-Żak, dwojga nazwisk po dwóch żonach („panieńskiego” Krok nie wiadomo dlaczego się wstydzi), nie tylko jest zdolnym biznesmenem, lecz także kimś jeszcze.

Prasa pisała o panu Solorzu już parę lat temu – a więc na długo, zanim nawet można się było spodziewać, że będą krew, pot i łzy po likwidacji WSI – że w latach 80. robił interesy z jednym z dyrektorów centrali handlu zagranicznego. Później – po tym jak w 1998 r. zastrzelono Marka Papałę – pisały gazety, że tenże dyrektor o inicjałach W.D., jednocześnie przyjaciel pana Solorza, wynajmował magazyn Turkom zamieszanym w przemyt heroiny. „Był mu jak ojciec: przyjacielski, opiekuńczy i czerpiący radość z jego sukcesów” – pisał o dyrektorze centrali handlu zagranicznego pan Jakub Kopeć w książce – hymnie pochwalnym na cześć właściciela Polsatu, zatytułowanej „Utopić Solorza”.

Marek Papała zaś zginął, jak mówi główna hipoteza śledztwa, gdyż za dużo wiedział o interesach narkotykowych. Czyżby więc – zważywszy na to, że przyjaciel pana Solorza mógł mieć coś wspólnego z biznesem narkotykowym – było coś na rzeczy?

Dodam przy okazji, że pan Jakub Kopeć to „ten” Kopeć. To znaczy autor „Po drugiej stronie lustracji” – książki o tym, jak to „dwa, a może trzy FOZZ-owskie z pochodzenia miliony dolarów, jakie przepłynęły przez konta Cliffa Pineiro, miały być użyte do powołania Powszechnego Banku Gospodarczego, który z kolei miał zapoczątkować budowę imperium finansowego Porozumienia Centrum, partii bliźniaczych braci Kaczyńskich”. Na tym dziennikarstwie śledczym sąd się nie poznał i nakazał panu Kopciowi przeprosić Jarosława i Lecha Kaczyńskich za zniesławienie.

Panu Solorzowi pisał więc książkę prawdziwy fachowiec i – jakbyśmy to powiedzieli – ktoś z referencjami. Pan Zygmunt Solorz zresztą z zasady nie otaczał się przypadkowymi ludźmi. Wspomniany wcześniej dyrektor W.D. poznał jeszcze pana Solorza z panem Piotrem Nurowskim, zajmującym się propagandą w Komitecie Warszawskim PZPR. Podpowiedział on panu Solorzowi, by inwestować w media, no i późniejszy właściciel Polsatu w 1992 r. kupił codzienny „Kurier Polski”. Jego prezesem mianował pana Andrzeja Majkowskiego, późniejszego sekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego i – jak prasa pisała – pośrednika pana prezydenta w kontaktach z panem Markiem Dochnalem, odpoczywającym w miejscu odosobnienia.

W tym samym „Kurierze Polskim”, czystym zbiegiem okoliczności, grupa pana Lesiaka miała swoich ludzi, a gazeta była głównym instrumentem ataku na Porozumienie Centrum. I to nietuzinkowym, bo zasłynęła m.in. oskarżeniem pana Lecha Kaczyńskiego o to, że będąc w Waszyngtonie, podjął rozmowy mające ułatwić amerykańską akceptację odwołania pana Balcerowicza, podczas gdy on nie był wtedy w Waszyngtonie ani w ogóle w USA.

Tak to pan Solorz ma swoje udziały nie tylko w Elektrimie, lecz także w szafie pana Lesiaka, co w połączeniu z koneksjami z kimś wymienianym przy okazji sprawy zabójstwa byłego komendanta Marka Papały sprawia wrażenie rozmachu. Czy pan Zygmunt Solorz zna jeszcze może pana Edwarda Mazura?

Trzeba było jednak spalić te teczki i dobrze zamieść popiół pod dywan w ministerstwie spraw wewnętrznych za „pierwszego niekomunistycznego premiera”.

Julia M. Jaskólska
drukuj