Państwo z Orwella powraca
Z senatorem Piotrem Łukaszem Andrzejewskim, byłym doradcą i pełnomocnikiem
Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego i Międzyzakładowego Komitetu
Założycielskiego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Huty Katowice,
który złożył pierwszy wniosek o rejestrację Związku Zawodowego Huty Katowice w
oparciu o Porozumienia Sierpniowe, obrońcą działaczy "S" w procesach
politycznych w PRL, rozmawia Mariusz Bober
Czy, według Pana, konflikt, do którego doszło na poniedziałkowym zjeździe
"Solidarności" w Gdyni z okazji 30. rocznicy jej powstania, wskazuje na spór
między rządem a związkiem czy raczej ze społeczeństwem?
– To nie jest spór z rządem. Był natomiast atak na wolność poglądów ludzi,
którzy krytykują niewywiązanie się przez obecną ekipę rządzącą, a także
wcześniejsze ekipy, z obietnic złożonych "Solidarności". Zostały one zawarte w
czterech porozumieniach. Przypomnę, że porozumienie katowickie stworzyło prawne
ramy do tego, co zawarto w porozumieniach szczecińskim, gdańskim i jastrzębskim.
Dlatego nie można przypisywać kilku osobom z Gdańska, które domagają się
upaństwowienia symboli i zawłaszczenia tradycji "Solidarności", reprezentowania
całego związku. Choć Lech Wałęsa stał się symbolem na skalę światową, to tak
naprawdę utworzenie wolnych związków zawodowych po raz pierwszy obiecano w
Szczecinie wieczorem 29 sierpnia 1980 roku. Takich faktów jest wiele, i to z
działań większej liczby komitetów strajkowych w Polsce rodziła się
"Solidarność". W Polsce były wtedy co najmniej cztery duże międzyzakładowe
ośrodki strajkowe. Tymczasem próbuje się sprowadzić działalność związkową w
sierpniu 1980 r. do jednego, którego byli przywódcy usiłują teraz zawłaszczyć
pamięć o całym związku.
Dlatego premier Donald Tusk od razu podzielił związkowców na tych "dobrych",
tolerancyjnych dla rządu, i "złych", którzy, jak twierdził, są pełni
"nienawiści"?
– Niestety, wciąż zmagamy się z niechlubnym dziedzictwem PRL – homo sovieticus.
Dlatego w zachowaniu dzisiejszych reprezentantów władzy państwowej jest sporo
hipokryzji. Tylko ludzie jej sprzyjający otrzymują pozytywne oceny. A wydawało
się, że przezwyciężyliśmy zafałszowywanie rzeczywistości i manipulowanie opinią
publiczną. Tymczasem dokonało się to na poziomie instytucji, ale nie w ludzkiej
mentalności. Gdy premier zapytał w swoim wystąpieniu, gdzie podziało się 9
milionów członków związku, rozległy się gwizdy, co odebrane zostało jako obraza
Donalda Tuska. Chcę więc podkreślić, że "Solidarność" ma prawo domagać się
realizacji obietnic złożonych jej jeszcze w latach 80. Nie wypełniły tego
poszczególne rządy po 1989 r. i nie zrobił tego również obecny rząd. Zamiast
tego mamy pustosłowie i hipokryzję pokrywające niewywiązywanie się władz ze
składanych obietnic. Prezes PiS miał prawo wspomnieć swojego brata, który zginął
w katastrofie smoleńskiej, a odegrał zasadniczą rolę w działalności związku. W
wystąpieniu prezesa Kaczyńskiego nie było nic takiego, co powinno wywołać taką
reakcję, jak wystąpienie Henryki Krzywonos. Jej zachowanie było nieadekwatne do
treści przemówienia prezesa PiS.
O co więc tak naprawdę chodziło?
– To była zapowiedź tego, co stało się następnego dnia – we wtorek – przed
Stocznią Gdańską, gdy część byłych działaczy opozycji, przypisujących sobie
odgrywanie najważniejszej roli w strajkach w 1980 r., stanowiących zaplecze
obecnej partii rządzącej, zaproponowała przejęcie przez obecną władzę państwową
organizowania obchodów rocznicowych powstania "Solidarności". Można domniemywać,
że jest to próba kolejnego zawłaszczenia wartości i pluralizmu poglądów przez
reprezentantów jednej opcji politycznej, "jedynie słusznej".
To miał na myśli prezydent Bronisław Komorowski, gdy w poniedziałek
przekonywał, że "symbole trzeba szanować, nie można ich marnować", że "trzeba je
umiejętnie wykorzystać (…) dla dobra Polski"?
– Teza jest słuszna. Tyle że głoszący ją postępują na odwrót. Kłania się
doktryna opisana przez George’a Orwella jako działanie przeciwstawne sensowi
głoszonych poglądów, tj. odpolitycznienie oznacza upolitycznienie, pluralizm
oznacza monopol, a wolność – zniewolenie. Wolność słowa bowiem oznacza
tolerancję tylko dla własnych poglądów. To prawda, że trzeba szanować symbole,
ale trudno cieszyć się z nich, gdy część Stoczni Gdańskiej przypomina dziś
Warszawę po wygnaniu ludności cywilnej przez Niemców po upadku Powstania
Warszawskiego [w wyniku nieudolnej polityki rządu Komisja Europejska zmusiła
prywatnego inwestora do ograniczenia produkcji w stoczni, co uderzyło w jej
kondycję – red.]. Dbałość o symbole oparta o powierzchowne widowiska nie może
zatrzeć braku realizacji w praktyce tego, co symbole te reprezentują.
Czyli to właśnie zaniedbania w realizacji obietnic, przede wszystkim
dotyczących ratowania polskich stoczni, były powodem takiego, a nie innego
przyjęcia szefa rządu podczas zjazdu?
– Tak. Ale nie tylko o stocznie chodzi. Jest wiele osób, które nie mają żadnych
praw kombatanckich ani świadczeń socjalnych, choć poświęciły dla walki o wolność
Polski swoje życie, a żyją nie tylko w cieniu, ale także w niedostatku. Trzeba
przypominać o takich działaczach, a nie mówić jedynie o tych z pierwszych stron
gazet. "Solidarność" była, jest i będzie, ale się zmienia. Lech Wałęsa też jest
dziś całkiem innym człowiekiem, niż był 30 lat temu. Nie można mu ujmować zasług
ani jego roli w walce o niepodległość z sierpnia 1980 r., podobnie jak innym
działaczom, np. marszałkowi Bogdanowi Borusewiczowi. Nie można jednak ograniczyć
"Solidarności" do kilku osób czy do jednego miasta – Gdańska. Na równi z
Gdańskiem trzeba traktować Szczecin, Jastrzębie Zdrój, Dąbrowę Górniczą i
przypominać nazwiska przywódców strajkowych stworzonych tam Międzyzakładowych
Komitetów Strajkowych. Bez ich działalności i reprezentowanych przez nich
robotników i inteligentów władze PRL nie zdecydowałyby się na porozumienie
gdańskie. Powinniśmy przypomnieć sobie, że postulatów pracowniczych z sierpnia
1980 r. w dużej mierze nie zrealizowano do dziś, a tych, które władze PRL
zgodziły się realizować, ostatnie rządy zaniechały. Dlatego dziś "Solidarność"
jest solą w oku rządzącym. Zarzuca się jej, że jest "roszczeniowa". Ale przecież
właśnie taki ma być związek, jeśli nie są przestrzegane prawa człowieka, co do
których przestrzegania istnieje zobowiązanie w wiążących państwo polskie
międzynarodowych paktach praw gospodarczych, politycznych i kulturalnych praw
człowieka. Związek zmusza do aktywności sytuacja, gdy w słowach deklaruje się
wiele, a nie robi się nic.
Ma Pan na myśli odpowiedzialność rządu za stan polskiej gospodarki?
– Tak, ostatnio przecież zlikwidowano dwie stocznie, co rodzi upadek dziesiątków
kooperujących z nimi zakładów pracy. Wszystkie dzisiejsze spory, jak ten wokół
pomnika wystawionego żołnierzom Armii Czerwonej w Ossowie, niedaleko miejsca
upamiętniającego śmierć ks. Ignacego Skorupki, wystąpienie Henryki Krzywonos czy
jątrzenie wokół symboli "Solidarności", mają odwrócić uwagę od nieudolności,
nieumiejętności rządzenia.
Byli działacze opozycji związani dziś z PO twierdzą, że też walczyli z
komuną, ale mają inną wizję Polski…
– Ja nie ujmuję im zasług. Ale im się wydaje, że jeśli wystawili na licytację
legitymacje związkowe i przepraszali za "Solidarność", to powinna ona bez nich
przestać funkcjonować, bo jakoby straciła wartość. Tymczasem to oni postawili
się poza "S", a sam związek żyje nadal. Mało tego, "Solidarność" nadal jest
naszą nadzieją. Dlatego uważam, że związek zawodowy właśnie należy upolitycznić.
W jakim sensie?
– W sensie wykorzystania w polityce tradycji "Solidarności". Kto ma dziś walczyć
o prawa pracownicze, o prawa człowieka, jeśli nie związki zawodowe? Przecież w
obecnej Polsce istnieje powszechna tolerancja dla przywłaszczania sobie i
pozbawiania pracowników efektów ich pracy.
W jaki sposób?
– Jako adwokat występujący w sprawach pracowniczych zetknąłem się z
działalnością prokuratury, która mimo interwencji inspekcji pracy masowo
umarzała i umarza postępowania o przywłaszczanie przez pracodawców wynagrodzenia
za wyświadczoną pracę, uznając znikome społeczne niebezpieczeństwo takich
czynów. Ponadto nie z przychodów z majątku narodowego i eksploatacji posiadanych
przez Polskę zasobów naturalnych, ale z powiększanych podatków forsuje się
finansowanie coraz większej ilości przedsięwzięć. Przecież ci, którzy chcą
upaństwowić święto "Solidarności", płaciliby za państwowe obchody nie z własnych
kieszeni, tylko z naszych podatków. Charakterystyczne jest to, że zamiast
podtrzymania miejsc pracy w stoczniach przy budowie statków państwo chce przejąć
święto NSZZ "Solidarność" i przypisać sobie jego zasługi. Polska rozwija się
dzięki przedsiębiorczości obywateli. Tam gdzie nie jest ona hamowana, przynosi
świetne wyniki. Dobrobyt jest tworzony nie dzięki staranności rządzących, ale
dzięki pracy obywateli. To wielka wartość. Ale samo państwo jest niewydolne,
jeśli chodzi o funkcjonowanie struktur władzy.
Zgadza się Pan z oceną przewodniczącego "S" Janusza Śniadka, że obecne "tanie
państwo" nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa nawet najwyższym
przedstawicielom władz?
– W pełni podzielam te poglądy. Budzą moje zastrzeżenia dystrybucja, kierunek i
celowość wykorzystania posiadanych środków budżetowych. Obecna ekipa zapowiadała
wiele reform, po których nie widać nawet śladu. A przecież jeszcze w czasach
rządów Akcji Wyborczej Solidarność próbowano przeprowadzić wiele zmian
usprawniających funkcjonowanie państwa. W dużej mierze zostały one zahamowane w
drodze wet ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Polskie popularne
porzekadło mówi: Nie pchaj się na afisz, jak nie potrafisz.
A dlaczego teraz blokowane są w Polsce reformy? PO ma niemal pełnię władzy?
– Wynika to z samozadowolenia ze sprawowania władzy dla niej samej. A jak mówił
mistrz kłamstwa Jerzy Urban, "władza się zawsze wyżywi". Rządzący uważają się za
pasterzy, a ludzi za powierzone sobie stado, które nie wymaga interwencji, skoro
samo się pasie. Nie w smak jest natomiast pluralizm poglądów, o ile nie
gloryfikują one stanu aktualnego, który ma prowadzić do "powszechnej
szczęśliwości". Podstawowym mankamentem naszego życia publicznego jest nadal
zakłamanie. Tolerancję rozumie się dzisiaj tak jak w czasie rewolucji
francuskiej – tylko dla myślących w sposób narzucony przez propagandę władzy
albo przez propagandę dominującej partii. Przeciwnikom najchętniej zgotowano by
los mieszkańców Wandei. W dzisiejszej sytuacji byłoby to niemożliwe, bo nie jest
jeszcze zagrożony byt fizyczny. Ale powiększa się liczba bezrobotnych i
zubożałych grup społecznych, a niektóre w krótkim czasie jeszcze bardziej
zubożeją. Dlatego gdy słyszę kolejne wypowiedzi Lecha Wałęsy, że trzeba
rozwiązać obecną "Solidarność" i powołać nowy ruch "jedynie słusznie myślących"
pod jego przewodnictwem, to myślę sobie: "Już nawet ten związek zawodowy
przeszkadza…".
Szef PiS wskazywał podczas zjazdu, że jest inna droga, mówiąc: "Chcemy
więcej". Tego domaga się "S" – państwa sprawnego, które chce i potrafi zapewnić
bezpieczeństwo obywatelom?
– Tak. Pytanie tylko – czego więcej? Więcej rzetelności, uczciwości i zgodności
słów z czynami. Tu odwołam się do słów metropolity krakowskiego ks. abp.
Stanisława Dziwisza, który powiedział kiedyś, że należy kierować się przede
wszystkim tym, co oznaczają słowa: "prawo" i "sprawiedliwość". Wystąpienie
prezesa Jarosława Kaczyńskiego na poniedziałkowym zjeździe miało podtekst
osobisty, co jest zrozumiałe, gdyż obchody odbywały się z katastrofą elit
państwa i Narodu Polskiego, które poległy w Smoleńsku, w tym dwóch prezydentów,
z których jeden był jego bliźniaczym bratem, w tle. Przypomnę, że ani Bogdan
Borusewicz, ani Bronisław Komorowski, ani Lech Wałęsa nie wspomnieli przy okazji
obchodów rocznicy "S" o śp. prezydencie Lechu Kaczyńskim, choć wspominali o
innych ofiarach katastrofy smoleńskiej. Związek zawodowy "S" jest patriotyczną i
konstruktywną siłą, która w 30-lecie swojego istnienia ciągle podtrzymuje
propozycję współpracy z rządem przy działaniu na rzecz dobra Polski i Polaków.
Ale prezes PiS mówił też o tym, że płaca nie może być traktowana tylko jak
koszt, który trzeba redukować…
– To jedna z przesłanek encykliki "Laborem exercens" Jana Pawła II, ugruntowanej
w nauce Kościoła. Ona legła u podstaw doktryny "S", a także PiS. Polska jest
jedna i jest w niej miejsce dla wszystkich, a właśnie te wartości, na których
oparta jest "Solidarność", mają charakter uniwersalny. Prawo do pracy, do
godziwego wynagrodzenia, do godnych warunków pracy są prawami człowieka.
Stanowią zobowiązanie międzynarodowe, którego musi przestrzegać władza
wykonawcza. Jeśli te prawa nie są realizowane, to znaczy, że mamy zachwianą
praworządność w Polsce.
Dziękuję za rozmowę.
