Pasją Andrzeja była historia
Z Jolantą Przewoźnik, żoną śp. Andrzeja Przewoźnika, sekretarza
generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, który 10 kwietnia br. zginął
w katastrofie samolotu rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem, rozmawia Mariusz Bober
Międzypaństwowy Komitet Lotniczy przekazał wstępną wersję raportu w sprawie
przyczyn katastrofy smoleńskiej. Nie znamy jeszcze jego pełnej treści, ale z
wypowiedzi urzędników rosyjskich, a także polskich wynika, że dokument powiela
tezy raportu wstępnego z maja br. Jak Pani ocenia stan śledztwa w sprawie
katastrofy?
– W kontaktach z prokuraturą prowadzącą śledztwo w tej sprawie reprezentuje mnie
mój pełnomocnik. Mam do niego zaufanie. Na razie będę czekała na oficjalne
wyniki śledztwa.
Jak dowiedziała się Pani o katastrofie?
– Tak jak wszyscy – z mediów.
Były szybsze od władz?
– To właśnie media pierwsze zaczęły informować o tragedii. Najpierw zobaczyłam
te wstrząsające zdjęcia w telewizji. Wkrótce potem otrzymałam oficjalną
informację o katastrofie.
Miała Pani pewność, że Mąż poleciał tym samolotem, że nie zmienił planów w
ostatniej chwili? Były informacje, że niektóre osoby rezygnowały niemal tuż
przed odlotem.
– Ja miałam pewność, że poleciał tym samolotem razem z prezydentem i pozostałymi
członkami polskiej delegacji. Mając silne poczucie obowiązku i
odpowiedzialności, nie mógł zrezygnować. Pociągiem wyjeżdżała duża grupa z
Federacji Rodzin Katyńskich. Poza tym to Mąż zajmował się organizacją
uroczystości na cmentarzu w Katyniu. Więc nie myślałam nawet, że cokolwiek
mogłoby się zmienić.
Rodzina też była przekonana, że Mąż leciał tym samolotem?
– Każdy w takich momentach ma przynajmniej przez pewien czas nadzieję, że może
jednak… Moja córka była wtedy w Katyniu wraz z Rodzinami Katyńskimi. Pojechała
tam pociągiem.
Córka dowiedziała się o katastrofie na cmentarzu katyńskim?
– Tak, ale na początku nie wiedziała dokładnie, co się stało.
Uczestniczyła Pani w identyfikacji w Moskwie?
– Tak. Miałam poczucie, że muszę tam być. Nie chcę do tego wracać…
Czyli nie ma Pani żadnych uwag do przebiegu całej procedury oraz jej wyników?
– Udało mi się załatwić wszystkie sprawy związane z identyfikacją i
przewiezieniem ciała do Polski. Nie było żadnych dziwnych sytuacji. Wypełniłam
swoje zadanie i wróciłam z Mężem…
Czuła Pani pomoc ze strony polskich władz?
– Miałam dobrą opiekę ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych, psychologa, a
także wsparcie lekarzy z pogotowia lotniczego. Dzięki życzliwości m.in. tych
ludzi udało mi się jakoś przetrwać pierwszy szok. Pomoc władz pozwoliła na
szybkie załatwienie wielu problemów związanych z organizacją pogrzebów. W ten
sposób odciążono nas w załatwianiu wielu formalności i różnych skomplikowanych
spraw. Mam poczucie, że zrobiono to, co było możliwe.
Jak radziła sobie Pani w pierwszych dniach po katastrofie? Niektórzy
członkowie rodzin mówią, że wbrew pozorom to następne dni są trudniejsze.
– Myślę, że właśnie obecny czas jest najtrudniejszy. W pierwszych dniach bowiem
musiałam załatwić bardzo wiele spraw oraz zaopiekować się dziećmi, czuwać nad
harmonią codziennego życia. Teraz coraz częściej przychodzą chwile, że bardzo
brakuje tej drugiej osoby… Coraz bardziej to odczuwam. Na szczęście otacza
mnie wiele życzliwych osób. Po katastrofie odezwali się ludzie z różnych
środowisk, z którymi utrzymywaliśmy zwykle kontakt w latach wcześniejszych, a po
tej tragedii zadeklarowali pomoc. Ważne jest też wsparcie, jakiego udzielają
sobie nawzajem poszkodowane rodziny. Poznałam wiele wspaniałych osób, które są w
podobnej sytuacji jak ja. Doświadczam tej pamięci także wtedy, gdy odwiedzam
mogiłę Męża na Powązkach – widzę, że często różne osoby zapalają na niej znicze.
Takie znicze zapalane są także na grobach innych ofiar. Pomagają nam również
kapłani. Wielką pomocą jest dla nas w tych trudnych chwilach wiara i modlitwa.
Po odejściu najbliższej osoby przybyło na pewno zajęć, spraw, z którymi
trzeba się zmierzyć każdego dnia?
– Mój Mąż bardzo dużo pracował, ale znajdował też czas dla nas. Nasz dom był
ostoją bezpieczeństwa i przystanią, w której znajdowaliśmy spokój i
porozumienie. Promieniował szczęściem i miłością. Wypełnienie powstałej po
odejściu Męża pustki jest niemożliwe.
Niedawno ukazały się dwie książki, których Mąż jest współautorem. Na tym polu
również stanęły przed Panią nowe wyzwania?
– Marzeniem Andrzeja było zajmowanie się naukowo historią. Jednym z owoców tego
zainteresowania jest ostatnia jego książka "Katyń. Zbrodnia. Prawda. Pamięć",
którą zdążył jeszcze przed śmiercią złożyć do wydawnictwa. Nie chciałyśmy – wraz
z panią Jolantą Adamską, która jest współautorką książki – zaprzepaścić tej
szansy i postanowiłyśmy doprowadzić do wydania tej pracy. Ostatni rozdział
poświęcony jest już wydarzeniom po katastrofie. Ta książka jest dużym kompendium
wiedzy na temat zbrodni katyńskiej. Mam nadzieję, że sięgną po nią także ludzie
młodzi. Mąż zawsze uważał, że wychowanie patriotyczne jest bardzo ważne w
budowaniu tożsamości narodowej, bo jest to istotny element, który pozwala
ludziom odnajdywać się w państwie obywatelskim. Do wielu ludzi łatwiej jest
dotrzeć poprzez pokazanie losów indywidualnych osób. Te treści powinniśmy
przekazywać młodzieży, ponieważ odchodzi już od nas powoli pokolenie, które
pamięta wojnę, a dorasta to, które będzie kształtowało naszą przyszłość. Nie
można zaprzepaścić przekazu tego starszego pokolenia w utrwalaniu pamięci
narodowej.
Zostały jeszcze jakieś niedokończone prace Męża? Podejmie się Pani
przygotowania nowych publikacji opartych na zebranych przez niego materiałach?
– Mąż miał bardzo bogaty zbiór książek oraz materiałów z lat 1918-1956. Zebrał
też wiele informacji o historii polskich emisariuszy, m.in. o Andrzeju Sapiesze,
a także na temat zbrodni katyńskiej i losu Polaków na Węgrzech w latach
1939-1945. Myślę, że te materiały się nie zmarnują, że będą służyły polskiej
historii. Jeśli zaś chodzi o nowe książki, muszę powiedzieć, iż jest to dla mnie
duże wyzwanie. Jeszcze nie myślę o tym, ale ponieważ oboje byliśmy absolwentami
historii, być może przyjdzie mi wrócić do zawodu, którego od lat nie uprawiałam,
i nadejdzie czas, że powstaną nowe książki w oparciu o zebrane przez Męża
materiały. Zbierał je latami. Wiele osób przekazywało mu ciekawe relacje,
archiwalia, a nawet zdjęcia rodzinne, kontaktował się z ludźmi – świadkami
historii, którzy wzbogacali jego wiedzę o zdarzeniach sprzed lat. Jako historyk
umiał uporządkować te materiały według określonego klucza. Był niezwykle
pracowity i zdyscyplinowany. Historia była jego wielką pasją. Niewiele miał
czasu na pisanie, zajmował się tym głównie wieczorami, nocami, gdy już
ułożyliśmy dzieci do snu, albo bardzo wcześnie rano.
Przy tak odpowiedzialnej pracy chyba niewiele czasu zostawało dla Pani i
dzieci?
– Rzeczywiście, czasu zostawało mu niewiele, ale wykorzystywaliśmy go bardzo
intensywnie. Dlatego miałam poczucie, że Andrzej jest wspaniałym mężem, a córki
– że mają dobrego i czułego ojca. Znajdował też wolne chwile na spotkania z
przyjaciółmi, na które sam przyrządzał fantastyczne potrawy. Andrzej świetnie
gotował. Kolejną jego pasją była muzyka klasyczna oraz wojskowa, zwłaszcza
marsze.
Dlaczego tak bardzo Mąż interesował się właśnie historią i utrwalaniem
pamięci historycznej?
– Tak został wychowany, zgodnie z "krakowską duszą", szacunkiem dla tradycji,
ludzi, którzy ją tworzyli, szczególnie dla pokolenia żołnierzy Armii Krajowej.
Bardzo ważnymi postaciami w naszym życiu byli państwo Stanisław Dąbrowa-Kostka i
Anna Dąbrowa-Kostka. Ich krakowski dom tętnił życiem i historią, nadał pewien
kierunek drogom życiowym Męża i wpłynął na realizację jego pasji. Właśnie
poprzez kontakt z takimi ludźmi zmienił swoje zainteresowania. Andrzej bowiem
ukończył technikum geologiczne. Trudno więc było się spodziewać, że zostanie
doskonałym historykiem. Ale spotkania ze świadkami historii, żołnierzami AK i
Armii Andersa zmieniły go. To wpłynęło też na jego postawę, by dbać o miejsca, w
których spoczęły ciała żołnierzy, którzy oddali życie za Ojczyznę. Swoją ofiarą
zasłużyli na naszą pamięć i godne miejsce w historii.
Ma Pani poczucie, że Pani Mąż również stał się częścią historii Polski?
– Tak. Patrząc na tablicę na Wawelu, mam świadomość, że pamięć o wszystkich
ofiarach katastrofy smoleńskiej zostanie utrwalona na wieki. Rzeczywiście,
Andrzej stanowi część naszej historii, bo przecież walka o prawdę nadawała ton
jego życiu, a tragedia w Smoleńsku splotła się z nią w sposób wyjątkowo
dramatyczny.
Dziękuję za rozmowę.
