PiS przed szansą

Dobrze, że ich wyrzucili – znaczna część konserwatywnego elektoratu
odetchnęła z ulgą po odejściu z Prawa i Sprawiedliwości kilku rozczarowanych
polityków. Trudno jednak o entuzjazm. Wydarzenia ostatnich tygodni mogą być
impulsem do pozytywnej zmiany oblicza PiS, ale nie ma wcale pewności, że tak się
stanie.

Nie mam zamiaru dołączać do zastępów bijących w partię Jarosława Kaczyńskiego
jak w bęben. Należy uwzględnić wyjątkowość sytuacji PiS jako głównej partii
opozycyjnej, bardzo mocno doświadczonej w ostatnim czasie utratą wielu czołowych
polityków. To cios dla idei państwa, którą reprezentuje PiS – wolnej, suwerennej
i prawej Rzeczypospolitej. Trudno winić PiS za ofensywny styl w sporze
politycznym, gdyż często sposób przedstawiania racji wynika z dramatyzmu naszej
sytuacji geopolitycznej i prowokacji przeciwnika. Z drugiej strony kierownictwo
partii powinno dołożyć starań, aby nie sprawiać wrażenia sfrustrowanej i
kłótliwej koterii, która zajmuje się sama sobą. PiS ewidentnie ma problemy z
autoprezentacją, podobnie jak z wewnętrznym zarządzaniem, co jest niestety
charakterystyczne dla prawej strony sceny politycznej w ogóle. Czy odejście
grupy rozłamowców zmieni PiS? Można mieć uzasadnione wątpliwości. Pamiętamy
wszyscy odejście z PiS Marka Jurka wraz z grupą popierających go polityków,
które rzeczywiście było spowodowane względami ideowymi. Czy tak było i tym
razem? Nikt nie ograniczał Joanny Kluzik-Rostkowskiej w jej wypowiedziach na
temat in vitro, aborcji, feministycznej wizji polityki rodzinnej etc. Szkoda, że
to nie ideowe spory stały się bezpośrednią przyczyną konfliktu w PiS. Znaczna
część działaczy i kierownictwa podziela liberalne nastawienie
Kluzik-Rostkowskiej w wielu kwestiach. Co więcej, obecni secesjoniści
wielokrotnie pełnili w partii rolę dominującą i wpływali na jej programowe
oblicze – wystarczy wspomnieć ministerialny rozdział w karierze
Kluzik-Rostkowskiej w tak newralgicznym obszarze, jakim jest rodzina. Politycy o
klarownych prawicowych poglądach nigdy nie mieli takiego wpływu na programowy
kształt ugrupowania. Trudno nie stwierdzić, że PiS wykorzystuje polityczną
próżnię po prawej stronie sceny politycznej (do której powstania walnie się
przyczyniło) i przedstawia się jako jedyna siła prawicowa. Co właściwie chce
osiągnąć ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego? Czy obecne przesilenie będzie miało
także merytoryczny, a nie tylko personalny charakter? Oby. Zwartość kadrowa,
którą osiąga prezes po odejściu krnąbrnych secesjonistów, jest niewątpliwie
zaletą, którą wyborcy docenią. Z drugiej strony rodzi się pytanie, czemu będzie
ona służyć, jeżeli partia nie stworzy przekonującej oferty programowej. Pisanie
o programie w przypadku PiS wielu przyjmuje z uśmiechem politowania, gdyż liczne
wolty prezesa każą rozpatrywać kolejne wiraże tej partii jedynie w kategoriach
pragmatyki władzy. Tylko że nie należałoby tego czynić pod sztandarem prawicy. A
konserwatywny elektorat czeka na konkrety. W imię przyciągnięcia mitycznych
centrowych wyborców namawia się nas, by zarzucić podnoszenie kwestii polityki
prorodzinnej z prawdziwego zdarzenia, obrony życia od poczęcia do naturalnej
śmierci, szacunku dla wartości chrześcijańskich w sferze publicznej. Tyle że to
prosta droga do tego, byśmy za chwilę obudzili się w drugiej Hiszpanii. Polacy
chcą innego państwa, w którym będą u siebie. Gdzie matki wychowujące w domu
dzieci nie będą traktowane przez system ubezpieczeń społecznych jak powietrze;
gdzie szkoła będzie kształcić i wychowywać, a nie demoralizować; organa państwa
będą służyć obywatelom, a nie oligarchom; nasi przedstawiciele będą jasno
stawiać polskie interesy w relacjach z zagranicznymi partnerami. Czy partia
konsekwentnie podnosząca konserwatywne credo jest w stanie wygrywać wybory?
Cywilizacyjne zmiany, jakich doświadczamy, wbrew pozorom zaczynają sprzyjać
tradycyjnym wartościom. Kryzys aksjologiczny, upadek edukacji, poczucie
społecznej atomizacji sprawiają, że wiele osób zwraca się ku tradycyjnym
wspólnotom i normom, które przywracają poczucie sensu. Coraz głośniej słychać
opinie płynące z różnych środowisk o rodzinie jako głównym kapitale społecznym w
modernizującym się społeczeństwie. Wołaniem na puszczy można określić podnoszone
przez coraz liczniejszych ekspertów argumenty demograficzne, które w alarmującym
tonie wskazują na pilną potrzebę wprowadzenia polityki prorodzinnej. Wymieramy,
ale za to róbmy to w dobrych nastrojach – zdaje się apelować Donald Tusk w
kompromitujących mowach o "Polakach żyjących tu i teraz". Takie tezy będące
wynikiem całkowitej pustki programowej PO to pole do kontrpropozycji partii
opozycyjnej. Dość powszechne poparcie dla wprowadzenia "bykowego" pokazuje
panujące poczucie społecznej niesprawiedliwości w traktowaniu przez państwo
rodziców, którzy podejmują trud wychowywania nowych pokoleń. Sam koherentny
program wsparcia rodziny przełożyłby się na skok w słupkach poparcia PiS. Ale do
tego potrzeba innych koncepcji kierownictwa partii niż te, które kazały niemal w
całości głosować PiS przeciwko podatkowej uldze prorodzinnej w wysokości 1 tys.
złotych. W czasie ciężkiej dziejowej próby, w jakim znalazła się Polska,
potrzebujemy polityków-wizjonerów, którzy potrafią pociągnąć za sobą Naród.
Wielkim niebezpieczeństwem jest przyjęcie pokusy myślenia na zasadzie "im
gorzej, tym lepiej" i czekania na ewentualny gospodarczy krach, który stanie się
trampoliną do władzy. Jest on wprawdzie możliwy, ale wcale nie musi nastąpić, a
jego ewentualne skutki są jedną wielką niewiadomą. Zresztą dojrzała wizja
perspektyw rozwoju państwa nie może być budowana na negacji – musi być twórcza i
ambitna. Jarosław Kaczyński powinien zrozumieć, że to idee rządzą światem, a nie
kadry.
 

Beata Falkowska

drukuj