Po co chadecja bez chrześcijaństwa?
Pod rządami partii chrześcijańsko-demokratycznych w takich krajach, jak:
Francja, Belgia, Holandia czy Niemcy, doszło – począwszy od lat 80. ubiegłego
wieku – do legalizacji aborcji, przyzwolono na eutanazję czy tzw. małżeństwa
homoseksualne. Właściwie wszędzie sposób uzasadniania kapitulacji chadecji wobec
cywilizacji śmierci był podobny: "nie wolno utracić centrowego elektoratu",
"należy unikać łatki religijnego fundamentalizmu", "trzeba być nowoczesnym". Czy
chadecja może być chrześcijańska? Oto pytanie nasuwające się po obserwacji
działalności zachodnioeuropejskich partii chadeckich po zakończeniu II wojny
światowej.
Jeszcze kilkanaście lat po 1945 roku ugrupowania polityczne wywodzące się z tego
nurtu były silnymi podmiotami na politycznej scenie Francji, krajów Beneluksu
czy Włoch. Mniej więcej od początku lat 60. ubiegłego wieku rozpoczęło się
dryfowanie chadeckich partii, które w wielu przypadkach stały się partiami
władzy. Ale po co ma sprawować władzę partia mieniąca się
chrześcijańsko-demokratyczną, skoro jej rządy służą raczej przyspieszaniu
aniżeli oporowi wobec antychrześcijańskich prądów politycznych i kulturowych?
Zauważmy, że z podobną tendencją polityczno-propagandową mamy do czynienia
obecnie w Polsce. Szereg polityków deklarujących swoje przywiązanie do
chrześcijańskiego systemu wartości twierdzi, że "w trosce o centrowy elektorat"
i "niepozostawanie w tyle za przemianami cywilizacyjnymi", należy schować swoje
przekonania w szatni sejmowej bądź ministerialnej i działać "dla dobra ludzi",
czy to promując inseminację kobiet (tzw. metoda zapłodnienia pozaustrojowego,
czyli in vitro), czy szukając po całym kraju szpitala, gdzie dziecko mogłoby
dokonać "bezpiecznie" aborcji. I nie jest to bynajmniej problem ograniczony do
przedstawicieli Platformy Obywatelskiej. Dotyka też reprezentantów Prawa i
Sprawiedliwości, partii, która nie zgodziła się na wprowadzenie konstytucyjnych
gwarancji dla życia od poczęcia do naturalnej śmierci, nie poparła penalizacji
pornografii, nie broniła zakazu handlu w niedzielę. Kryzys formacji chadeckiej
jest, powtórzmy, kryzysem wiary i antropologii. Dotyczy zarówno kryzysu
chrześcijaństwa europejskiego i związanego z nim kryzysu demokracji.
Bardzo wcześnie niebezpieczeństwo dostrzegł Papież Leon XIII, który w
opublikowanej w 1901 roku encyklice "Graves et communi" wprost zakazywał
używania pojęcia "chrześcijańska demokracja" w kontekście politycznym: "Nie
godzi się jednak nadawać mianu demokracji chrześcijańskiej znaczenia czysto
politycznego. Jakkolwiek bowiem wyraz demokracja etymologicznie i filozoficznie
oznacza panowanie ludu, to jednak w naszym wypadku należy ją tak pojmować, by
wykluczała wszelkie znaczenie czysto polityczne i wyrażała wyłącznie dobroczynną
działalność na rzecz ludu".
Sytuacja uległa radykalnej zmianie po II wojnie światowej, gdy główne kraje
zachodniej Europy (Francja, Włochy) zagrożone były zwycięstwem komunizmu, i to
nie na skutek zbrojnej interwencji "bratniej" Armii Czerwonej, ale dzięki
rosnącej popularności partii komunistycznych wśród wyborców. Wówczas energiczną
akcję podjął Ojciec Święty Pius XII, który niejednokrotnie dawał wyraz swojemu
poparciu dla powstających na nowo partii chrześcijańsko-demokratycznych. W
przypadku Włoch podobna taktyka okazała się najbardziej skuteczna. Pod koniec
lat 40. XX wieku włoska chadecja stała się zaporą na drodze komunistów do
władzy.
Pius XII nie zmienił jednak niczego w nauczaniu i orzeczeniach doktrynalnych
Kościoła w odniesieniu do kwestii społecznych. W mocy pozostawało wezwanie jego
bezpośredniego poprzednika, Piusa XI, który jako najważniejsze zadanie dla
polityków odwołujących się do chrześcijańskiego systemu wartości wskazał
działania na rzecz umacniania i rozszerzania społecznego panowania Chrystusa
Króla (encyklika "Quas primas" z 1925 roku). Powstrzymanie komunistów na drodze
do władzy pozostawało z pewnością w zgodzie z tym wezwaniem. Jednak
niebezpieczeństwa nie zniknęły, a wręcz przybrały formę jeszcze groźniejszą
aniżeli otwarta, wywrotowa działalność, gdy komuniści oraz rozmaici "pożyteczni
idioci" rozpoczęli realizację programu, który nakreślił jeszcze przed II wojną
światową Antonio Gramsci. Według tego włoskiego komunisty, dla wszystkich
"zwolenników postępu" przyszedł czas oddziaływania na politykę przede wszystkim
przez kulturę. Temu zaś powinien towarzyszyć "marsz przez instytucje", czyli
opanowywanie kolejnych urzędów, wydawnictw, wytwórni filmowych, firm
dystrybuujących filmy itp. Jednym słowem, wszelkich instytucji związanych z
promowaniem i rozpowszechnianiem twórczości artystycznej, literackiej i
naukowej.
Kryzys chadecji kryzysem kultury
Rzecz jasna, kryzys zachodnioeuropejskich chadecji należy ujmować – jak już
zaznaczono – w kontekście szerszego kryzysu chrześcijaństwa (różnych
denominacji) w zachodniej Europie w drugiej połowie wieku XX. Każdy bowiem
kryzys polityczny jest w istocie rzeczy kryzysem kultury, ten zaś kryzysem
religijnym. Na dłuższą metę nie można być "krzyżowcem niewierzącym w krzyż", jak
mawiał w XIX wieku Julian Klaczko. Nie można było przekonać działaczy partii
chrześcijańsko-demokratycznych do obrony chrześcijańskiego systemu wartości w
sferze publicznej, jeśli sami byli wątłej wiary. To banał, ale o zupełnie
podstawowym znaczeniu.
Uleganie prądom laicyzacyjnym przez partie chadeckie było ponadto uwarunkowane
akceptacją – bynajmniej nie tylko w partiach chadeckich – mitu nowoczesnego
człowieka (Dietrich von Hildebrand). A więc przekonania, że człowiek
(Europejczyk) drugiej połowy wieku XX radykalnie różni się od ludzi epok
minionych, dlatego też potrzebuje "przystosowania" do swoich nowych potrzeb
zarówno Dekalogu, jak i Ewangelii. Z tym szła w parze iluzja postępu, czyli
konstatacja, że człowiek XX wieku "dorósł" i już nie potrzebuje
"paternalistycznego" podejścia ze strony Kościoła nauczającego.
Klinicznym wręcz przykładem tego typu destrukcyjnej działalności stały się
Belgia i Holandia, które jeszcze w latach 50. mogły poszczycić się prężnie
działającymi ruchami chrześcijańskimi (nie tylko w aspekcie stricte
politycznym). Dwadzieścia lat później ciągle miały u steru władzy partie
chrześcijańsko-demokratyczne, ale było to już inne chrześcijaństwo oraz inna
demokracja. Oczywiście zupełnie odrębną kwestią był kryzys wiary, który w tym
samym czasie dotykał wspólnoty protestanckie, który w porównaniu z wstrząsami
odczuwanymi w Kościele katolickim był o wiele poważniejszy.
Nic więc dziwnego, że w takiej atmosferze chadecja zachodnioeuropejska –
wewnętrznie rozbrojona – nie była w stanie stawić czoła próbie roku 1968.
Eksplozja lewackiego radykalizmu na uczelniach RFN, Francji czy Włoch (dzisiaj
wiemy, że w dużej mierze sterowana i finansowana przez wywiady państw
komunistycznych) stała się pretekstem do zmian w ustawodawstwie, które szły w
kierunku zaspokojenia podstawowych postulatów "pokolenia roku 1968": stopniowego
upolityczniania uniwersytetów (wiedza już nie ma być bezinteresownym umiłowaniem
i podążaniem za prawdą, ale politycznym zaangażowaniem na rzecz "uciskanych
mniejszości") i dekretowania przemian obyczajowych (np. aborcji). W latach 70.
zabijanie dzieci poczętych stało się legalne, gdy nad Sekwaną rządzili gaulliści
(odwołujący się przecież do programu chrześcijańsko-demokratycznego). W 1978
roku pod włoską ustawą aborcyjną swoje podpisy złożyli dwaj prominentni politycy
chadeccy (uważający się za prawowiernych katolików): prezydent Giovanni Leone
oraz premier Giulio Andreotti. W latach 90., pod rządami zdominowanej przez
chadecję (CDU/CSU) koalicji rządowej w zjednoczonych Niemczech aborcja została
prawnie dopuszczona w pierwszych trzech miesiącach trwania ciąży.
Po co komu partia chrześcijańska i demokratyczna, która nie tylko nie
powstrzymuje cywilizacji śmierci, ale wręcz ją afirmuje, a tym samym występuje
przeciw tym, którzy są najsłabsi, potrzebują więc ze strony demokratycznej
wspólnoty największej troski i opieki? Jedynym uzasadnieniem pozostało zatem
trwanie przy władzy dla niej samej. Włoska chadecja, której rodowód ściśle
wiązał się z opozycją wobec komunizmu, jeszcze za pontyfikatu Piusa XII zaczęła
głosić – pod kierunkiem swojego szefa Alcida de Gasperiego – program
"historycznego kompromisu" z komunistami. Znalazł on konkretny kształt w postaci
kompromisowego dzielenia się stanowiskami, czy to w rządzie centralnym, czy na
prowincji. Program władzy dla władzy okazał się korupcją, tą literalną i tą w
sensie moralnego sprzedania się.
Tak pojmowany "pragmatyzm" (czytaj: bezideowość) chadeków jest również widoczny
w przypadku projektu jedności europejskiej. Przypomnijmy, że w latach 50., u
jego początków, stało trzech polityków wywodzących się z chadeckiej tradycji
politycznej: kanclerz RFN Konrad Adenauer, Robert Schuman (Francja) oraz
wspomniany wyżej Alcide De Gasperi. Czy ktoś z nas słyszał głos protestu
zachodnioeuropejskich chadecji w sprawie pominięcia wzmianki o chrześcijańskich
korzeniach Europy w projekcie traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej?
Panowała w tej sprawie zupełna cisza, skoro już od wielu lat tzw. nowoczesna
europejska chadecja jest tylko ornamentem, dekoracją dla polityki eurokratów,
niemal bez wyjątku wywodzących się pod względem ideowym z "pokolenia roku 1968".
Prof. Grzegorz Kucharczyk
Prof. Grzegorz Kucharczyk – historyk myśli politycznej XIX i XX w. oraz
historii Niemiec, pracownik naukowy Instytutu Historii PAN. Autor m.in. książek:
"Czerwone karty Kościoła", "Pierwszy holocaust XX wieku", "Kielnią i cyrklem.
Laicyzacja Francji w latach 1870-1914".
