PO i PiS w teatrze polityki?
Spore zdziwienie musi towarzyszyć teraz niejednemu obserwatorowi polskiej polityki. Oto dwie partie, wydawałoby się, że z dwóch stron barykady, rozpoczęły rok „wyborczy” (wybory prezydenckie i samorządowe) aktywnością łudząco do siebie podobną. Dla liberalnego elektoratu Platformy Obywatelskiej nie jest to wiadomość specjalnie zastanawiająca – ot, zwykła u tej formacji gra. Natomiast patriotyczny zwolennik Prawa i Sprawiedliwości przeciera pewnie oczy ze zdumienia.
Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że oba ugrupowania oraz dwaj główni rywale do prezydentury ścigają się wręcz w działaniach pozornych, typowo medialnych, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistymi potrzebami kraju? Mamy więc sesje zdjęciowe i tkliwe wywiady do plotkarskiego magazynu zarówno ze strony państwa Tusków, jak i Kaczyńskich. Obserwujemy projekty (PiS) lub zapowiedzi projektów (PO) nowej Konstytucji (dziś oczywiście bez najmniejszych szans na realizację). Zarówno przy prezydencie, jak i przy premierze powoływane są ciała doradcze, które na kilometr pachną fasadowością i potrzebami kampanii wyborczej. Okazuje się zatem, że Prawo i Sprawiedliwość chce doprowadzić do reelekcji obecnego prezydenta, wchodząc w buty Platformy Obywatelskiej. Pragnie wykorzystać techniki PR-owskie, z których do niedawna głośno się wyśmiewało.
Chory, oligarchiczny system partyjny
Zanim w tej krótkiej analizie spróbujemy jakoś odnieść się do wspomnianej kwestii, przypomnijmy niektóre działania o charakterze personalnym podejmowane przez obie interesujące nas formacje. Mają one bowiem niezwykle wymowny charakter, przede wszystkim dlatego że ukazują słabości i mielizny całego systemu politycznego, w którym przyszło nam funkcjonować. Spektakularną ich odsłoną było ostatnio przeszukanie przez Centralne Biuro Antykorupcyjne mieszkania dawnej gwiazdy Platformy Obywatelskiej, obecnie prezesa Stronnictwa Demokratycznego, Pawła Piskorskiego. Dla premiera Donalda Tuska stanowi on teraz poważne zagrożenie, ponieważ chce wykorzystać swe niewątpliwe talenty organizacyjne w promocji Andrzeja Olechowskiego. Jest to więc bój o ten sam liberalny elektorat, który może oddalić wizję upragnionej prezydentury. Okazuje się, że w tej walce wszystkie środki są dozwolone, można nawet wykorzystywać aparat państwowy do niszczenia politycznego konkurenta. Akcja podległemu premierowi CBA była do tego stopnia szyta grubymi nićmi, że wielu publicystów wyśmiewało ją w artykułach prasowych czy tekstach internetowych.
Paweł Piskorski wielokrotnie pokazywał, że znakomicie potrafi wykorzystywać przepisy prawne, by pracowały na jego korzyść. Zamieszanie wokół jego osoby ukazuje jednak miałkość, wręcz bezsensowność całej obecnej polityki w Polsce. III Rzeczpospolita jest państwem w przeważającej mierze upartyjnionym, którego agendy traktowane są nie tylko jako łup, jakim obdarowuje się partnerów z własnego ugrupowania, służyć mogą także jako środki do zwalczania przeciwników. Warto przypomnieć, że w przypadku Platformy Obywatelskiej do pewnego momentu mieliśmy również do czynienia z wyjątkową życzliwością opiniotwórczych mediów. Do czasu ujawnienia ambicji prezydenckich przez Andrzeja Olechowskiego Donald Tusk mógł spać spokojnie, wiedząc, że dziennikarzy „głównego nurtu” będzie miał po swojej stronie bez względu na to, cokolwiek by zrobił jako premier. Polski system polityczny został tak zaprojektowany, aby oprócz kilku partii establishmentu nie pozwolić nikomu przebić się do świadomości społecznej. Żadne stronnictwo spoza tej oligarchicznej struktury nie ma także szans na budowanie własnych struktur, myśli programowej czy zaplecza intelektualnego. Potencjał ekonomiczny czy infrastrukturalny partii „umocowanych” w tym systemie zmiata pozostałe formacje do roli planktonu politycznego.
Trzeba ze smutkiem powiedzieć, że beneficjentem tego układu jest również Prawo i Sprawiedliwość. Oto pod koniec grudnia ubiegłego roku nastąpiła inna, nie tak spektakularna akcja jak w przypadku Piskorskiego. Wymierzona była bowiem w osobę raczej nieobecną na pierwszych stronach gazet. Przywołujemy ten przykład dlatego, że ma wymiar w jakiejś mierze symboliczny – pokazuje, na ile partia Jarosława Kaczyńskiego, pierwotnie odżegnująca się od establishmentu politycznego, sama dzisiaj go współtworzy. PiS, przy poparciu Platformy Obywatelskiej oraz częściowo PSL, odwołało z funkcji wicemarszałka Sejmiku Województwa Kujawsko-Pomorskiego Macieja Eckardta, znanego z publicystyki narodowo-katolickiej, ale też dobrze zakorzenionego w społeczności lokalnej. Eckardt naraził się władzom Prawa i Sprawiedliwości, gdy na swojej stronie internetowej skrytykował upływającą prezydenturę. Napisał m.in., że prezydent Lech Kaczyński pewnie przegra wybory, ponieważ odwraca się od swego naturalnego elektoratu i nie za bardzo ma gdzie szukać nowych zwolenników. Komentatorzy doszukiwali się jednak głębszych przyczyn tego odwołania. Od maja ubiegłego roku były już marszałek województwa zaczął organizować „Wspólnotę Małych Ojczyzn”, stowarzyszenie skupiające samorządowców (starostów, wójtów, radnych) i innych działaczy dobrze rozumianej prowincji. Najwidoczniej środowisko to – twierdzą niektórzy – potraktowano jako konkurencję dla PiS.
Dlaczego ten drobny fakt urasta do rangi symbolu? Ponieważ jest kolejną odsłoną wspomnianego systemu. Jego podstawę stanowią trzy filary: finansowanie partii parlamentarnych z budżetu państwa – kilkadziesiąt milionów złotych rocznie na ugrupowanie, proporcjonalna ordynacja wyborcza oraz wytworzony na ich bazie wodzowski model partii. To między innymi sprawia, że układ polityczny zamyka się i oligarchizuje. W państwie liczą się tylko te formacje, które stać na kosztowną kampanię wyborczą. Jednocześnie zanika myśl programowa, bo politykom bardziej opłaca się przeznaczyć otrzymywane środki na działania efektowne i widowiskowe niż na niewidoczne i szare. W dodatku proporcjonalna ordynacja odcina daną partię od społeczności lokalnej, ponieważ to, kto znajdzie się na liście wyborczej, zależy od kalkulacji kierownictwa, a nie od zakorzenienia kandydata w terenie. Partiom nie zależy więc raczej na pozyskiwaniu stowarzyszeń i organizacji samorządowych, traktują je raczej właśnie jak niepotrzebną konkurencję. Wiele razy przeżywaliśmy już jako wyborcy zjawisko „spadochroniarzy”, których (chyba wszystkie) ugrupowania polityczne odgórnie kierowały do danego okręgu wyborczego. Obrazu partyjnej degrengolady dopełnia jeszcze wodzowski sposób funkcjonowania. Formacje polityczne tak się skoncentrowały na skuteczności swych działań, że większość kluczowych decyzji powierzają jednemu ośrodkowi władzy. Z czasem przestaje on tolerować ludzi inaczej myślących, niepokornych, o silnych osobowościach. Pod tym względem zarówno Platforma Obywatelska, jak i Prawo i Sprawiedliwość miały szczególną skłonność do usuwania poza margines czy wypychania z partii ludzi, którzy z takich czy innych względów narazili się ścisłemu kierownictwu…
Teatr polityki czy realna polityka?
Można więc przyjąć, że politykę realną, mającą rzeczywiste przełożenie na społeczne potrzeby i oczekiwania, chce prowadzić tylko takie ugrupowanie, które programowo występuje przeciw systemowi oligarchicznemu. Dąży nie tylko do zmian kosmetycznych, ale i systemowych. Ustrój polityczny trzeba zaś zmienić, by skoncentrować uwagę polityków na naprawdę istotnych sprawach naszego życia narodowego.
Na przykład żadna z partii obecnych w parlamencie nie odniosła się zdecydowanie do informacji podanej przez niestrudzoną senator Dorotę Arciszewska-Mielewczyk z PiS, że po stronie niemieckiej czeka kilkanaście tysięcy pozwów rewindykacyjnych dotyczących nieruchomości na polskich Ziemiach Odzyskanych. Co mają teraz do powiedzenia politycy, którzy przez dwadzieścia lat tzw. transformacji ustrojowej nie potrafili uregulować praw własności w Polsce? Jaki jest ich pomysł na zwiększający się dług publiczny polskiego państwa? Wynosi on teraz ok. 700 mld zł (rząd Tuska w ciągu dwóch lat powiększył zadłużenie o ponad 130 mld!), co oznacza, że w każdym nowym budżecie ponad 30 mld zł trzeba będzie przeznaczać na obsługę tego długu. Długu, który spłacany jest przecież z kieszeni polskich podatników. Co wreszcie polskie partie zamierzają zrobić z systemem ubezpieczeń społecznych, w którym ZUS, jak alarmuje „Dziennik – Gazeta Prawna” (15-17 stycznia 2010), zabraknie w tym roku na wypłaty emerytur 50 mld zł (według prognoz w latach 2009-2013 ponad 300 mld!)? Oto są pytania do – jak to się mówi – „polskiej klasy politycznej”.
Wydaje się więc, że jeśli ugrupowania polityczne czy kandydaci na urząd prezydenta RP przygotowują projekty Konstytucji bądź otaczają się fachowymi doradcami, to między innymi po to, by jakoś odpowiedzieć na kwestie, które dotykają wszystkich Polaków. Cieszymy się, że prezydent Lech Kaczyński powołał w styczniu Narodową Radę Rozwoju jako własne gremium opiniodawczo-doradcze (premier Donald Tusk chce powołać radę dyplomatów). Trudno jednak traktować poważnie to przedsięwzięcie, skoro zaczyna funkcjonować dopiero pod koniec kadencji, po czterech latach prezydentury! Daje do myślenia też projekt nowej Konstytucji przygotowany przez Prawo i Sprawiedliwość. Katolików ucieszy z pewnością artykuł 20 projektu: „Każdy człowiek ma prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci”. Malkontenci jednak przypomną, że partia ta już w 2007 roku miała dużą szansę wprowadzić taki przepis do Ustawy Zasadniczej, ale wtedy zabrakło woli jej politycznego kierownictwa…
Jak jednak teraz mamy traktować te zamiary, skoro już po dwóch dniach od ich upublicznienia prezydent Lech Kaczyński dystansuje się od tych pomysłów?
Sprawia to wrażenie kolejnej gry, w której politycy odgrywają przed Narodem precyzyjnie rozpisane role, a on ma emocjonować się spektaklem, zapominając, że prawdziwe życie płynie, gdy kurtyna opadnie i ustaną ostatnie brawa…
Dr Artur Mamcarz-Plisiecki
Autor jest doktorem nauk humanistycznych, wykładowcą z WSKSiM.
