Platforma spycha Polskę w peryferyjność
Nauka to klucz do dobrobytu. Tymczasem Polska traktuje rozwój nauki i
systemu szkolnictwa po macoszemu. Można wręcz powiedzieć, że jesteśmy
skandalicznie zacofani, co kompromituje polskie elity polityczne odpowiedzialne
za stan i wykorzystywanie finansów publicznych. W efekcie we wszystkich
rankingach określających rolę nauki Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc
wśród państw europejskich.
Przy nakładach na badania i rozwój (tzw. B+R – to coś więcej niż nauka) na
poziomie 0,7 proc. PKB jesteśmy w gronie państw Unii Europejskiej na dalekim
czwartym miejscu od końca – za nami Łotwa, Słowacja, Cypr, tuż przed nami
Grecja. Ten poziom nakładów jest kompromitujący, bo europejska norma to ok. 1,9
procent. A warto wiedzieć, że przodują Szwecja (prawie 4 proc.) i Finlandia
(prawie 3,5 proc.); Niemcy przeznaczają na B+R 2,5 proc., a bliskie nam Czechy i
Słowenia mają przywództwo na tyle mądre, że osiągnięto wskaźnik prawie 2 proc.;
Węgry mają wskaźnik prawie dwa razy wyższy niż Polska.
O podejściu naszego państwa do nauki świadczy wiele liczb. Publiczne nakłady na
szkolnictwo wyższe – ma ono przecież silny, bezpośredni związek z nauką i B+R –
w przeliczeniu na 1 studenta wynoszą nieco ponad 2,5 tys. dolarów rocznie –
mniej niż w Indiach. Węgry wydają dwa razy więcej, USA prawie cztery razy więcej
(9,6 tys.), Niemcy prawie pięć razy więcej (12 tys. dolarów). A są kraje, gdzie
te nakłady są znacznie wyższe: Szwajcaria – 19 tys., Dania – 24 tys. dolarów.
Ogólne przychody wiodącej polskiej uczelni, jaką jest Uniwersytet Warszawski, w
2009 r. wyniosły 860 mln zł, w tym 360 mln dotacji budżetowej. Przychody w
przeliczeniu na jednego z 56 tys. studentów kształcących się na UW wyniosły więc
15 tys. złotych. Jeśli dla porównania przyjrzeć się czołowemu brytyjskiemu
Uniwersytetowi w Cambridge, to jego przychody – licząc w naszej walucie –
wyniosły 3,6 mld zł (w tym dotacja publiczna 1 mld zł). Przy 17,8 tys. osób
kształcących się w Cambridge przychody na jednego studenta wyniosły 203 tys.
złotych.
W Polsce zaledwie 0,2 proc. młodych ludzi w wieku 20-29 lat kształci się na
studiach doktoranckich – a doktoraty są przecież kuźnią kadr o najwyższych
kwalifikacjach. To jeden z najgorszych wyników w Europie. Przykładowo w Szwecji
wskaźnik ten wynosi 0,87 proc., a w Finlandii 1,33 procent. Sytuacja płacowa
doktorantów jest kompromitująca – przy stypendium w wysokości nieco ponad 1 tys.
zł oczywiście nie są w stanie utrzymać się i prowadzić pracy naukowej
wymagającej niejednokrotnie spędzania wielu godzin w laboratoriach. Nic zatem
dziwnego, że niedawno w jednej z uczelni doktoranci strajkiem wyrazili swój
sprzeciw wobec tego stanu rzeczy. A ich wysoko wykwalifikowani starsi koledzy,
specjaliści w swoich dziedzinach wiedzy, profesorowie uniwersytetów są
wynagradzani wedle postulatu Jerzego Urbana z czasów stanu wojennego, który
stwierdził wówczas, że profesor może zarabiać tyle, co sprzątaczka, gdyż ich
wynagrodzenie kształtuje się na poziomie średniej krajowej. Niedawno byliśmy
świadkami protestu profesorów Polskiej Akademii Nauk, gdzie w niektórych
instytutach pensja profesora oscyluje w granicach 2,8 tys. złotych. Profesor
czołowego polskiego uniwersytetu otrzymuje ok. 4 tys. zł podstawowego
wynagrodzenia; podczas gdy w Cambridge wynosi ono w przeliczeniu na naszą walutę
40 tys. złotych. W sytuacji, gdy PKB na głowę jest w Wielkiej Brytanii tylko dwa
razy wyższe niż w Polsce (w 2008 r. 35656 do 17675 USD), nic nie usprawiedliwia
dziesięciokrotnie niższego w Polsce wynagradzania naukowców.
Arogancja zamiast argumentów
Gdy dany obszar gospodarki funkcjonuje źle, pojawia się zazwyczaj słowo-wytrych:
reforma. Zgodnie z nową świecką tradycją taką próbę reformy podjęła minister
nauki Barbara Kudrycka i zaproponowała pakiet ustaw, który spotkał się z
druzgocącą krytyką specjalistów i środowiska naukowego. Zachowanie pani
minister, która wyszła ze spotkania z przedstawicielami Krajowej Sekcji Nauki
NSZZ "Solidarność", nie wysłuchawszy ich opinii o przygotowanych przez
ministerstwo reformach, jest bardzo niepokojącym sygnałem. Świadczy bowiem o
tym, że rząd Platformy Obywatelskiej, nie mając koncepcji na zapewnienie Polsce
programu długofalowego rozwoju gospodarczego, ucieka się do jawnego lekceważenia
partnerów społecznych, którym na takim rozwoju zależy i którzy chcą podjąć w tej
sprawie dialog z rządem. Arogancja jest klasyczną ucieczką przed konfrontacją z
problemami, które przerastają czyjeś możliwości – dla minister Kudryckiej takim
problemem jest nawiązanie współpracy ze środowiskiem naukowym, co przecież
powinna uważać za swój obowiązek.
Wśród zapisów proponowanej reformy najbardziej kontrowersyjne są te, które
prowadzą do wyraźnego obniżenia wymagań kadrowych. Obecnie uczelnie dla
uzyskania odpowiedniego statusu muszą dysponować określoną liczbą pracowników o
wyższych stopniach naukowych. W nowej koncepcji ministerstwa znalazła się
kuriozalna propozycja zastąpienia jednego doktora habilitowanego dwoma doktorami
zwykłymi, a doktora dwoma magistrami. Rozwój kadry, który osiąga się ciężką
pracą naukowców nad swym rozwojem, proponuje się zastąpić nonsensownymi
zamiennikami, w których jakość zostaje zastąpiona ilością – czyżby autorzy
reformy inspirowali się marksistowską ideą przekształcenia ilości w jakość? Za
tym wszystkim idzie niedopuszczalne, przypominające ciemne czasy stalinizmu,
ograniczenie samorządności akademickiej, uczelnianych organów kolegialnych i rad
wydziałów. Te kroki uderzają w podstawy akademickiej tradycji. Dyskryminacja
kadr uczelni publicznych, przez odbieranie praw nabytych i wymuszanie
niekorzystnych zmian form zatrudnienia, ma wyraźnie wymiar ideologiczny i nosi
wszelkie cechy totalitarnej presji przypominającej najgorsze lata działalności
komunistycznych komisarzy. Autorzy reformy nie rozumieją, że stabilizacja w
zawodzie nauczyciela akademickiego ma znaczenie przede wszystkim ze względu na
wolność realizacji idei dobra wspólnego w szkolnictwie wyższym. Idea ta
wprowadzana jest w życie poprzez takie organizowanie szkolnictwa, by można było
zapewnić wolność w poszukiwaniu i głoszeniu prawdy. Uderzeniem w środowisko
naukowe jest też wymuszenie przejścia na emeryturę z chwilą osiągnięcia wieku
emerytalnego przez osoby niemające tytułu naukowego. Uderzy to przede wszystkim
w kobiety pracujące w zawodzie nauczyciela akademickiego – w tym profesorów
nadzwyczajnych, które będą musiały przejść na emeryturę o pięć lat wcześniej niż
mężczyźni – w wieku 60 lat, co w tym zawodzie jest nie tylko dyskryminacją, ale
i absurdem, bo aktywność naukowa osób starszych, z doświadczeniem dydaktycznym,
ma dla uczelni zasadnicze znaczenie.
Tama dla studentów
Szermuje się iluzorycznym, formułowanym w typowej nowomowie, celem, jakim ma być
"zapewnienie polskim studentom wyższej jakości kształcenia, a zatem lepszego
przygotowania do dynamicznie zmieniających się warunków gospodarczych". Ale
jednocześnie uderza się w najzdolniejszą młodzież, ograniczając środki na
stypendia naukowe i rozmywając kryteria przyznawania stypendiów oraz
wprowadzając ograniczenie możliwości rozszerzania indywidualnego programu
studiów i studiowania drugiego kierunku. Ograniczanie możliwości studiowania na
dodatkowych kierunkach kompromituje i ośmiesza ten rząd. Stawiam pytanie: A ileż
to budżet państwa traci na tym, że ktoś robi drugi fakultet i ile zaoszczędzi,
gdy mu się za to każe płacić? Nic nie traci, nic nie zaoszczędzi, a niewiele
zarobi, bo takich, co chcą studiować więcej, nie jest przecież aż tak dużo, a
gdy się postawi ich przed koniecznością płacenia za dodatkową naukę, raczej
zrezygnują. Mądre państwo pielęgnuje talenty rodzące się w narodzie i daje im
jak najkorzystniejsze warunki rozwoju, a potem pracy dla własnego kraju.
Pomysłów żenujących jest więcej – jak choćby ograniczenia możliwości
"bezpośredniej podległości służbowej" małżeństw zatrudnionych w szkołach
wyższych. Wielka uczona Maria Skłodowska-Curie i Piotr Curie mieliby poważne
problemy we wspólnej pracy, gdyby w owych czasach trafili się tacy od siedmiu
boleści reformatorzy…
Ilość błędów i wpadek, jakie znalazły się w zaproponowanych przez ministerstwo
ustawach, bije rekordy, ale najpoważniejszym błędem jest oderwanie całej
koncepcji od strategii rozwoju i od jasno, konkretnie sformułowanego programu
finansowania nauki i szkolnictwa wyższego. Takiej strategii po prostu nie ma, co
jest sprzeczne z zasadami racjonalnego rządzenia. Regulacje prawne powinny być
następstwem strategii rozwoju, odwrócenie tej logicznej zależności prowadzi do
chaosu, budowania zamku na lodzie.
Potrzeba budowania konkurencyjności nauki jest oczywista, ale staje się pustym
frazesem, jeśli rząd nie jest w stanie przedstawić wiarygodnego programu
zwiększenia w krótkim czasie finansowania nauki do poziomu wymaganego od nas
jako członków Unii Europejskiej i zasłania się przygotowaną przez ministra
finansów koncepcją tzw. konsolidacji finansów publicznych, polegającej na
zamrożeniu wydatków budżetowych – koncepcji, trzeba to wyraźnie powiedzieć,
opracowanej bardzo nieprofesjonalnie, bo nieuwzględniającej koniecznego
wyraźnego wzrostu nakładów na niektóre obszary odpowiedzialności państwa.
Ten wzrost finansowania jest niezbędny też po to, by wynagrodzenia naukowców
kształtowały się na poziomie umożliwiającym im rzetelne, bez obciążeń,
poświęcenie się pracy naukowej, rozszerzaniu wiedzy, badaniom, pisaniu książek.
Nikt oczywiście nie wymaga, byśmy zarabiali tyle, co profesorowie z Cambridge,
ale pewien minimalny standard został już kilka lat temu uzgodniony w umowie
społecznej i zapisany w ustawie za rządów AWS. Zasadę tę, zwaną 3-2-1-1, wedle
której podstawowe etatowe wynagrodzenie profesora miało stanowić 3-krotność
średniej krajowej, adiunktów (naukowców z tytułem doktora) 2-krotność, a
pozostałych pracowników na poziomie średniej krajowej, zaczęto wprowadzać w
życie za rządów AWS, częściowo była ona realizowana za rządów SLD, aczkolwiek
już wtedy zaczęto stosować "sztuczki" obniżające realną wartość tego programu –
przez zastąpienie średniej wskaźnikami przeliczeniowymi mającymi "uciąć" coś z
przyjętych zobowiązań.
Stać nas na więcej
Potem nastąpiła stagnacja, zaś obecnie ma miejsce jawne lekceważenie finansowych
problemów uczelni, bo według planów rządu wzrost nakładów na szkolnictwo wyższe
będzie wolniejszy od wzrostu PKB, co oznacza spadek udziału tych nakładów w PKB.
By dać pozory tworzenia koncepcji rozwojowej, wymyślono Krajowe Naukowe Ośrodki
Wiodące, które miałyby być lepiej finansowane, a o ich doborze decydowałyby
konkursy, czyli arbitralna decyzja urzędu. Jednakże przy ogólnym spadku nakładów
i chęci włączenia do programu rządowego wsparcia uczelni prywatnych oznaczałoby
to degradację i groźbę likwidacji mniejszych lokalnych państwowych szkół
wyższych, mających dla danych regionów niezmiernie ważne edukacyjne i
kulturotwórcze znaczenie.
Nie jest prawdą, że Polski nie stać na lepsze finansowanie przez państwo nauki i
szkolnictwa wyższego. Trzeba mieć tylko strategię służącą rozwojowi i dobrą
wolę. I trzeba fachowców, którzy opracowaliby odpowiedni program, i ministra
finansów, który rozumie, jakiej polityki budżetowej i fiskalnej potrzebuje kraj,
by zająć godne miejsce w Europie. Oczywiście podnoszony jest argument finansowy,
że dług publiczny za duży, że deficyt trzeba zmniejszać itd. Owszem, deficyt
dobrze by było zmniejszyć, ale kryzys finansów publicznych nie na tym polega, że
jest deficyt, jak wciąż wmawiają nam politycy. Kryzys finansów publicznych
polega na tym, że państwo nie finansuje na właściwym poziomie tych dziedzin,
które decydują o naszym rozwoju, o przyszłych pokoleniach i o jakości życia
dzisiaj. Kryzys finansów to niedofinansowanie ochrony zdrowia, szkolnictwa i
nauki, niedoinwestowanie infrastruktury, także to, że żołnierze okaleczeni w
wojnie, na którą wysłało ich polskie państwo, nie otrzymują rent na godnym
poziomie. To dziesiątki przykładów rażącego braku dbałości o wypełnianie
obowiązków władzy publicznej – za to wszystko odpowiada minister finansów – i w
jego woli jest, by nadać rzeczom właściwą finansową miarę. Politycy – i ci
rządzący, i ci w opozycji – muszą zrozumieć, że taka polityka wpędza Polskę w
peryferyjność, prowincjonalizm, skazuje na bycie wiecznym klientem, podrzędnym
lokajem, papugą narodów.
Można, co prawda, źródeł niedoceniania nauki w Polsce szukać w jej dalekiej
historii, gdy otoczenie, nieustanna zewnętrzna agresja, zmuszało nas do innych
zaangażowań – po prostu najbardziej liczyły się umiejętności przydatne na
wojnie, a nie talenty naukowe. Ale czy to może być usprawiedliwieniem na
dzisiaj? Gdy Napoleon wyruszał na wielką wojenną wyprawę do Egiptu, zabrał ze
sobą ekipę uczonych. W anegdocie przetrwał rozkaz jednego z jego dowódców,
generała Caffarelliego, który w czasie słynnej bitwy pod piramidami, gdy zostali
zaatakowani przez mameluków, kazał sformować obronne czworoboki i zawołał:
"Uczeni i osły do środka" – bo trzeba było chronić to, co najcenniejsze.
Napoleon, młody generał rewolucji francuskiej, rozumiał znaczenie nauki – nam by
chyba do głowy nie przyszło brać na wojenną wyprawę uczonych. I wygląda na to,
że również w dzisiejszej Polsce znaczenia uczonych dla rozwoju i budowania
pozycji Polski się nie rozumie, o naukowców się nie dba, za to osły… oj, one
(oni?) mają się świetnie, robią czasem znakomite kariery i cieszą się
uwielbieniem mediów.
Prof. Jerzy Żyżyński
Autor jest profesorem na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego i
delegatem do Krajowej Sekcji Nauki NSZZ "Solidarność".
