Plan totalnej wyprzedaży

Banki, kopalnie, nieruchomości, sanatoria, a nawet udziały w firmach
znajdujących się na… liście spółek strategicznych dla państwa, będących
perłami polskiej gospodarki, jak Grupa Lotos, PGE czy Tauron – wszystko na
sprzedaż. Oczywiście, najlepiej jak najszybciej i za jak najwyższą cenę. Komu –
mniejsza o to. Cel jest jasny – wyciśnięcie 15 mld zł jeszcze w bieżącym roku.

Ministerstwo Skarbu Państwa chce spieniężyć udziały w prawie 340 firmach z
większościowym lub całkowitym udziałem państwa. – To nie jest plan prywatyzacji,
tylko wyprzedaży majątku! Wszystko na łatanie dziury budżetowej, powstałej
przede wszystkim dlatego, że rząd zatrudnił kilkadziesiąt tysięcy nowych
urzędników bardzo dobrze opłacanych – mówi wprost poseł PiS Andrzej Jaworski,
członek sejmowej Komisji Skarbu Państwa.

Strategiczna jest tylko cena
Pod młotek mają pójść m.in. akcje Lotosu, Polskiej Grupy Energetycznej i Tauronu,
choć znajdują się na liście spółek strategicznych dla państwa. Sprzedaż tych
firm jest sprzeczna z oficjalnymi dokumentami rządu, z "Planem prywatyzacji na
lata 2008-2011", który zawiera zapis, że "nie jest planowana dalsza prywatyzacja
PKN Orlen SA oraz Grupy Lotos SA". Nagle jednak okazało się, że potrzeba
zapełnienia dziury budżetowej jest ważniejsza nawet od bezpieczeństwa państwa.
Czemu tak istotne jest utrzymanie Lotosu w rękach Skarbu Państwa? – Kontrola tej
firmy oraz PERN Przyjaźń i OLPP [Operator Logistyczny Paliw Płynnych – red.]
gwarantuje, że w Polsce, ale także w Europie Środkowej, zostanie utrzymany
konkurencyjny rynek paliw, a Polacy nie będą na stacjach benzynowych przepłacać
tak jak obecnie za gaz ziemny – mówi Przemysław Wipler, prezes Fundacji
Republikańskiej, były szef Zespołu ds. Dywersyfikacji Dostaw Nośników Energii w
Ministerstwie Gospodarki w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Zachowanie przez
państwo kontroli nad Lotosem uznawane jest za najważniejsze zabezpieczenie przed
wrogim przejęciem Polskiego Koncernu Naftowego Orlen.
Prezes Fundacji Republikańskiej zwraca uwagę, że sprzedaż Lotosu byłaby tym
bardziej groźna, że władze Orlenu rozważają sprzedaż rafinerii w Możejkach na
Litwie. Jej kupnem, podobnie jak nabyciem Lotosu, zainteresowane są rosyjskie
firmy naftowe. Wiele wskazuje na to, że obecne władze popierają takie plany. –
To znamienne, że na kolację, którą dla prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa
[podczas jego ostatniej wizyty w Polsce – red.] wydał prezydent Bronisław
Komorowski, zaproszono także prezesa Lotosu. Widać, że odbyło się to na życzenie
gości rosyjskich – zwraca uwagę Andrzej Jaworski.
Przejęcie kontroli przez Rosjan nad Lotosem i rafinerią w Możejkach, a w
perspektywie nad całym rynkiem naszego regionu, sprowadziłoby nasze
bezpieczeństwo energetyczne niemal do poziomu Białorusi (Gazprom kontroluje 50
proc. akcji Biełtransgazu, białoruskiego monopolisty gazowego). W dodatku
ostatecznie tę "prywatyzację" i tak sfinansowaliby… głównie Polacy. – Efektem
tych działań będzie to, że benzyna na stacjach będzie kosztowała nie 5, ale
nawet ok. 6 zł, i to przez wiele lat! – ostrzega Przemysław Wipler. Najwyższa
Izba Kontroli powinna sprawdzić, czy minister Skarbu Państwa nie działa wbrew
przepisom i na szkodę polskich obywateli, zgadzając się na sprzedaż akcji
Lotosu.

MSP nas sprzeda?
Na liście do sprzedaży są też firmy ważne dla szerzej rozumianego bezpieczeństwa
kraju. Chodzi zwłaszcza o firmy elektroenergetyczne, takie jak: PGE, Tauron,
Enea i Energa. Mimo sprzeciwu Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów rząd
forsuje pomysł przejęcia przez PGE Energi, ale po pierwsze, nie jest jasne, czy
ta transakcja dojdzie do skutku, a po drugie, Skarb Państwa chce sprzedać
również część akcji samej PGE.
Jednak już sama Enea może zostać w całości przejęta przez francuską państwową
firmę EdF, której MSP przyznało wyłączność na negocjacje. Eksperci wskazują, że
sprzedaż Enei jest nieuzasadniona ekonomicznie. – Energetyka nie poddaje się
mechanizmom konkurencyjnym i dlatego jej sprzedaż powoduje wzrost cen, czego
przykładem są Wielka Brytania i Węgry – ostrzega Paweł Szałamacha prezes
Instytutu Sobieskiego, były wiceminister skarbu w rządzie PiS.
W Europie trzy czwarte krajów utrzymuje kontrolę nad firmami energetycznymi,
czego przykładem są takie firmy, jak niemiecki RWE, szwedzki Vattenfall oraz
francuskie EdF czy GdF, które… przejmują albo zamierzają przejąć udziały w
polskich firmach energetycznych. Paweł Szałamacha od dawna zwraca uwagę, że
zamiast prywatyzować, państwu opłaca się stymulować rozwój firm energetycznych.
Wskazuje, że np. rozpoczęty w okresie rządów PiS, w latach 2006-2007, Program
Kompleksowego Rozwoju Technologicznego (obecnie nazywa się 10+) Lotosu pozwala
na zwiększenie zarówno konkurencyjności firmy, jej wydajności, jak i przychodów
ze sprzedaży, a co za tym idzie – także wpływów z tytułu podatków do budżetu
państwa i samorządów. – Sprzedaż tej firmy co do zasady, a tym bardziej w
obecnym momencie, to niekompetentne reprezentowanie interesów Skarbu Państwa –
podsumowuje były wiceminister skarbu.
Wszystko to dzieje się na krótko przed uwolnieniem cen energii elektrycznej dla
gospodarstw domowych. – Sprzedawanie firm energetycznych w takim momencie jest
działaniem na niekorzyść sprzedającego, czyli Skarbu Państwa – mówi wprost
Przemysław Wipler. Oddawanie firm, które w praktyce mają pozycję monopolisty,
przed uwolnieniem cen energii oznacza rezygnację z pewnych i dużych zysków. Taki
rodzaj prywatyzacji to w praktyce sprzedaż nie wyeksploatowanej infrastruktury
tych firm, ale rynku, możliwości "wydojenia" większych pieniędzy od klientów.
Wiadomo, że wzrost cen energii przełoży się również na podniesienie cen towarów
i usług, ponieważ jest kosztem ich produkcji. To zaś może dodatkowo pogorszyć
konkurencyjność naszego eksportu.
Przykład funkcjonowania "sprywatyzowanej" Telekomunikacji Polskiej pokazuje
dobitnie, że inwestorom kupującym monopolistów zależy na szybkim i maksymalnym
realizowaniu zysków, a nie modernizacji infrastruktury. Trudno spodziewać się,
by było inaczej w przypadku infrastruktury elektroenergetycznej, która wymaga w
Polsce całkowitej przebudowy, a w wielu miejscach budowy od podstaw, tym
bardziej że takie inwestycje są niezwykle kosztowne.

Przyczółki w sektorze finansowym niepotrzebne?
MSP może również stracić resztki wpływów w sektorze finansowym w Polsce –
zagraniczny sektor bankowy opanował w Polsce już ponad 86 proc. aktywów
bankowych – poprzez sprzedaż kolejnych pakietów akcji Grupy PZU, PKO BP SA oraz
banku BGŻ. To właśnie tam resort ministra Aleksandra Grada chce pozyskać
najwięcej pieniędzy. Mimo to MSP liczy, że utrzyma wpływ na dwie pierwsze
instytucje poprzez zachowanie władztwa korporacyjnego. Według nieoficjalnych
informacji Skarb Państwa chce zachować pakiet 25 akcji obu firm, a resztę
sprzedać na giełdzie. Władze liczą, że w ten sposób, dysponując największym – w
porównaniu z innymi udziałowcami – pakietem akcji – zachowają kontrolę nad
spółkami, a jednocześnie zasilą budżet pieniędzmi ze sprzedaży akcji.
Eksperci sceptycznie oceniają te pomysły. – Pozostawienie 25 akcji firmy nie
daje gwarancji zachowania wpływu Skarbu Państwa na działalność banku ani
jakiejkolwiek innej instytucji – zauważa prof. Andrzej Kaźmierczak, członek Rady
Polityki Pieniężnej, ekspert w dziedzinie ekonomii i bankowości oraz wykładowca
w Szkole Głównej Handlowej. Poza tym podejście rządu jest naiwne, bo akcje obu
firm obracane na giełdzie mogą kiedyś zostać skupione przez jeden podmiot.
Ważne są także skutki finansowe forsowanej prywatyzacji, które pokazują, jak
krótkowzroczne jest spojrzenie obecnego rządu. Bowiem właśnie spółki SP są
sporym źródłem dochodów państwa. Nawet w tym roku MSP planuje pozyskać z tytułu
dywidend z tych form 3,3 mld złotych. Tymczasem z tzw. prywatyzacji chce uzyskać
15 mld złotych. – W ten sposób rząd podcina gałąź, na której siedzi – podkreśla
prof. Kaźmierczak.

Zarządy nie dla pracowników
Prywatyzacja przez giełdę to najprawdopodobniej również przykład rządowej
strategii unikania zarzutu o totalną wyprzedaż resztek majątku narodowego, bo
akcje państwowych firm mogą nabyć wszyscy. Tyle że nie oznacza to, iż Polacy,
którzy zdecydowaliby się nabyć akcje spółek, będą mieli wpływ na podejmowane w
nich decyzje oraz na ich wartość. – To takie "dawanie łapówki" obywatelom na
pocieszenie, dokonywane od czasu do czasu przez władze przy okazji prywatyzacji
niektórych przedsiębiorstw, aby także Polacy ucieszyli się, że mogli trochę na
tym zarobić – kwituje krótko Przemysław Wipler.
MSP w trakcie procesu tzw. prywatyzacji niechętnie traktuje też inne inicjatywy
zwykłych obywateli, którzy chcieliby sami stać się właścicielami prywatyzowanych
spółek. W ten sposób odrzuciło ofertę spółki pracowniczej Chemia Puławy kupna
50,67 proc. akcji Zakładów Azotowych Puławy. Z kolei ta firma złożyła ofertę na
zakup akcji innej dużej polskiej firmy – Zakładów Chemicznych Police. Jednak MSP
uznało, że wszystkie złożone oferty na zakup tych podmiotów były niekorzystne.
Prywatyzacja pracownicza nie jest jakimś ewenementem w Polsce. Jak wynika z
danych Najwyższej Izby Kontroli, w latach 2000-2007 prywatyzacja zakończyła się
sprzedaniem 185 przedsiębiorstw spółkom pracowniczym.
Pracownicy, a zwłaszcza NSZZ "Solidarność", mają też zastrzeżenia co do części
zapisów rządowego projektu ustawy o zasadach wykonywania niektórych uprawnień
Skarbu Państwa. Rząd planuje bowiem pozbawić pracowników możliwości zasiadania w
radach nadzorczych lub zarządach dużych firm i wpływu na podejmowane w swoich
przedsiębiorstwach decyzje. – A przecież to jest norma w wielu krajach
europejskich – przypomina poseł Andrzej Jaworski. To pokazuje, że rząd realizuje
plan prywatyzacji na warunkach dyktowanych przez wielki kapitał.

Zostanie zbrojeniówka?
W tym roku MSP chce też zakończyć sprzedaż resztek spółek i udziałów w firmach
sektora zbrojeniowego, w tym Huty Stalowa Wola. Jej cywilna część ma zostać
sprzedana chińskiej firmie z branży maszynowej Guangxi LiuGong Machinery. Według
nieoficjalnych informacji część wojskową HSW rząd chce połączyć z państwową
Grupą Bumar, konsolidując w ten sposób sektor zbrojeniowy. Grupa prawdopodobnie
przejmie także mniejsze, należące do SP spółki tej branży.
Przekazywanie akcji części firm innym skomercjalizowanym spółkom SP, które chcą
rozwijać działalność w tej samej branży, to jeden ze sposobów, który pomógłby
zachować w polskich rękach choć resztki naszego majątku. Jednak Skarb Państwa
rzadko korzysta z takich rozwiązań. Większość firm jest sprzedawana inwestorom
tzw. branżowym, a część ma być sprywatyzowana przez giełdę.
MSP chce też dokończyć sprzedaż firm sektora komunikacyjnego (głównie PKS-y)
oraz przetwórstwa rolno-spożywczego, sanatoriów i firm budownictwa drogowego.
Skutkiem prywatyzacji będzie likwidacja holdingów: Nafty Polskiej SA, Holdingu
Farmaceutycznego SA, Chemii Polskiej sp. z o.o. (46,38 proc. akcji SP) i
Międzynarodowej Korporacji Gwarancyjnej sp. z o.o. (33,21 proc. akcji SP).
Spółki wchodzące w ich skład zostały już sprzedane bądź przejęte przez większe
firmy.

Nie Irlandia, ale Grecja
Strategia prywatyzacyjna rządu pokazuje, że nie dość, że nie spełnił on swoich
zapowiedzi utrzymania kontroli państwa nad sektorem elektroenergetycznym i
paliwowym, to jeszcze prowadzi kraj prostą drogą do katastrofy gospodarczej. W
efekcie zamiast być zieloną wyspą na europejskiej mapie kryzysu (obiecana
Polakom Irlandia ma już podobne problemy), zmierzamy do sytuacji Grecji i
Węgier.
– Obecnie, w dobie światowego kryzysu, nikt nie dokonuje prywatyzacji, mówi się
raczej o nacjonalizacji. W Grecji naciski w tej sprawie odbierane są wręcz jak
szantaż i próba przejęcia majątku tego kraju za jego długi, które zresztą są
oceniane jako zastawiona na nich pułapka – wskazuje prof. Artur Śliwiński,
pracownik naukowy Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych im. Jana
Pawła II w Zielonej Górze.
Na podobieństwa sytuacji Polski do Węgier zwraca z kolei uwagę Przemysław
Wipler. Blisko 10-letnie rządy socjalistów i liberałów przywiodły ten kraj na
skraj bankructwa. Socjaliści sprzedali energetykę, co doprowadziło do wzrostu
cen energii i przyczyniło się do kryzysu. Dopiero gdy Węgrzy odczuli to na
własnej skórze, masowo poparli prawicową partię Fidesz i program reform jej
szefa Viktora Orbana. Czy Polacy też będą czekać, aż obecny rząd doprowadzi nasz
kraj do stanu Węgier i Grecji?

 

Mariusz Bober

drukuj