Perfekcja w każdym calu
Rozmowa z Aleksandrem Wierietielnym, trenerem Justyny Kowalczyk
Przed zwycięskim dla Justyny Kowalczyk Tour de Ski więcej było w Panu
nadziei na udany finał czy pewności, że wszystko dobrze się zakończy?
– Wiedziałem, że Justyna będzie walczyć i że ta walka będzie niezwykle ostra i
ciężka. Wiedziałem też, że jest w wysokiej formie, co dobitnie potwierdziły
świetne w jej wykonaniu zawody w Rogli. Oczywiście obawialiśmy się Marit
Bjoergen, tym bardziej że jej dyspozycja stanowiła niewiadomą. Nie startowała w
Słowenii. Wróciła do Norwegii, usprawiedliwiając się przeziębieniem. Sądziliśmy
raczej, że był to tylko sposób na regenerację, złapanie oddechu i jak najlepsze
przygotowanie się do Tour de Ski.
Przed startem do tego cyklu nie wątpiłem, że Justyna powalczy o najwyższe cele.
Że jest gotowa.
A kiedy poczuł Pan pewność, że może wygrać?
– Nigdy! Pewny poczułem się dopiero wtedy, gdy Justyna jako pierwsza
przekroczyła metę ostatniego etapu. Niby była jego faworytką, ale podbieg pod
Alpe Cermis ma to do siebie, że dopuszcza każdy scenariusz i obala wszelkie
prognozy. Justyna powiedziała mi później, że gdyby meta znajdowała się sto
metrów dalej, to ona nie chciałaby już dalej biec, tak bardzo była wyczerpana i
zmęczona. To tylko z boku mogło się wydawać, że łatwo wyprzedziła Bjoergen i nie
kosztowało jej to mnóstwo sił. Kosztowało.
Pewny byłem tylko jednego – że Justyna potrafi walczyć skutecznie z Norweżką i
przygotowała się do tego niezwykle solidnie. Czułem, że ta walka może się
zakończyć sukcesem, ale od poczucia do pewności droga daleka.
Dokładnie Pan zaplanował eksplozję formy Justyny podczas Tour de Ski?
– Każdy, kto nas zna, kto przygląda się z bliska biegom narciarskim, wie, że od
lat stosujemy taką samą metodę. Na początku sezonu Justyna nigdy nie biega
rewelacyjnie, zajmując miejsca poza podium. Wiem, że budzi to u niektórych
niepokój, ale nas kompletnie nie przeraża. Forma ma przyjść bowiem z czasem,
faktycznie w odpowiednim momencie. Byłem przekonany, że i tym razem stanie się
tak samo, bo Justyna tradycyjnie bardzo dobrze przepracowała okres
przygotowawczy, czyli lato. Wydaje mi się nawet, że było pod niektórymi
względami lepiej niż w poprzednich sezonach, bo miała doskonałego
sparingpartnera w osobie Maćka Kreczmera. Posiadając taką bazę, taki fundament,
mogła do woli z niego czerpać i na nim budować.
Poczuł Pan ulgę, tak po ludzku, gdy Justyna znalazła wreszcie sposób na
Bjoergen? Ta sztuka nie udawała się jej od ponad półtora roku.
– Zasłużyła na to. Pracuje niesamowicie, daje z siebie wszystko, co przekłada
się na owoce. Podczas Tour de Ski świętowała wielkie sukcesy, ale mam nadzieję,
że to nie wszystko, że w obecnym sezonie dostarczy jeszcze wielu innych chwil
chwały i radości. Teraz przymierzamy się do startu w Otepää, potem w Novym
Meście, Szklarskiej Porębie i wreszcie do "trzydziestki" w jaskini lwa, czyli w
Oslo. Wszystkie stylem klasycznym – ulubionym Justyny, wszystkie niezwykle
prestiżowe i dla nas niezwykle istotne. W każdym z nich chcemy wypaść jak
najlepiej, a moim zdaniem, jeśli tylko nie popsuje się zdrowie, będzie dobrze.
Bardzo dobrze.
Justyna Kowalczyk ma na koncie mnóstwo sukcesów, wszystkie możliwe
trofea, a jednak styl, w jakim wygrała ostatni Tour de Ski był wyjątkowy i
zadziwiający. To były najlepsze dni w jej karierze, przynajmniej jeśli chodzi o
formę i możliwości?
– Były to dobre dni, bardzo dobre. Czy najlepsze? Nie wiem, bo tak naprawdę po
każdym wielkim sukcesie można mówić, że zawdzięczała go najlepszej formie. Na
mecie była szczęśliwa, zadowolona, ale i potwornie zmęczona. Tour wyczerpuje,
odbiera siły i teraz najważniejszym zadaniem będzie ustrzeżenie się przed
chorobami, które łatwo atakują osłabione organizmy.
To był trzeci triumf Pana podopiecznej w Tour de Ski. Który przyniósł
największą satysfakcję?
– Wszystkie trzy, bo każde zwycięstwo w tym cyklu jest wydarzeniem i
gigantycznym sukcesem. Każde poprzedza niesamowita walka. Tour de Ski, o czym
też trzeba pamiętać, to zresztą nie tylko samo bieganie. To również
przemieszczanie się z miejsca na miejsce. To odżywianie, na które zazwyczaj
brakuje czasu. Trzeba zapomnieć o komfortowych, spokojnych obiadach czy dobrych
kolacjach. Tour de Ski to wreszcie konieczność ciągłej rehabilitacji i odnowy, w
czym nie możemy się równać np. z Norwegami. Nie ma z nami masażysty czy
fizykoterapeuty. Owszem, mamy stały kontakt telefoniczny z doktorem Śmigielskim,
w razie potrzeby natychmiast zjawiłby się na miejscu, ale to tylko niezbędne
minimum.
Każdy Tour mocno przeżywamy, każdy wiąże się z konkretnymi emocjami. Tym razem,
co mogę przyznać, Justyna była perfekcyjna w każdym calu. Perfekcyjni byli
również nasi serwismeni, cała czwórka. Dzięki nim narty były przygotowane zawsze
tak samo albo nawet lepiej niż u Bjoergen.
Czy Justyna jest jeszcze w stanie czymś Pana zadziwić?
– Chyba nie. Znamy się już bardzo długo, na wylot. Już tyle razy mnie
zaskakiwała i zadziwiała, że teraz już wręcz czekam, że za jej przyczyną wydarzy
się coś nowego, wspaniałego. I tak faktycznie bywa.
Gdzie sięgają granice jej możliwości?
– Sam nie wiem, wszystko zależy od tego, czy będzie zdrowa. Najbardziej obawiamy
się bowiem kontuzji. Jeśli ją będą omijały, to z roku na rok będzie stawała się
coraz doskonalszą biegaczką. Choć już dawno wspięła się na szczyt, wciąż ma co
poprawiać, i to robi. Przed obecnym sezonem skupiła się na zjazdach i w tej
materii zrobiła wielki postęp. Wierzę zatem, ba, jestem przekonany, że zdrowa
Justyna i za rok, podczas mistrzostw świata, i za dwa lata, na igrzyskach w
Soczi, znów zadziwi. Nas wszystkich.
A w obecnym sezonie może jeszcze zdobyć czwartą z rzędu Kryształową
Kulę?
– Może, choć strata do Bjoergen jest spora. Dla nas, przynajmniej teraz,
najważniejsze będą jednak zawody w Szklarskiej Porębie i na nich się skupiamy.
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
