Platforma kupuje SLD

Transfer polityczny Bartosza Arłukowicza z Sojuszu Lewicy Demokratycznej
do Platformy Obywatelskiej wywołał na scenie politycznej burzę. Otoczenie
Grzegorza Napieralskiego nie kryje zdenerwowania, zwłaszcza że ruch ten odbił
się szybko na sondażach przedwyborczych. Przed kolejnymi wyborami podkupywani są
politycy, niczym zawodnicy przed ważnym turniejem piłkarskim, a SLD jest od
jakiegoś czasu łakomym kąskiem dla Platformy.

Prezydent Bronisław Komorowski przeprowadził już taki quasi-transfer w przypadku
gen. Wojciecha Jaruzelskiego, którego obwoził po Rosji jako symbol
postkomunistycznej lewicy, zapraszał go na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa
Narodowego itp. Innym ważnym transferem było zatrudnienie Tomasza Nałęcza –
niegdyś wielkiej gwiazdy medialnej Unii Pracy i Socjaldemokracji Polskiej – jako
głównego doradcy prezydenta Komorowskiego. Dowiadujemy się również, że PO
prowadzi intensywne negocjacje z działaczami SdPl, partii secesjonistki z
szeregów SLD. Mówi się o poparciu przez Platformę Marka Borowskiego w wyborach
do Senatu. Z SLD chciano by pozyskać Grzegorza Pisalskiego, Józefa Piniora,
Genowefę Grabowską, Dariusza Rosatiego. Wszystko po to, aby osłabić grupę
Napieralskiego, ale nie tylko…

PO oczyszcza wizerunek i przejmuje głosy
Co ciekawe, już pozyskani Nałęcz i Arłukowicz są postaciami związanymi z pracami
komisji śledczych. Nałęcz był przewodniczącym komisji w sprawie afery Rywina,
Arłukowicz błyszczał w czasie obrad komisji hazardowej. Przypomnijmy, że ataki
tego ostatniego na rząd Platformy i samego Donalda Tuska były niezwykle ostre, a
dziś zasiada on w klubie PO i pracuje na specjalnie powołanym dla niego
stanowisku w rządzie Tuska. W ten sposób Platforma stara się maksymalnie oddalić
od siebie skojarzenia powiązań polityków tej partii z różnymi aferami. Skoro
najwięksi szermierze komisji śledczych są w ich szeregach, znaczy, że Platforma
jest dziś czysta.
Drugi motyw pozyskiwania polityków lewicy dla PO jest jeszcze ważniejszy. Donald
Tusk doskonale zdaje sobie sprawę, że logika wypadków politycznych wpycha go w
koalicję z SLD po jesiennych wyborach parlamentarnych. Partia Tuska traci, a SLD
od czasu minisukcesu wyborczego Grzegorza Napieralskiego jest coraz mocniejszy.
Dla konstruktorów polskiej sceny politycznej spod znaku TVN i "Gazety Wyborczej"
doprowadzenie do koalicji PO – SLD stało się jednym z głównych celów. W ten
sposób pod sztandarami PO można by odnowić stare porozumienie postkomunistów i
Unii Wolności i jeszcze bardziej przeorientować polską scenę polityczną na lewo.

Jednak dla Donalda Tuska scenariusz ten jest trudny do przyjęcia przede
wszystkim ze względów propagandowych. Oficjalny sojusz z postkomunistami, którzy
skompromitowali się w różnorakich aferach (za plecami Napieralskiego kryją się
dziś Miller, Oleksy, Czarzasty itp.), byłby dla Platformy dużym obciążeniem
propagandowym. Lepiej korzystać z głosów lewicy w sytuacjach kryzysowych, a
formalnie pozostawać w koalicji z "niegroźnym" PSL. Aby to jednak było możliwe,
konieczne jest przejęcie głosów lewicowego elektoratu, podczas gdy głosy
prawicowe zdają się po prostu stracone. Trudno sobie wyobrazić, że w sytuacji
postępującej drożyzny, kompromitacji rządu w kwestii śledztwa smoleńskiego
byłoby możliwe uzyskanie przez PO mocnego poparcia elektoratu patriotycznego.
Realizowanie różnorakich pomysłów lewicowych (pacyfikacja IPN, ustawa o
przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, ustawa o parytetach na listach wyborczych)
ma na celu pokazanie, że PO w sposób skuteczny może wypełniać program lewicowy.
Podkupywanie posłów jest tylko ostatnim etapem walki o wyborców lewicowych.

Jak przypodobać się Nowej Lewicy?
Oczywiście powstaje pytanie o strategię otoczenia Napieralskiego. Wszystko
wskazuje na to, że SLD szykuje się do współrządzenia. Długie lata posuchy w tym
względzie mocno nadwerężyły siły postkomunistów. Aby jednak móc zmusić Platformę
do takiej koalicji, należało zyskać uznanie w lewackich kołach
zachodnioeuropejskich. Tutaj Napieralski musiał się zmierzyć z Januszem
Palikotem, pupilem mediów, zgłaszającym skrajnie lewackie pomysły legislacyjne,
który jako lewak bez obciążeń postkomunistycznych mógł być dla kręgów zachodnich
o wiele lepszym od Napieralskiego narzędziem do realizacji rewolucji kulturalnej
w Polsce. Zaczął się zatem wyścig, kto jest bardziej radykalnym lewicowcem.
Lansowanie pomysłu wprowadzenia legalizacji związków partnerskich zawęża z
jednej strony elektorat SLD. Wszak nie ma w Polsce wielu zwolenników takiego
rozwiązania. Tak samo jeśli idzie o projekt ustawy o penalizacji tzw. mowy
nienawiści, który to projekt w prosty sposób kojarzy się Polakom z PRL-owską
cenzurą. Dlaczego zatem SLD zgłasza takie projekty jeszcze przed wyborami?
Przede wszystkim po to, aby uzyskać poklask w kręgach zachodnioeuropejskiej
Nowej Lewicy, a nie w Polsce. Tajemnicą poliszynela jest to, że polska scena
polityczna jest sterowana z zewnątrz i że wpływ czynników zewnętrznych jest o
wiele większy niż zwykłych wyborców.

Napieralski wygrywa z Palikotem
W rywalizacji z Palikotem Napieralski okazał się lepszy, ponieważ potrafił
skupić na sobie sporą część dawnego elektoratu postkomunistycznego. W Polsce nie
ma dziś przyzwolenia na lewackie pomysły Palikota. Część dawnych członków PZPR
wciąż tęskni za PRL. Napieralski, wygrawszy wojnę z Palikotem, szermujący
hasłami Nowej Lewicy zachodnioeuropejskiej, niespodziewanie musi się dziś
zmierzyć z uderzeniem ze strony Platformy, które zostało skierowane w bardzo
czuły punkt, wszak możliwości transferowe SLD są o wiele skromniejsze niż
możliwości rządzącej PO. To Tusk ma we władaniu ogromną liczbę różnorakich
urzędów i beneficjów, którymi może kusić. SLD jest w opozycji. Jeśli Platformie
uda się osłabić SLD do poziomu 12-13 procent, siła postkomunistów w przyszłym
koalicyjnym rządzie nie będzie zbyt duża. Być może nawet Tusk zdecyduje się na
rząd mniejszościowy. Ale premier boi się oficjalnej koalicji z SLD z jeszcze
jednego powodu.

Widmo wariantu węgierskiego
Jeśli doszłoby do koalicji PO i SLD, jedyną opozycją w Sejmie byłoby Prawo i
Sprawiedliwość. Ewentualna siła protestów społecznych, która za kilkanaście
miesięcy może się wzmóc, uderzy z całą mocą w rządzący układ koalicyjny. Mógłby
się zacząć powoli realizować wariant węgierski, kiedy to prawica antysystemowa
na skutek masowych protestów społecznych przejęła władzę. W ten sposób bój o
władzę PO i SLD mógłby się okazać w perspektywie czasu "ich bojem ostatnim".
Zostawiając nieco na boku wariant najbardziej dramatyczny, nie ulega
wątpliwości, że w sytuacji kryzysu gospodarczego wszystkie partie będące w
koalicji rządowej stracą. PO w ten sposób redukowałaby sobie na przyszłość
ostatnią deskę ratunku – oficjalną koalicję z SLD. Dlatego wariant na SLD może
być trzymany przez Tuska na jeszcze gorsze niż obecne czasy. Ludzie
Napieralskiego zaś chcieliby tej władzy zasmakować już jesienią bieżącego roku.
Ich radykalizm w postaci żądań rewizji ustawy o ochronie życia, wprowadzenia
związków partnerskich ma przekonać kręgi unijne, aby te, w jakiś sposób, zmusiły
Platformę do jakże upragnionej koalicji PO – SLD – PSL.

 

Prof. Mieczysław Ryba
 


Autor jest kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX
wieku Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, wykładowcą w WSKSiM.

drukuj