Państwo rosyjskie się nie wzrusza
Z Janem Filipem Staniłką, politologiem w Instytucie Sobieskiego,
rozmawia Paulina Jarosińska
Premier Donald Tusk w świątecznym wywiadzie stwierdza, że "takiego roku
nie życzyłby największemu wrogowi".
– To był trudny, szczególny rok. Miały miejsce wydarzenia, na które Tusk nie
miał wpływu. Jednak pokazały one, że premier wraz ze swoją ekipą nie jest
przyzwyczajony właśnie do sytuacji trudnych, nie mówiąc o nadzwyczajnych.
Globalny kryzys, co wynika z różnych czynników i można to wytłumaczyć
niekoniecznie gospodarczą strategią rządu PO – PSL, ominął szczęśliwie
Polskę, jednak nie jest wykluczone, że lada chwila nadejdzie kryzys lokalny,
a Tusk nie będzie na niego gotowy. Pełzający kryzys finansów publicznych,
beznadziejna sytuacja na kolei, prawdopodobny strajk lekarzy, rozpad sieci
energetycznej – to są problemy, z jakimi przyjdzie się zmierzyć ekipie
rządzącej, nieprzygotowanej kompletnie na taki scenariusz.
Dowiadujemy się również z tygodnika "Polityka", dlaczego Tusk nie
kandydował w wyborach prezydenckich. Otóż była to "próba uchronienia rządu
(…) od bieżącej polityki, poddanej logice wyborów".
– To jest pokrętna wypowiedź, ponieważ każdy rząd jest związany z bieżącą
polityką, a w sytuacji, w której prezydent wywodzi się z konkretnej opcji
politycznej, trudno oczekiwać, aby był on całkowicie apolityczny. Lech
Kaczyński, mimo że też był prezydentem z ostrą wizją Polski, miał taką
cechę, iż potrafił wznieść się ponad podziały partyjne. Żaden rząd nie
ucieknie od polityki i na tym podstawowym poziomie motyw Tuska wydaje się
nielogiczny.
Szef rządu twierdzi, że dzięki niekandydowaniu łatwiej mu prowadzić
relacje polsko-rosyjskie, również w sprawie zbrodni katyńskiej…
– To jest klasyczna argumentacja ex post. Nie ma żadnych szans na to, aby
Donald Tusk miał wpływ na rozwikłanie sprawy katyńskiej. Prawdziwe
rozwiązanie tego problemu nastąpiłoby dopiero wtedy, gdyby doszło do
swoistej "lustracji" obecnie rządzącej klasy politycznej w Rosji. Tusk
wykazuje nadmierną naiwność, wierząc, że ustrój naszego wschodniego sąsiada
pozwala na jakiekolwiek zmiany w naszych relacjach z Rosją, zwłaszcza w
kontekście Katynia.
Jak Pan odbiera słowa Donalda Tuska, że premier Władimir Putin w dniu
katastrofy pod Smoleńskiem "sprawiał wrażenie człowieka zdezorientowanego,
który nie wiedział, jak się zachować"? Trudno podejrzewać tak sprawnego
polityka, jakim jest Putin, o brak rozeznania…
– W całym tym wywiadzie premier nie przestaje być politykiem – w dziedzinie
polityki uprawianej przez media jest mistrzem. Jeżeli on uważa, że premier
Putin był poruszony (wobec czego jestem sceptyczny), to należy zauważyć, że
w Rosji nie działa coś takiego jak współczucie w polityce. Państwo rosyjskie
się nie wzrusza – kieruje się zawsze konkretnymi interesami. Putin w krótkim
czasie doskonale się przygotował. Tusk z kolei przygotował się do tego
spotkania raczej pod względem wizerunku.
Premier, znany z peanów na cześć współpracy z Rosjanami w śledztwie
smoleńskim, nagle krytycznie odniósł się do raportu MAK. Jak należy to
interpretować?
– Nie dziwi to, ponieważ ten raport – choć tego możemy się tylko domyślać –
co jest w interesie Rosji, uderza personalnie w samego Tuska i obszary, za
które on odpowiada. To, że rosyjska prasa ironicznie komentuje krytykę
raportu MAK przez Tuska, jako radykalną zmianę w jego stosunku do Rosji, to
jeszcze o niczym nie świadczy. Jeżeli raport obciąża stronę polską za
katastrofę, to oczywiste jest, że nie jest to w interesie premiera i będzie
wobec niego krytyczny. Inna sprawa to próba zrzucenia przez Rosję
odpowiedzialności za własne błędy. Natomiast jeśli chodzi o rząd PO – PSL,
to mamy do czynienia, również w sprawie katastrofy smoleńskiej, z
niesłychanym brakiem poczucia odpowiedzialności za cokolwiek. Z jakąś
obsesją braku dymisji.
Donald Tusk nie widzi problemu odpowiedzialności szefów poszczególnych
resortów, ale żali się jednocześnie, jakoby w wypowiedziach komentatorów i
części rodzin smoleńskich były sugestie, że jest on mordercą. Czy to nie
przesada?
– Brak odpowiedzialności jest domeną naszej władzy. Problem jednak leży dużo
głębiej. Otóż, to nie poszczególni ministrowie kierują administracją, ale
administracje kierują ministrami. Donald Tusk wcześniej niczym nie rządził,
tak naprawdę nie ma praktyki. Nie ma merytorycznego punktu odniesienia. Poza
tym w tym ostatnim wywiadzie wybrzmiewa jakaś pretensja, że polityka się nie
skończyła. Zauważa niekonsekwencję Jarosława Kaczyńskiego, ale nie chce
widzieć tego samokrytycznie.
Jarosława Kaczyńskiego nazywa "historiozoficznym ponurakiem", samego
siebie konsekwentnie stawiając w pozycji optymisty, który mimo trudów zawsze
widzi dobre strony, mimo kryzysu – zgodnie z nową dewizą – nie robi
polityki, ale buduje mosty…
– Owszem, Jarosław Kaczyński jest pesymistą, co wynika z tego, że jest
konserwatystą. Jednak budowanie takiej linii podziału – historyczny
pesymista i ahistoryczny optymista – jest fałszywe. To może jednak przynosić
korzyści wizerunkowe i poparcie. Jesteśmy innym społeczeństwem niż np.
Niemcy, na których działa ostrzeganie przed kryzysem. Polacy na razie wolą
słyszeć, że jest dobrze, być może też dlatego, że zawsze potrafią stworzyć
sobie taką własną stabilizację prywatną w obliczu problemów. Ale zawsze
kosztem sfery publicznej. Strategia Tuska i tak przyjęty paradygmat jest
skuteczna w mechanizmie zarządzania polskimi emocjami, od czego Tusk jest
specjalistą. Potrafi być bardzo sprawnym manipulatorem, ale w polityce jest
coraz bardziej samotny.
Wydaje się też, że mimo wszystko Donald Tusk traci poparcie. Partii
Kluzik się jednak "nie boi". Są takie prognozy, że gdyby PJN weszła do
Sejmu, to mogłaby współtworzyć koalicję z PO…
– Nie jest to wykluczone. Moim zdaniem, PO prędzej wejdzie w przyszłej
kadencji w koalicję z PJN niż z PSL. Realistycznie patrząc jednak – PJN
przestanie istnieć w momencie, gdy ktoś w TVN wyłączy przycisk z napisem
"Kluzik-Rostkowska", a w kolorowych tygodnikach skończą się z nią wywiady.
PJN jeszcze nic samodzielnie nie stworzyła, na razie korzysta z tego, co
wypracowała na bazie PiS.
Wyborów na pewno na wiosnę nie będzie – kategorycznie stwierdza Tusk.
– Obcinając subwencje dla partii, Tusk sam się skazał na wybory na jesieni.
To natomiast, co miało teoretycznie przeszkadzać konstytucyjnemu terminowi,
czyli prezydencja, która po traktacie lizbońskim jest tylko ornamentem –
wydarzeniem głównie prestiżowym, będzie opinii publicznej przedstawiane
pewnie inaczej.
Dziękuję za rozmowę.
