Plan wyjścia z narożnika

Z dr. Cezarym Mechem, ekonomistą, wiceministrem finansów w rządzie
PiS, rozmawia Małgorzata Goss
.

Euro 2012 miało nam przynieść skok cywilizacyjny – nowe stadiony,
autostrady. Jednak im do nich bliżej, tym więcej jest wątpliwości co do tego,
czy to dobry interes, czy klapa.

– Milton Keynes mawiał, że w czasie dekoniunktury nawet kopanie dołów po to,
żeby je zaraz zasypać, może być korzystne, bo generuje popyt. Jednak w polskich
działaniach antykryzysowych sprawą kluczową powinna być budowa takiej
infrastruktury, która zaowocuje w przyszłości wzrostem potencjału, wiedzy i
dochodów, a nie stawianie pomników, które pochłoną pieniądze i będą generować
koszty. A tak będzie w przypadku stadionów: po mistrzostwach będziemy musieli
ponosić niemałe wydatki na ich utrzymanie, oświetlenie, monitorowanie.

Większość europejskich stolic ma przecież stadiony…
– Nasi sąsiedzi potrafią zadbać, aby te inwestycje miały sens ekonomiczny, czego
my nie potrafimy. Decydując się na jakiekolwiek inwestycje infrastrukturalne,
należy brać pod uwagę etap rozwoju kraju. Inwestycje w rozrywkę mają sens w
krajach wysoko rozwiniętych, gdzie ludzie dysponują nadwyżką w portfelach, a
rynek rozrywki jest duży. Inaczej należy rzecz oceniać w kraju, który nie ma ani
rynku, ani środków na rozrywkę, a mimo to buduje kosmiczną infrastrukturę.
Ponadto na budowę stadionów mogą sobie pozwolić kraje, które mają popularne
kluby piłkarskie, gdzie masowo rozprowadzane są karnety, a publiczność tłumnie
ściąga na mecze. Wtedy nakłady się zwracają. Tymczasem w Warszawie nie mamy
żadnego znaczącego klubu piłkarskiego, a wsparto budowę aż dwóch stadionów ze
środków publicznych (Legii i Narodowego). Nie zastanawiano się, jak je potem
utrzymać, nie mówiąc już o zwrocie kosztów, które notabene znacznie przekroczyły
pierwotne kosztorysy. Różnicę w podejściu do inwestycji publicznych między
naszymi władzami oraz decydentami innych krajów doskonale ilustruje budowa
Allianz Areny w Monachium. Arena jest jednym z najpiękniejszych stadionów na
świecie, a kosztowała tylko 340 mln euro, czyli o ponad 100 mln euro mniej niż
warszawski Stadion Narodowy. A i tak na koniec budowy wybuchła afera korupcyjna,
która skutkowała wyrokiem więzienia dla prezesa Karla-Heinza Wildmosera Juniora.
Dwa kluby, poza reprezentacją narodową, grywają na Allianz Arenie regularnie,
przy czym jeden z nich – Bayern Monachium – to klub na miarę europejską, a drugi
– TCV 1860 – jest klubem lokalnym. Projektując inwestycję, dokładnie dopasowano
liczbę miejsc do szacowanej liczby widzów. O stopniu niemieckiej oszczędności
świadczy fakt, że aby powiększyć o trzy tysiące liczbę miejsc na meczach ligi
krajowej, zastosowano specjalną konstrukcję, która pozwala zlikwidować siedzenia
na rogach i uzyskać w to miejsce dodatkowe miejsca stojące (przepisy ligi
krajowej pozwalają, aby część publiczności stała). Zdecydowano się nawet oddać
na 30 lat w dzierżawę nazwę stadionu niemieckiej firmie Allianz, byle tylko
Arena przynosiła maksimum dochodów. Na Ukrainie stadion w Doniecku kosztował 80
mln euro, w Charkowie – 50 mln euro, zaś w Warszawie – w sumie 1,9 mld zł (czyli
około 470 mln euro), przy czym koszt jednego skromnie wyposażonego miejsca
stawia ten stadion na trzeciej pozycji w Europie. Inne kraje, jak widać,
sensownie wydają publiczne pieniądze – planują, dwa razy oglądają każdy grosz,
szukają oszczędności, za każde marnotrawstwo wyciągają prawne konsekwencje. W
efekcie uzyskują najwyższą jakość po najniższych kosztach.

U nas wybrano model drogich publicznych eventów, przy których niektórzy
zarabiają, a państwo traci.

– Przede wszystkim powinniśmy budować infrastrukturę rozwoju, drogi, połączenia
i stadiony pod istniejące instytucje, a więc przedsiębiorstwa, uczelnie, kluby
sportowe, aby wspierać ich rozwój, generować wyższe dochody podatkowe i w ten
sposób uzyskiwać zwrot kosztów inwestycji publicznych. My tymczasem eliminujemy
własne instytucje, a budujemy infrastrukturę pod nic. Najpierw musimy wiedzieć,
dokąd chcemy dojechać, a wtedy możliwe, jak mówił Seneka, że przyjazne wiatry
nas tam doprowadzą. Jeśli tego nie wiemy, nie mamy strategii, wizji naszego
miejsca w Europie, to nawet najbardziej sprzyjające wiatry nie doprowadzą nas
nigdzie. Powinniśmy dbać o własne instytucje gospodarcze, nie sprzedawać ich
obcym koncernom, bo wkomponują się w światowy konglomerat i cała związana z nimi
wiedza, wartość dodana i wyższe płace wyemigrują za właścicielem do centrali,
nie mówiąc już o tym, że wraz z nimi sprzedajemy rynek. Powinniśmy także dbać o
inwestycje w wiedzę i o to, aby przynosiły wartość dodaną. My tymczasem
wypychamy naszych wykształconych pracowników za granicę, marnotrawiąc poniesione
nakłady naukowe. Wzrost poziomu dochodów w ostatnim 20-leciu zawdzięczamy temu,
że oszczędzamy na dzieciach, że wyprzedaliśmy majątek i zaciągnęliśmy długi. Ale
dalej ani rusz. Przy obecnej strategii utknęliśmy w narożniku średnich dochodów
w świecie. Nie wykorzystaliśmy nawet tej szansy, jaką stanowią niskie
wynagrodzenia pracowników w Polsce. Od lat eliminujemy tę przewagę, podbijając
wartość złotego i zadłużając się za granicą. Chiny znajdują się w tym samym
"narożniku średnich dochodów", ale one prowadzą całkiem inną politykę. Niskie
wynagrodzenia przełożyły na wysokie zyski chińskich przedsiębiorstw (m.in.
dzięki niskiemu kursowi waluty), które następnie reinwestowały w dalszy rozwój
coraz bardziej zaawansowanej produkcji. Są dziś w sytuacji podobnej do naszej. U
nich także nastąpił wzrost wynagrodzenia do średniego poziomu, ale dysponują
jednocześnie olbrzymimi rezerwami walutowymi i opcją w postaci olbrzymich
sfinalizowanych inwestycji infrastrukturalnych, podczas gdy nam po tych latach
zostały długi i emigrujący obywatele. Dla ponad 320 tys. Chińczyków, którzy
wyjeżdżają co roku, by studiować na czołowych uniwersytetach na świecie,
placówki zagraniczne są tzw. drugim wyborem, ponieważ mają na miejscu znakomite
chińskie uczelnie. Byłem świadkiem, jak w latach 90. dwie renomowane światowe
szkoły biznesu – IESE i Harvard – proponowały utworzenie w Polsce takiej
uczelni. U nas nie było zainteresowania ofertą, ale w Chinach tak. W ciągu
zaledwie 15 lat od powołania w Chinach wyższej szkoły biznesu pod auspicjami
IESE – nowa uczelnia znalazła się w pierwszej dziesiątce najlepszych uczelni na
świecie. A to my mogliśmy mieć ją w Polsce.

Upadła strategia gospodarcza Unii Europejskiej, oparta na założeniu, że
Chiny zostaną rynkiem taniej, niezaawansowanej produkcji, podczas gdy Zachód
będzie odcinał tantiemy od wiedzy i wysokich technologii. Europa oddała
Chińczykom szycie koszulek i wyplatanie koszy, a za chwilę zostanie wypchnięta
także z produkcji zaawansowanej technologicznie. Europejczycy będą wkrótce pleść
koszyki na eksport do Chin?

– Chiny za chwilę przestaną przepłacać za wysoko zaawansowane produkty
zachodnie, bo wypracują własne technologie. Proszę zwrócić uwagę, że Europa i
Ameryka żyją w permanentnym kryzysie, podczas gdy chińska gospodarka nieustannie
się rozwija, wzrosła już o 40 proc. od jego początku. To będzie miało ten efekt,
że Chińczycy będą coraz więcej zarabiali, podczas gdy Zachód będzie musiał
redukować swoje dochody.

Zachód próbował przyhamować rozwój Chin przy pomocy narzucenia im
limitów emisji CO2.

– Nie udało się Chinom założyć kagańca pod hasłami CO2. Co więcej, w nowych,
drogich technologiach energetycznych, wiatrakach, paletach słonecznych Chińczycy
już przeganiają świat. Energetyka odnawialna, wypromowana w wyniku walki z
ociepleniem klimatu, dotąd była lokomotywą gospodarki Niemiec, ale za chwilę
może stać się motorem gospodarki chińskiej. To kwestia umiejętności
wykorzystania szans. Sprawa CO2 zamknęła Polsce drogę do pozyskiwania taniej
energii z własnych bogatych zasobów węgla kamiennego i brunatnego. Tę decyzję,
nieracjonalną z punktu widzenia polskiej gospodarki, nasi sąsiedzi wymusili na
nas "dzięki" zapisom traktatu lizbońskiego likwidującym naszą pozycję
polityczną, na co sami się zgodziliśmy. Surowcem, który uznano za czysty pod
względem CO2, pozostał natomiast gaz ziemny, który importujemy z Rosji, słono
przepłacając i narażając się na szantaż gazowy. Jako alternatywę podsunięto nam
"czystą" energetykę jądrową oraz wiatraki i solary, które w niemieckim modelu
biznesowym zmuszają do 10-krotnego przepłacania za energię. I w tej rozpaczliwej
sytuacji okazało się nagle, że my posiadamy własny gaz ziemny w pokładach
łupków. Słowem – pojawiła się unikalna szansa, którą należy wykorzystać. Zamiast
budować stadiony czy inne areny cyrkowe, powinniśmy wybrać opcję strategiczną,
jaką jest gaz łupkowy. Należy natychmiast przenieść środki z energetyki
jądrowej, która jest dla nas droga, niebezpieczna i nieopłacalna, na technologię
wydobycia gazu z łupków. Nie mamy ani własnej technologii jądrowej, ani źródeł
paliwa, ani miejsc do składowania odpadów radioaktywnych, a w razie konfliktu
elektrownia jądrowa jest jak siedzenie na bombie atomowej. W ogóle nie
powinniśmy się w to angażować, natomiast powinniśmy zbadać zasoby, które
posiadamy w kraju. Zwłaszcza że obecność złóż gazowych graniczy z pewnością, bo
w Polsce leżą trzy różne struktury geologiczne, które się uzupełniają. Jeśli nie
będzie gazu w jednej, będzie w innej. Prawdopodobieństwo, że go w ogóle nie ma,
jest minimalne. Fitch podał, że Polska ma największe w Europie zasoby
hipotetyczne, na równi z Francją. Potwierdził to w zeszłym tygodniu "Financial
Times", który w artykule na pierwszej stronie poinformował, że nie tylko Polska,
ale nawet będąca na czwartym miejscu pod względem zasobów Ukraina również może
uniezależnić się od rosyjskiego szantażu.

Jak wydobycie gazu łupkowego w Polsce odbije się na europejskiej
energetyce?

– Jesteśmy w przededniu prawdziwej rewolucji w systemie energetycznym, a
potwierdzają to ostatnie informacje, które wyciekły przy okazji oskarżenia
Aubreya McClendona, twórcy tej rewolucji. W USA dokonuje się ponad 100 odwiertów
kwartalnie, a my się ślimaczymy, mamy dopiero dwa. Ale ta rewolucja już się
toczy, co widać w cenach gazu. Otóż już teraz – dzięki pozyskanym węglowodorom
występującym w łupkach – ceny gazu w Stanach Zjednoczonych są anormalnie niskie.
Tysiąc metrów sześciennych gazu kosztuje w USA 60 euro, podczas gdy Niemcy płacą
Rosji i importerom za analogiczną ilość gazu aż 320 euro. Ponad pięć razy drożej
niż Amerykanie! A przecież Niemcy mają znacznie korzystniejszą umowę z Rosją niż
Polska, która przepłaca za gaz ponad 500 dolarów, kupując go najdrożej w
Europie.

Dlaczego Niemcy i inne kraje nie sprowadzą sobie skroplonego gazu z
Ameryki?

– Ano właśnie! Każdy kraj kieruje się własnym interesem. W tym wypadku Ameryka
nie pozwala sprzedawać gazu za granicę. Uznała, że w sytuacji kryzysu jedną z
dróg wyjścia jest tania energia dająca produktom amerykańskim przewagę
konkurencyjną na rynkach. Oczywiście decyzją administracyjną nie zatrzyma się
rewolucji energetycznej na granicy Ameryki. Inne kontynenty też posiadają łupki.
Jeśli gaz łupkowy jest tańszy i bardziej opłacalny niż inne surowce
energetyczne, to nie da się go zablokować administracyjnie. My musimy
wykorzystać tę szansę i tę przewagę, jaką przyniesie Polsce. Ten przewrót w
energetyce spowoduje, że gaz niepochodzący z łupków też będzie musiał stanieć, a
jego eksporterzy będą musieli wielokrotnie obniżyć cenę. Powstaną dla nas
możliwości eksportowe, co wymaga posiadania gazoportów. Koszt skroplenia jest
minimalny, poniżej 10 proc. ceny płaconej za gaz przez Niemcy (do 20 euro za
1000 m sześc.), a zatem nawet gdyby się okazało, że w Polsce nie ma gazu, to
powstanie możliwość sprowadzenia go drogą morską. Aż dziw, że na szantaż
rosyjski już teraz nie odpowiadamy dywersyfikacją dostaw. To zerwie nasze
przywiązanie do jednego tylko dostawcy, który bezwzględnie dyktuje nam cenę
powyżej rynkowej. Niemniej w toku tych przemian nie wolno ani na chwilę tracić z
pola widzenia własnych interesów. Musimy mieć świadomość, że właśnie teraz wiele
grup biznesu dysponujących technologiami związanymi z redukcją CO2 podejmie
intensywne działania, żeby zatrzymać polski rynek zbytu dla swoich produktów.
Będą oddziaływały legislacyjnie na Europę, na świat, na nasze społeczeństwo,
abyśmy jak najszybciej zakontraktowali wieloletni odbiór ich urządzeń z zakresu
technologii jądrowej, energetyki wiatrowej czy solarnej. Będą gremialnie
zabiegali o przedłużenie kontraktów. Nie dajmy się nabrać. Nie możemy dopuścić
do sytuacji jak ta ze stadionami, że zafundowaliśmy sobie za gigantyczne
pieniądze konstrukcję, która stanie się dla nas kosztem i zablokuje nam rozwój.
Możemy zdobyć przewagę konkurencyjną zarówno nad Rosją, jak i przeinwestowanymi
w technologie CO2 Niemcami.

W tej walce nie przebiera się w środkach, nie wyłączając korumpowania
decydentów, urzędników, a nawet naukowców. Jak się przed tym bronić?

– Powinniśmy korzystać z doświadczeń historii. Rozbiory były efektem słabości
państwa w tamtym czasie. Znane są dzisiaj listy ambasadorów Prus i Rosji do
króla niemieckiego i do Petersburga. Wynika z nich, że państwa ościenne
pilnowały w owym czasie, aby w Polsce nie budowano manufaktur, nie rozwijano
infrastruktury, popierały przyznanie uprawnień innowiercom, widząc w nich swoich
potencjalnych stronników, uzgadniały między sobą interesy związane z Polską. Tak
było zawsze, nic się pod tym względem nie zmieniło. Zachowała się nawet lista
płac dostojników polskich, którzy brali pieniądze z Niemiec i Rosji. Sam
marszałek Sejmu Poniński jest na tej liście, nie mówiąc o niższych w hierarchii
sprzedawczykach. Lata utraty niepodległości czegoś nas jednak nauczyły, bo po
jej odzyskaniu, w dwudziestoleciu międzywojennym, potrafiliśmy prowadzić i
wygrać wojnę celną z Niemcami. Doradcy rządu niemieckiego meldowali swoim
mocodawcom, że Polacy nie dadzą sobie "wciskać kitu", dążą do modelu suwerennego
rozwoju i nie zrezygnują z własnej produkcji na rzecz importu z Niemiec.
Historia jest najlepszą lekcją teraźniejszości, ale i ostrzeżeniem przed
powtórką.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj