Po drugiej stronie światła

15 października – Dzień Dziecka Utraconego

Przez całe życie kobieta przygotowuje się do tego, by być matką. Kiedy pod jej sercem zaczyna bić serce dziecka, choć go nie widzi, zaczyna je kochać, czuć, rozumieć. Instynkt podpowiada resztę. Organizm dostosowuje się do nowej sytuacji, przygotowuje do momentu, kiedy nowe życie ma przyjść na świat. Zamienia się w czekanie. Nie zawsze tak jednak jest. Czasem mały płomyk zgaśnie, zanim zdąży na dobre rozbłysnąć. Co wtedy?

Kinga urodziła się w szpitalu martwa. Była wcześniakiem, miała 8 miesięcy. Udusiła się pępowiną przy pierwszych skurczach porodowych. Lekarze nie zdołali jej uratować. – Widziałam, jak ją mierzono i ważono – opowiada Beata, matka Kingi, takim tonem, jakby to była sytuacja z filmu, który zaraz się skończy. W jej głosie czuje się tępy ból i rezygnację. Suche oczy, z których dna wyziera niemal przepaść, już nie płaczą. Zabrakło łez.

Lekarze napisali w karcie szpitalnej: „martwe w chwili narodzenia”. Tylko tyle. – Oglądałam transmisję z pogrzebu Jan Pawła II. Nie wiem, czemu – mówi dalej Beata – gdy przeczytałam w karcie szpitalnej te słowa, przypomniał mi się moment, gdy wiatr zamknął księgę na trumnie Ojca Świętego. Teraz też zamknęła się księga. Tylko dlaczego tak wcześnie, zanim w ogóle ktokolwiek zdążył coś w niej zapisać. Dlaczego? Tyle czystych kart…

Najgorzej było, gdy wyszła ze szpitala. Pierwsze spojrzenie w lustro: nie ma brzucha. A potem pytanie: gdzie jest dziecko? I odpowiedź jak szarpnięcie żywej rany: nie ma dziecka. I nie będzie. – Ludzie uciekali ode mnie, gdy szłam ulicą. Bali się chyba „zarazić” smutkiem, sama nie wiem. Wieczorami życie uchodziło ze mnie. Mąż odchodził bezradny, bo nie potrafił mi pomóc. Czułam się tak bardzo zmęczona, na życie patrzyłam, jakbym była za szybą. Albo jakby ktoś nagle wyłączył prąd i zapanowały ciemności. Ciemność i ja. Żadnego światełka. Żadnej nadziei. Tylko rozpacz. I tępy ból.

Dziś jest nieco lepiej. Nadal drażnią ją banalne pociechy w rodzaju: „nie martw się, jakoś to będzie”, „jesteś młoda, urodzisz jeszcze dziecko”, „taka widocznie jest wola Boża”, „masz przecież jeszcze synka”. Tak, ale to już nie będzie TO dziecko. Bardzo pomógł jej i mężowi ksiądz. – Rozmawiał z nami, pozwolił wykrzyczeć niezrozumienie i bunt. Odprawił Mszę św. w naszej intencji – mówi Beata – przecież dziecko nie zdążyło popełnić żadnego grzechu, wytłumaczył, co się z nim teraz dzieje. Pomógł znaleźć światełko. Na razie jeszcze dalekie, ale zaczęliśmy iść w jego stronę.


Nieutulony żal


Dzień Dziecka Utraconego w Stanach Zjednoczonych obchodzony jest już od roku 1988, w Polsce – od 2003. To dzień pamięci o zmarłych dzieciach. Według różnych statystyk, w Polsce każdego roku ok. 40 tys. kobiet traci dziecko w wyniku poronienia, 2 tys. dzieci rodzi się martwych. Nie ma danych dotyczących śmierci dzieci kilku-, kilkunastoletnich. Opinię publiczną elektryzują od czasu do czasu opisy znęcania się pijanych rodziców nad swoimi dziećmi, wypadków drogowych, bezradności medycyny. Ale to przecież tylko drobny ułamek procenta wszystkich tragedii. Każda śmierć dziecka jest niewyobrażalnym bólem, nieporównywalnym z niczym cierpieniem – o tyle trudniejszym, że często niezrozumianym i bagatelizowanym przez otoczenie. Wedle obiegowej opinii, poronienie jest dla rodziców mniejszą stratą niż śmierć dziecka kilkuletniego. Rodzice z Organizacji Rodziców po Stracie i Rodziców Dzieci Chorych „Dlaczego” starają się obalić stereotypy związane z żałobą. Problem zwykle zaczyna się już w szpitalu, gdy odmawia się pokazania ciała dziecka, prawa do pochówku (wedle błędnej zasady: „nie będziesz widzieć, szybciej zapomnisz”). Tu i ówdzie można spotkać się z niezrozumieniem ze strony księży. Pokutuje jeszcze archaiczne przekonanie, że poronionemu dziecku należy się jedynie tzw. pokropek, obrzęd pożegnania dokonany zwykle szybko, pobieżnie i w zakrystii. Kolejna bariera społeczna to nieumiejętność zajęcia stanowiska osób postronnych wobec rodziców w żałobie, niewiedza panująca w urzędach, wśród pracodawców, w szpitalach.

Szklane paciorki

„Współczesny człowiek wykazuje zadziwiający brak realizmu we wszystkich ważnych sprawach, w kwestii sensu życia i śmierci, szczęścia i cierpienia, uczucia i poważnego myślenia. Zarzucił zasłonę na całą rzeczywistość ludzkiego istnienia i zastąpił je sztucznym, upiększonym obrazem pseudorzeczywistości, całkiem jak dzikus, który traci swoją ziemię i wolność za błyszczące szklane paciorki” – napisał Erich Fromm w „Zdrowym społeczeństwie”. Trudno się z tym nie zgodzić. Żyjemy w takim świecie, gdzie umieranie zostało zepchnięte na margines, zbagatelizowane, a czasem wprost odarte z godności. Słyszymy o nim codziennie, stało się ono tanim towarem. Fakt śmierci wstydliwie skrywa się pod płaszczem kultu siły, młodości – tak jakby milczenie mogło tu cokolwiek zdziałać. Dochodzi do tego bezradność, która nader często zamienia się w ucieczkę. – Milkną telefony – opowiada Maria, której syn Mateusz 4 miesiące temu zginął w wypadku. – Znajomi przechodzą na drugą stronę ulicy. Widziałam strach w ich oczach: co zrobić, jak się rozpłacze? Widziałam, że chcieli mi pomóc, ale nie wiedzieli jak. A ja nie potrzebowałam rad, chciałam tylko mieć obok kogoś, kto poda chusteczkę i wysłucha. Tylko tyle…

Wielu woli się nie wtrącać, uciec daleko pod byle jakim pretekstem. Inni chcą spłycić temat, zbagatelizować, uciec w banał. To jeszcze bardziej boli i jeszcze mocniej rani.


Własna droga


– Każdy przeżywa żałobę po swojemu i trzeba mu na to pozwolić, niczego nie narzucać, nie przyspieszać ani nie skracać. Żałobę trzeba przeżyć do końca, bo bez tego powrót do normalnego życia jest trudny lub nawet niemożliwy – mówi ojciec Filip Buczyński, franciszkanin, psycholog i prezes Stowarzyszenia Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia. W swojej pracy z rodzicami w żałobie w grupie Dzieci Światła, od 13 lat działającej w Siedlcach, spotykałem rodziców, którzy po śmierci dziecka codziennie spędzali po kilka godzin na cmentarzu. Inni nie pozwalali niczego tknąć w pokoju zmarłego dziecka. Znam matkę, która codzienne wychodziła na przystanek autobusowy po swojego syna. Zginął pół roku temu. Potem wracała w milczeniu do domu, by jutro znów powrócić, oszukać ból. Zraniona nadzieja, broniąc się przed unicestwieniem, sięga po rozwiązania nieracjonalne. Bywa, że w takiej sytuacji potrzebna jest zdecydowana ingerencja kogoś bliskiego, zaufanego. Pomocna może być rozmowa z księdzem, psychologiem.

Na wielką próbę, szczególnie w pierwszym etapie żałoby, narażona jest rodzina. Wzajemne obwinianie siebie, np.: „Gdybyś wtedy nie pozwoliła jej jechać!”, „Gdybyś nie kupił mu samochodu!”, potrafi zbudować wysoki mur pomiędzy małżonkami. Inaczej też przeżywa żałobę ojciec, inaczej matka, jeszcze inaczej rodzeństwo. Po pogrzebie Bartka Barbara urządziła swoją „kapliczkę”, w której zamykała się na całe dnie, zapalała świece, modliła się, oglądała na wideo filmy z synem, dotykała jego zabawek, wąchała ubrania, które popakowała w foliowe worki, aby dłużej zachował się jego zapach. Miała za złe mężowi, że w tym nie uczestniczy. Ten zaś po prostu nie mógł tam wchodzić, bo wtedy tęsknił za synem jeszcze bardziej. Gdy nikt nie widział, wymykał się do piwnicy, gdzie nawet przez dwie godziny siedział samotnie i płakał…

Kolejnym błędem jest zamykanie się rodziców w hermetycznym kręgu swojego bólu. Nie zauważają cierpienia swoich dzieci, które czują się pozostawione same sobie albo wręcz przeciwnie: bombardowane nadmiarem miłości, która zamiast leczyć, jeszcze bardziej rani. – Mamo, dlaczego zapominasz o nas? – zapytał kiedyś Kamil. – Tomka już nie ma, ale my jesteśmy. Nie zasługujemy na twoją miłość? Tylko on się dla ciebie liczył?

To był wstrząs dla Zofii. Ale, jak później sama opowiadała, od tego momentu jej potrzaskane serce zaczęło się zabliźniać.


Powrót nadziei


Przez żałobę musi przejść cała rodzina – wtedy wyjdzie z niej umocniona. Psychologowie zgodnie podkreślają, że źle przeżyta żałoba kładzie się długim cieniem na całe późniejsze życie. Warto w tym momencie poczynić dygresję. Bardzo mało się mówi o sytuacji rodziców, którzy przyczynili się do zabicia swojego dziecka w wyniku aborcji. Świadomość tego czynu przychodzi często dopiero po latach, zwielokrotniając ból, wyrzuty sumienia. Konieczne jest wtedy przejście przez cały proces żałoby. To nic, że od tego momentu minęły nieraz już dziesięciolecia. Dziecku należy nadać imię, przywdziać żałobny strój, zintensyfikować modlitwę, zapalić znicze na cmentarzu – na przykład pod bezimiennym pomnikiem upamiętniającym zabite w ten sposób dzieci. Życia dziecku to nie przywróci, ale pomoże w wewnętrznym uzdrowieniu, ukierunkuje na Boże miłosierdzie.

Czas przeżywania straty dziecka ma swoją wewnętrzną logikę. Catherine M. Sanders w książce „Powrót nadziei” wyznacza 5 faz żałoby. Poznanie symptomów i zrozumienie przebiegu całego procesu jest o tyle ważne, że sprzyja redukcji lęku, który budzi zupełna utrata kontroli nad własnym życiem. Pomaga zrozumieć siebie, ale też jest wielkim wsparciem dla osób towarzyszących. Pozwala uciec od banału i nauczyć się towarzyszenia. Proces wewnętrznego uzdrowienia jest bardzo złożony i zindywidualizowany. Fazy mogą mieć różną długość, niektóre z nich mogą być bardziej odczuwalne, inne mniej, czasem może dojść do cofnięcia się ku fazie poprzedniej i jej symptomom. Niektóre fazy się na siebie nakładają. Oto one: pierwsza to niedowierzanie, wewnętrzny zamęt, wzburzenie, bezradność, psychologiczne dystansowanie się. Fakt śmierci jest jeszcze zbyt świeży, aby się z nim pogodzić. Etap ten mija zwykle po kilku dniach, tygodniach. Kończy się wewnętrznym „skamienieniem”. Wycofując się, organizm broni się przed nową sytuacją.

Faza druga to uświadomienie sobie straty. Pojawiają się konflikty emocjonalne (wyrażane płaczem, rozpaczą), niepokój o nieokreślonych źródłach, gniew, nadwrażliwość, poczucie winy. Cechuje ją większa wrażliwość na to, co mówią inni, gwałtowne reakcje na ich słowa. Czasem towarzyszy jej bunt przeciwko Panu Bogu.

Faza trzecia – wycofywanie się, depresja. Kończą się siły, następuje zmęczenie krzykiem, pojawia się wewnętrzna pustka. Jest ona konsekwencją minionej wewnętrznej walki. System odpornościowy słabnie, mogą nawet pojawiać się myśli samobójcze, chęć utopienia smutku w alkoholu. Etap ten może trwać bardzo długo, czasem wiele miesięcy, ponieważ fizyczne i emocjonalne postawy obronne zostały poważnie osłabione. Może ulec skróceniu dzięki ludziom, którzy są blisko. Faza trzecia jest punktem zwrotnym w procesie żałoby.

Faza czwarta – powracanie do wewnętrznej równowagi. Charakteryzuje się tworzeniem nowej tożsamości. Pojawia się przebaczenie, rany powoli się zabliźniają, pamięć nie jest już źródłem cierpienia. Wskutek zewnętrznych bodźców może się zdarzyć remisja, powrót do poprzedniej fazy, ale ma ona już tylko znaczenie epizodyczne. Po stanie wewnętrznej „hibernacji” osoba w żałobie zaczyna odzyskiwać powoli kontrolę nad swoim życiem.

Faza piąta – odnowa. Jest to kres żałoby. Rodzice uczą się życia bez dziecka, pojawiają się plany na przyszłość.


Jak pomóc?


Po pierwsze: wysłuchać. Kiedy umiera dziecko, powstaje głęboka potrzeba mówienia o nim, wspominania, jest to swego rodzaju mechanizm ocalania pamięci. Nie chodzi o tworzenie namiastki życia. Osoba w żałobie potrzebuje słuchacza, który nie będzie się gorszył, poda chusteczkę do otarcia łez, nie będzie wypowiadał pustych, banalnych słów pociechy, a będzie po prostu towarzyszył. Podczas rozmowy nie ma sensu sięgać na siłę po tematy zastępcze, po maskowanie przeszłości, kierowanie myśli w inną stronę. Trzeba uważnie, z wielkim szacunkiem wsłuchiwać się w głos rodzica w żałobie, czasem wybierając raczej milczenie niż słowa, przezwyciężyć skłonność do pocieszania wbrew prawdzie. Śmierci zawsze towarzyszy samotność, naszym obowiązkiem jest pomóc ją przekroczyć.

Nie sposób, mówiąc o żałobie, nie wspomnieć o roli wiary w jej przeżywaniu. Miłość przecież nie umiera, ona jedynie przybiera inną formę istnienia. Nie sposób przeżyć dobrze żałoby bez nadziei, że rozłąka jest tylko przejściowa. Ceremonia pogrzebowa, modlitwy Kościoła akcentują tę prawdę bardzo mocno. „Wiemy, że nasze dziecko jest już u Boga. Proszę jednak zrozumieć, że oddalibyśmy wszystko, by nasze dziecko nie umarło. By mieć je z powrotem, tulić w ramionach, trzymać w swej dłoni małą rączkę” – pisze w swoim liście Magdalena Harrisom. Perspektywa spotkania nie ukoi bólu rozłąki, ale pomoże nadać sens dalszemu życiu. Nie tylko rodzicom w żałobie, ale także nam, którzy im towarzyszymy. A czyż nie tego właśnie ciągle szukamy?


Ks. Paweł Siedlanowski

Matki, które straciły dziecko w wyniku poronienia lub przedwczesnego porodu, mają prawo do:

– rejestracji dziecka w Urzędzie Stanu Cywilnego, bez względu na czas zakończenia ciąży; prawo do rejestracji przysługuje też dzieciom, które zostały poronione/urodzone w domu lub poza granicami Polski;

– zabrania ciała dziecka ze szpitala w celu pochowania na cmentarzu;

– urlopu macierzyńskiego – niezależnie od czasu trwania ciąży; w przypadku urodzin martwego dziecka, czyli również poronienia, jest to połowa wymiaru urlopu, czyli 9 tygodni;

– uzyskania zasiłku pogrzebowego, który w tym roku wynosi 5900 zł, bez względu na czas zakończenia ciąży.

Strona ze wsparciem

www.poronienie.pl to adres strony, gdzie rodzice po przeżyciu straty dziecka – czy to w wyniku poronienia, czy śmierci okołoporodowej – mogą dowiedzieć się, że ich zmarłe przedwcześnie dziecko ma prawo do pogrzebu, zasięgnąć porady prawnej, przeczytać artykuły dotyczące żałoby i pomocy psychologicznej, czy zapoznać się z wykazami koniecznych badań, aktami prawnymi. Na stronie istnieje także forum, na którym pomocą służą m.in. psycholog, prawnik i położna, a także ksiądz. Jest to forum wsparcia nie tylko modlitewnego, można na nim szczerze porozmawiać o swoim cierpieniu, przeżytej tragedii, podzielić się myślami, które po stracie kłębią się w sercu. Na stronie można także odnaleźć grupy wsparcia, do których można dołączyć.


MMP
drukuj