Pierwsze starcie
Nie można wykluczyć, że polska scena parlamentarna nie będzie w
przyszłości zredukowana do czterech ugrupowań. Część elektoratu, zmęczona
monotonną walką wyborczą, może uciec w kierunku alternatywnych stronnictw, które
również wystartują w tych wyborach.
Prezydent Bronisław Komorowski, ogłaszając wybory na 9 października, wpisał się
jakby w kontekst planów kampanii Platformy Obywatelskiej. Chodziło o to, aby
wybory odbyły się możliwie najszybciej po wakacjach. Dla PO bowiem czas działa
na niekorzyść. Kryzys finansowy na świecie, problemy budżetowe w Polsce – to
prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem. Chodzi również o to, aby wykorzystać
propagandowy efekt polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. W sensie realnym
przewodnictwo w UE nie ma większego znaczenia, ale w sensie propagandowym dla
Platformy pokazanie się na salonach Europy ma silną wymowę wizerunkową. Ważny
jest też wyścig z czasem w kwestii konfliktów społecznych, które piętrzą się w
ostatnim czasie. W okresie kampanii wyborczej spory te nie zdążą nabrać rozpędu,
gdyż będzie je dzielił niewielki odstęp czasu od mijających wakacji.
Koalicja trwa
Korzystny termin wyborów dla PO łączy się z krótką kampanią wyborczą, a więc
trudno oczekiwać, aby preferencje elektoratu uległy zasadniczej zmianie. Liderzy
PO zdają sobie jednak sprawę, że nie będą w stanie rządzić samodzielnie. Szczyt
poparcia dla tej partii już minął, teraz pojawia się problem, z kim zawrzeć
koalicję. Najbardziej optymalnym koalicjantem jest Polskie Stronnictwo Ludowe.
Doświadczenia ostatnich czterech lat pokazują, że Platforma mogła w tym układzie
zrealizować wszystkie swoje główne cele polityczne, kupując ludowców różnymi
intratnymi (choć drugorzędnymi w sensie wpływu) stanowiskami rządowymi. Dzięki
ludowcom PO rządzi nie tylko na niwie państwowej, ale i samorządowej (sejmiki
wojewódzkie). Skala władzy, jaką ma PO, przypomina monopol. Ponad rok temu
Platforma planowała przejąć elektorat wiejski, organizowała na wsi różnorakie
spotkania, wiece itp., a wszystko po to, by zlikwidować wpływy PSL i doprowadzić
do budowy systemu dwupartyjnego w Polsce. Dziś Donald Tusk, popierając m.in.
lansowaną przez Waldemara Pawlaka ustawę antyspreadową, dał wyraz temu, że chce
"odpuścić" prezesowi PSL i zapewnić mu minimalny sukces wyborczy.
Gra o SLD
Głównym konkurentem (w sensie taktycznym) dla Donalda Tuska nie jest PiS, ale
SLD. Tusk nie chce koalicji z SLD, bojąc się kompromitacji w szerokim
elektoracie, w kontekście nieuchronnych oskarżeń, że jest twórcą układów z
postkomunistami. Woli zatem przejmować pojedynczych działaczy lewicy i podkradać
jej kluczowe hasła programowe (kwestia związków homoseksualnych itp.). Wprawdzie
w niektórych okręgach doszło do porozumienia z postkomunistami, szczególnie w
wyborach do Senatu – tak aby umożliwić lewicy zwycięstwo (PO celowo nie
wystawiała w niektórych okręgach swoich kandydatów), to jednak na niwie sejmowej
dochodzi do bardzo ostrej walki. Coraz słyszymy o podkupywaniu działaczy lewicy,
spośród których Bartosz Arłukowicz jest najbardziej wyrazistym przykładem.
Jolanta Kwaśniewska poparła w wyborach do Senatu kandydatkę PO Alicję Chybicką,
co odbiło się szerokim echem ogólnokrajowym. Należy przypuszczać, że tego typu
gest był uzgodniony z Aleksandrem Kwaśniewskim, który najprawdopodobniej nie
jest zadowolony z ekipy Grzegorza Napieralskiego (szczególnie biorąc pod uwagę
skład list poselskich).
Nie ulega wątpliwości, że Tusk szykuje jeszcze sporo ruchów przedwyborczych, aby
osłabić SLD. Zapowiedzi legalizacji tzw. związków partnerskich to tylko
najgłośniejszy wymiar programowy akcji na przejęcie elektoratu lewicy. Po
stracie skandalisty Palikota Platforma może oprzeć się na wyczynach medialnych
wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego, a ostatnio ministra Radosława
Sikorskiego. Wystąpienia te mają niejednokrotnie charakter antyklerykalny, co
musi się podobać wyborcom lewicy.
Dla Grzegorza Napieralskiego zatem dzisiejsza walka wyborcza ma fundamentalne
znaczenie. Jego działacze już przebierają nogami na myśl o przyszłej koalicji z
PO. W tym środowisku mamy olbrzymią ilość "wygłodzonych" stanowisk polityków,
którzy następnych lat posuchy mogą nie przetrzymać, wybierając drogę Arłukowicza.
Napieralski zrobi więc wszystko, aby osiągnąć wynik porównywalny do tego sprzed
roku w wyborach prezydenckich i zmusić PO do koalicji.
Szansa przed PiS
Prawo i Sprawiedliwość ma bardzo trudną drogę do władzy. Można nawet powiedzieć,
że jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, nie zdoła osiągnąć większości
dającej mu rządy w Polsce. PO zrobiła na płaszczyźnie finansowej wszystko, aby
przetrwać jakoś do końca kampanii wyborczej bez większych wstrząsów. Przejęcie
pieniędzy z funduszy emerytalnych, różne zabiegi księgowe ministra Rostowskiego
miały uspokoić niepokoje społeczne i pokazać, że Polska wciąż jest "zieloną
wyspą". PiS jest w stanie wygrać wybory, ale bardzo trudno będzie mu osiągnąć
wymaganą większość sejmową. Ewentualna koalicja z PSL jest możliwa, ale
pamiętajmy, nie jest to partner łatwy, po drugie, Pawlak o wiele chętniej zawrze
bezpieczniejszą koalicję z Tuskiem (mając choćby w pamięci los Samoobrony).
Pamiętać również należy, że prezydentura Bronisława Komorowskiego uniemożliwia w
sytuacji rządów centroprawicy dokonanie radykalniejszych reform. Prezydent
posiada bowiem prawo weta, jest to broń skuteczna, gdy większość sejmowa jest
chwiejna. Jarosław Kaczyński zatem, jeśli nie osiągnie większości, chce zmusić
PO do szerokiej koalicji z PSL i SLD. Wszystko to powodowałoby, że tylko jedna
partia (PiS) pozostawałaby w opozycji, wszystkie inne brałyby pełną
odpowiedzialność za losy kraju. Dopiero zatem w sytuacji kryzysu gospodarczego i
wzmożonych protestów społecznych można by oczekiwać przyspieszonych wyborów i
zmian podobnych do scenariusza węgierskiego. PiS cementuje swoje szeregi,
odwołując się do treści związanych z tragedią smoleńską. Widać to wyraźnie
chociażby przy analizie składu list poselskich i senackich.
Możemy się zatem spodziewać w najbliższym czasie ostrej kampanii wyborczej,
która ostatecznie będzie przygotowywać rozdanie pod kolejne wybory
(niewykluczone, że przyspieszone w przypadku niepokojów społecznych).
Prof. Mieczysław Ryba
