Platforma legalizuje recydywę postkomuny

Z Jakubem Zielińskim, doktorantem w Instytucie Socjologii UMK w
Toruniu, rozmawia Paweł Tunia

W trakcie tej kampanii
kandydaci podejmowali tematy rzeczywiście ważne dla Polaków?


Tak, w tym sensie, że dla wielu wyborców „rzeczywiście ważne” stało się
niedopuszczenie do władzy kandydata przeciwnego obozu. Niepokojące zdaje
się być jednak to, że przyjęcie przez elektorat takiej optyki spycha na
drugi plan refleksję nad konsekwencjami, jakie pociąga za sobą wybór
poszczególnych kandydatów.
Merytorycznej dyskusji nie ułatwia zapewne
też instrumentalne wykorzystanie programów wyborczych, czego przykładem
może być stosunek Bronisława Komorowskiego do prywatyzacji szpitali.
Dla wielu osób sporym zaskoczeniem musiało być stanowisko kandydata PO
wobec tego problemu, gdyż okazało się, że polityk pełniący kluczowe
funkcje w swojej partii ma zupełnie inne poglądy na służbę zdrowia niż
reszta klubu parlamentarnego. Wydaje się zresztą, że znaczna część
wyborców PO ma świadomość, iż gdyby Komorowski został prezydentem, to w
czasie ewentualnego uchwalania ustawy reformującej służbę zdrowia i tak
zrobi to, czego oczekiwałaby od niego Platforma.

Pana
zdaniem, PiS starało się zmienić wizerunek nie tylko swojego kandydata,
ale całej partii?

– Zmiana publicznego obrazu Prawa i
Sprawiedliwości nie musi wynikać tylko z wydarzeń ostatnich trzech
miesięcy. Znaczenie prawdopodobnie miała tu też refleksja po przegranej
kampanii wyborczej w 2007 roku. Zwróćmy uwagę, że próby ocieplania
wizerunku polityków PiS były podejmowane jeszcze przed tragedią w
Smoleńsku. Tym razem wydaje się jednak, że są one realizowane
konsekwentniej.

Można powiedzieć o zakończonej kampanii, że
była łagodniejsza niż poprzednie?

– Mimo zapowiedzi, że obecna
kampania będzie bardziej wyważona od poprzednich, okazało się, że walka w
pierwszej turze była często nawet agresywniejsza niż w czasie ubiegłych
wyborów. Nie przypominam sobie na przykład, by w czasie poprzednich
kampanii zdarzały się „kontrwiece” zwoływane podczas spotkania z
wyborcami kandydata innej partii. W kontekście ostrej rywalizacji można
wspomnieć też wypowiedzi członków komitetu honorowego Bronisława
Komorowskiego, których słowa nie licowały z powagą osób je
wypowiadających. Zdumienie budzi również forma, jaką przyjmują ataki na
Martę Kaczyńską. Rozemocjonowanie widoczne wśród osób bezpośrednio
zaangażowanych w kampanię Komorowskiego może wynikać z chęci powtórzenia
sukcesu poprzedniej kampanii PO, która w dużej mierze opierała się na
wpajaniu wyborcom bazującej na emocjach niechęci wobec Prawa i
Sprawiedliwości.

Przebieg tej kampanii i wydarzenia ostatnich
tygodni będą miały jakieś skutki w dłuższej perspektywie?


Bieżący wyścig wyborczy pokazał, że obserwowany od kilku lat kryzys
lewej strony sceny politycznej wcale nie został zażegnany, czego
symptomem mógłby być nie najgorszy wynik Grzegorza Napieralskiego w
pierwszej turze. Zauważmy, że stojący na uboczu, ale ważny gracz lewicy,
Włodzimierz Cimoszewicz, już w pierwszej turze wsparł kandydata PO, co
wskazuje na utrwalenie się podziałów w środowiskach wywodzących się z
SLD.
Z drugiej strony politolodzy wskazują, że niezagospodarowany
fragment polskiej sceny politycznej, rozciągający się między Platformą
Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością, jest niezwykle wąski. Działacze
PO zdają sobie zapewne sprawę z tego, że jeśli myślą o rozszerzeniu
poparcia dla Platformy, to będą musieli zwrócić się w stronę środowisk
postkomunistycznych. Przypomnijmy, że w ostatnich wyborach do Parlamentu
Europejskiego Danuta Hübner była liderem warszawskiej listy wyborczej
PO. Natomiast już w czasie kampanii prezydenckiej szefem Narodowego
Banku Polskiego został wyznaczony przez Komorowskiego Marek Belka. Być
może jest tak, że część działaczy lewicy nie widzi perspektyw odrodzenia
się Sojuszu Lewicy Demokratycznej w najbliższych latach i to właśnie PO
jest postrzegana przez nich jako partia, z którą można wiązać
polityczną przyszłość.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj