Pani Aniu, dziękujemy za Pani życie…
Pozostała sobą. Wybrała prawdę. To dlatego skromną Anię Lubczyk wywyższono
do godności historycznego imienia – "Anna Solidarność". Może właśnie dlatego
skupiało się na niej tyle pogardy. Ten, którego Anna Walentynowicz kochała
bardziej niż kogokolwiek – Ojciec Święty Jan Paweł II – do trzech podstawowych
cnót chrześcijańskich: wiary, nadziei i miłości, dodał również solidarność. Jego
słowa stały się dla niej imperatywem działania.
Był czwartek, 15 sierpnia 1929 roku. W liczącym 40 tys. mieszkańców Równem na
Wołyniu wielkie święto religijno-państwowe. W tym symbolicznym dla Polski dniu,
w ubogiej rodzinie Aleksandry i Jana Lubczyków, urodziła się Ania. Była ich
drugim dzieckiem. Kilka lat wcześniej urodził się syn Andrzej.
Świat małej Ani zawalił się, kiedy miała zaledwie 10 lat. Ojciec zginął, walcząc
z Niemcami w wojnie obronnej we wrześniu 1939 roku. Niedługo po tym na zawał
serca zmarła jej mama. I znów kolejna tragedia. Po zajęciu Równego Sowieci
zaprowadzili nowe porządki. Zamknęli szkoły, dlatego w 1940 r. Ania zakończyła
edukację na niepełnych pięciu klasach szkoły powszechnej. Sowieci zaaresztowali
grupę dorastających chłopców, w tym również starszego brata Ani – Andrzeja.
Zaginął na zawsze.
Z Matką Bożą do stoczni
Anna Lubczyk została sierotą. Trafiła pod opiekę sąsiadów – kresowych ziemian,
którzy z czasem przenieśli się z Równego do Tłuszcza pod Warszawą, a później,
już w 1945 r., w okolice Gdańska. Ci, którzy uratowali życie małej Ani,
jednocześnie uczynili z niej służącą, wręcz niewolnicę. Była poniżana, bita i
głodzona przez swoich "opiekunów". Szczególnie zapadły jej w pamięć wigilie
Bożego Narodzenia, które nierzadko spędzała w oborze ze zwierzętami. Istniała
naturalna pokusa, by wiarę skojarzyć z postawą ciemiężycieli i ostatecznie ją
odrzucić. Jednak Ania na swój sposób nigdy nie przestała się modlić. Po latach
mówiła, że odkrywana wciąż na nowo wiara w Boga pozwoliła jej przetrwać. Była na
tyle silna, że w 1945 r. zdecydowała się uciec. Pracowała dorywczo na roli, w
piekarni i jako opiekunka do dzieci.
W 1950 r. Anna Lubczyk została zatrudniona w Gdańskich Zakładach Przemysłu
Tłuszczowego "Amada". "Bogu dziękowałam za ogromną łaskę i cierpliwość, jaką do
mnie miał. Byłam nikim, a teraz jestem robotnicą, robię ważną rzecz" – pisała w
pamiętnikach.
W "Amadzie" nie popracowała długo. Przypadkowo pojawiła się szansa zatrudnienia
w Stoczni Gdańskiej. "Nie spałam całą noc. Modliłam się do Matki Boskiej
Ostrobramskiej i całą noc drżące serce w mej piersi: czy tylko przyjmą mnie do
tej stoczni, czy tylko przyjmą. Ale Matka Boska wysłuchała mnie i w listopadzie
1950 roku przyjęto mnie na kurs dla spawaczy" – opowiadała w 1980 roku.
Przeciw aborcji
Życie Anny Lubczyk tylko pozornie się unormowało. W dalszym ciągu walczyła z
trudami życia. Nie miała swojego mieszkania. W dodatku spotkała ją nieszczęśliwa
miłość… Już w 1950 r. zakochała się w koledze z pracy. Planowali wspólną
przyszłość. Kiedy Anna zaszła w ciążę, Ryszard zaczął jej unikać. Nadużywał
alkoholu i spotykał się z inną dziewczyną. Trauma zdrady i odrzucenia. Tamte
chwile w przejmujący sposób opisała w swoich pamiętnikach: "Postanowiłam
wówczas, że wychowam dziecko sama, w miłości do ludzi i Ojczyzny. Niczego już
dla siebie nie potrzebuję. Trudna to była decyzja. W tamtych czasach, na
początku lat pięćdziesiątych, panna z dzieckiem musiała mieć wiele sił i odwagi.
Nie zastanawiałam się nad możliwością usunięcia ciąży. (…) Weszłam do
kościoła. Tam – długa rozmowa z księdzem, który najpierw mnie groźnie zbeształ,
a potem powiedział: – Nie martw się. Poniosłaś wiele ofiar i wiele
przecierpiałaś, urodzisz zdrowe dziecko. Do takich jak ty Matka Boża biegnie w
jednym pantofelku. Oddaj się Jej w opiekę. Zaczynałam kochać to moje
nienarodzone. We wrześniu 1952 r. przyszedł na świat mój syn. Pojawił się w moim
życiu maleńki, bezradny, i miał tylko mnie. Ja miałam go żywić i ubierać, uczyć
pierwszych słów i kroków, dać mu miłość i poczucie bezpieczeństwa. Cieszyłam się
i bałam równocześnie".
Anna Lubczyk dzieliła życie między syna i stocznię. W komitecie partyjnym kiwali
głowami i mówili: "Jest z was dobry człowiek, ale niestety mówi przez was wróg.
I namawiali mnie, żebym wstąpiła do partii. Nie chciałam". "W Boga wierzę" –
odpowiedziała nagabującym. "Zapisz się, awansujesz – powiedzieli. – A do
kościoła możesz dalej po cichu chodzić". Odmówiła.
Krzyże choroby
W 1964 r. Anna postanowiła wyjść za Kazimierza Walentynowicza – ślusarza z tego
samego wydziału Stoczni Gdańskiej. Pobrali się 26 września 1964 r. w kościele
parafialnym pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego w Gdańsku Wrzeszczu.
Kazimierz dał swoje nazwisko dwunastoletniemu Januszowi. Był dla niego jak
najlepszy ojciec. Jednak radość pierwszego okresu małżeństwa przerwała po roku
informacja o poważnej chorobie Anny. Werdykt lekarzy brzmiał jak wyrok.
Nowotwór, choć we wstępnej fazie, przekreślił marzenia o dzieciach. Anna
zdecydowała się na operację, po której przez pół roku przebywała na zwolnieniu
lekarskim.
Krótko po Grudniu ’70 na Annę Walentynowicz spadły kolejne cierpienia. Tym razem
jej mąż Kazimierz poważnie zachorował. Lekarze zdiagnozowali u niego nowotwór,
który był wynikiem warunków, w jakich pracował w stoczni. Anna przez cały czas
opiekowała się mężem. Sytuacja była na tyle poważna, że w lipcu 1971 r. zwróciła
się z prośbą o urlop bezpłatny z powodu "bardzo ciężko chorego męża". Kazimierz
zmarł w październiku 1971 roku. Anna znów została sama. Wykonała dla niego
nagrobny krzyż. Zespawała z solidnego żelaza i pomalowała. Symbolem tej
wyjątkowej miłości pozostała na zawsze obrączka, której Anna Walentynowicz nigdy
z palca nie zdjęła.
W Wolnych Związkach Zawodowych
Dzielnie znosiła nowe krzyże. Wiele się modliła. To wiara dawała jej coraz to
nowe siły. W 1978 r. wstąpiła do Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża.
Działalność antykomunistyczną godziła z pracą w stoczni. Zaczęły się represje.
Początkowo bardzo się bała. Pytała samą siebie, czy jest w stanie znosić
represje i deptanie godności. Tak o tym pisze w swoich wspomnieniach: "Po tym
pierwszym aresztowaniu pobiegłam z płaczem do Gwiazdów: – Ja chyba muszę
zrezygnować z działalności. Nie umiem z nimi rozmawiać, są tacy podstępni i
brutalni. Ja jestem taka dumna z tego, że jestem z wami, a muszę to ukrywać,
żeby komuś nie zaszkodzić. Andrzej położył mi dłoń na ramieniu: – Skoro cię
aresztują, to znaczy, że oni się ciebie boją. A jeśli obawiasz się, że możesz
powiedzieć za dużo – nie mów wcale. Andrzej – jak zawsze – krótko i spokojnie
umiał rozwiać moje wątpliwości. Już się nie bałam. Zaciskałam zęby i wiedziałam,
że wytrzymam, że kiedyś musi się to skończyć". Wróciła do pracy i dalej robiła
swoje. To wszystko doprowadziło do jej zwolnienia z pracy 7 sierpnia 1980 roku.
Walka o Mszę Świętą
W jej obronie 14 sierpnia zastrajkowali robotnicy Stoczni Gdańskiej. Po
uratowaniu strajku 16 sierpnia 1980 r. (Lech Wałęsa ogłosił jego zakończenie)
Anna Walentynowicz podjęła się misji zaproszenia do stoczni kapłana, który
następnego dnia, w niedzielę, o godzinie 9.00 miał odprawić Mszę św. pod bramą
stoczniową, w miejscu, w którym poniosło śmierć dwóch robotników w grudniu 1970
roku. Msza św. miała połączyć strajkujących z ludźmi zgromadzonymi pod stocznią.
Jako że stocznia znajdowała się kanonicznie na terenie parafii św. Brygidy
Szwedzkiej, strajkujący poprosili o pomoc proboszcza Henryka Jankowskiego, który
przybył do stoczni krótko po godzinie 18.00 w sobotę, 16 sierpnia. Na dziedzińcu
przed budynkiem dyrekcji stoczni wyraził on zadowolenie z zakończenia strajku i
wezwał do rozejścia się do domów. Walentynowicz nie wiedziała wówczas, że wokół
Mszy św. toczy się misterna gra komunistów i ich tajnych służb, w którą
wciągnięto biskupa gdańskiego Lecha Kaczmarka. Negocjacje zakończyły się późną
nocą (około godziny 3.00). Partyjny sekretarz, wojewoda i biskup gdański
porozumieli się w sprawie Mszy św., choć jeszcze z rana 17 sierpnia delegacja z
Walentynowicz na czele kursowała między kurią, urzędem wojewódzkim a kościołem
św. Brygidy, przełamując ostatnie przeszkody. Punktualnie o godzinie 9.00 przy
ołtarzu polowym na terenie Stoczni Gdańskiej im. Lenina proboszcz parafii św.
Brygidy odprawił Mszę Świętą. Uczestniczyły w niej tysiące osób – strajkujący
robotnicy oraz rzesza ludzi zgromadzona za bramą. "Płakałam, bo jeszcze nigdy
nie przeżywałam tak głęboko radości z uczestniczenia w nabożeństwie; cieszyłam
się za tych wszystkich, którzy powrócili do Boga; czułam ogromną ulgę, że udało
się pokonać 'tor przeszkód’ i wymusić zgodę tych, co rządzą, na odprawienie Mszy
Świętej w stoczni" – wyzna później Walentynowicz.
Pan Jezus w portmonetce
Wielkie zwycięstwo Sierpnia ’80 nie zakończyło cierpień Anny Walentynowicz. Jej
szlachetność i niezłomność były niewygodne dla władz, bezpieki, a nierzadko
również dla kolegów z NSZZ "Solidarność". W kwietniu 1981 r. Prezydium Komisji
Zakładowej NSZZ "Solidarność" w Stoczni Gdańskiej przyjęło uchwałę: "Z uwagi na
nie wywiązywanie się z obowiązku członka Prezydium oraz niegodne reprezentowanie
naszego Związku odwołuje się natychmiastowo kol. Annę Walentynowicz z Prezydium
MKZ Gdańsk". Matkę Sierpnia ’80 i "Solidarności" starano się usunąć z
kierownictwa gdańskiej "Solidarności". Anna Walentynowicz miała poczucie
wielkiej krzywdy. Nastrój przygnębienia potęgowały później wieści o zamachu na
Jana Pawła II (13 maja 1981 r.) i śmierci Prymasa Stefana Wyszyńskiego (28 maja
1981 r.). Gorycz upokorzenia i swoje krzywdy ofiarowała Panu Bogu. Mówiła o tym
z przejęciem na spotkaniu w Gorzowie Wielkopolskim w czerwcu 1981 roku. Jej
przemówienie zarejestrowała na taśmie bezpieka: "Jedynym moim argumentem i to,
co mnie trzyma, to jest obrazek Jezusa, który zawsze noszę przy sobie w
portmonetce. Kiedy jej używam, otwieram i mówię: Boże, uczyń moją twarz nieczułą
na oszczerstwa. Jeżeli ten Człowiek potrafił znieść wszystkie obelgi, pluto na
Niego, bito Go, policzkowano, a On powiedział: 'jeśli mówię nieprawdę, to mi
udowodnij, a jeśli nie, to dlaczego mnie bijesz’. Zawisnął na krzyżu
najniewinniejszy z niewinnych".
"Ofiarować swoje krzywdy Panu Bogu i cierpieć dla Chrystusa" – to jej życiowe
credo, które zwłaszcza w okresie stanu wojennego i kolejnej fali prześladowań
stało się dla niej jak zbroja. Wracała do tego często po wyjściu z internowania
(w lipcu 1982 r.) i więzienia (w marcu 1983 r.). Na początku czerwca 1983 r. na
zaproszenie zmarłego w ostatnim czasie ks. Leona Kantorskiego odwiedziła parafię
św. Krzysztofa w Podkowie Leśnej. Zafascynowani jej postawą ludzie próbowali
dociec, skąd w niej tyle siły, odwagi i nadziei. "Moją nadzieją jest wiara" –
odpowiadała.
Więź z księdzem Jerzym
Uważała, że ma dług do spłacenia wobec tych wszystkich, którzy podczas jej
uwięzienia otaczali ją modlitwą i publicznie jej bronili. Kiedy krótko po
wyjściu z więzienia dowiedziała się, że w kościele św. Stanisława Kostki w
Warszawie ks. Jerzy Popiełuszko odprawia Msze św. w intencji Ojczyzny, uznała:
"Mnie też nie może tam zabraknąć". Jak pomyślała, tak zrobiła. Zaprzyjaźniła się
z niepokornym kapłanem z Żoliborza. "Rozmowy z ks. Jerzym sprawiały mi ogromną
radość, dodawały sił i woli działania" – wspominała. "Wzmocniona duchowo,
wędrowałam dalej".
Do przyjaźni tej przywiązywała szczególną wagę. Dlatego kiedy dowiedziała się o
jego zaginięciu, od razu pojechała do Warszawy. Większość czasu przebywała w
kościele św. Stanisława Kostki, gdzie razem z Sewerynem Jaworskim, Zbigniewem
Romaszewskim i Januszem Onyszkiewiczem angażowała się w powstanie Komitetu
Przeciwko Przemocy, który miał m.in. pomóc w odnalezieniu kapelana
"Solidarności". Od początku nie miała wątpliwości, że za porwaniem stoją władze
PRL, które ustami Jerzego Urbana określały zamordowanego kapłana mianem
"natchnionego politycznego fanatyka" i "organizatora sesji politycznej
wścieklizny". Była wstrząśnięta: "Starałam się odsunąć od siebie najgorsze
przeczucia. Może jeszcze żyje, może można mu pomóc! Trzeba otworzyć świątynie,
modlić się w nich nieustannie w jego intencji, czuwać… Pojechałam do Warszawy.
W kościołach – tłumy, Msze Święte co godzinę. W dzień i w nocy gorące
modlitwy… Po kilku dniach już wszyscy wiemy, że nie żyje. Zamordowany
bestialsko, ze zwierzęcym okrucieństwem. Zostałam w Warszawie do Jego pogrzebu.
W ciągu tych wypełnionych bólem dni wielokrotnie wracałam wspomnieniami do
naszych spotkań".
Myślała, że w społeczeństwie i podziemiu nastąpi jakaś zasadnicza zmiana w
postrzeganiu dyktatury Jaruzelskiego. Miała nadzieję, że ten bestialski mord
ukaże ludziom prawdziwą naturę komunizmu, a wielu działaczy "Solidarności"
pozbawi złudzeń na możliwości porozumienia z "władzą ludową". Nawet w tym czasie
Wałęsa nawoływał do stworzenia "warunków do rozpoczęcia dialogu" z władzą.
Kwestionowała takie stawianie sprawy. Nie była zwolenniczką organizowania
"marszów na komendy milicyjne", ale uważała, że ofiary księdza Jerzego nie
należy wikłać w polityczne projekty porozumienia z komunistami. Nie chciała
dopuścić do relatywizowania i pomniejszenia ofiary księdza Jerzego. Uważała, że
obowiązkiem kierownictwa podziemia "Solidarności" jest zorganizowanie wielkiego
społecznego protestu przeciwko reżimowi, przełamanie społecznej apatii i
bierności. Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki odbył się w sobotę, 3 listopada. Dla
Anny Walentynowicz był jak droga krzyżowa. Przyrzekała sobie, że będzie
kustoszem pamięci księdza Jerzego i propagatorem jego dzieła: "Jego śmierć
odczułam jak stratę kogoś bardzo bliskiego. Do Suchowoli, rodzinnej miejscowości
księdza Jerzego, zorganizowałam pielgrzymkę z Gdańska. Chciałam poznać jego
rodziców i rodzeństwo, dzielić ich ból i rozpacz. Dzięki solidarnej postawie
przyjaciół księdza Jerzego sprowadziliśmy z Podhala maszyny rolnicze,
nieprzydatne w warunkach górskich, przeprowadziliśmy remont jego rodzinnego
domu. Tyle można było zrobić dla żywych, a Jemu przyrzekłam kontynuować dzieło,
za które oddał życie".
Anna Walentynowicz postanowiła, że przyczyni się do budowy pomnika ks. Jerzego
Popiełuszki w jego rodzinnej Suchowoli. Poświęciła się zbieraniu środków
finansowych na jego budowę. Najbliższymi towarzyszami tej niełatwej misji było
małżeństwo Janiny i Szymona Mirerów. Już po śmierci Szymona Janina
Natusiewicz-Mirer (również zginęła 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie
smoleńskiej) namówiła Annę Walentynowicz do założenia Fundacji Promocji Sztuki
Sakralnej, która doprowadziła do końca sprawę budowy pomnika.
Pod koniec 1990 r. ziściło się wreszcie wielkie marzenie Anny Walentynowicz.
Dzięki jej staraniom, ofiarności wielu ludzi i przychylności ludzi Kościoła w
październiku 1990 r. w kościele parafialnym pw. św. Apostołów Piotra i Pawła w
Suchowoli stanął ponad 2,5-metrowy pomnik ks. Jerzego Popiełuszki autorstwa
Łucji Skomorowskiej. U stóp pomnika, na pamiątkowej tablicy wyryto słowa:
"Pomnik powstał staraniem osób, które utworzyły Fundację Promocji Sztuki
Sakralnej im. Szymona Mirera i Anny Walentynowicz". Był to jej symboliczny
podpis pod przyrzeczeniem, jakie złożyła w 1984 r. nad grobem zamordowanego
kapelana "Solidarności".
Czas znaczony walką o przetrwanie
Życie Anny Walentynowicz było jak ciągła walka, bez odpoczynku i bez kresu.
"Kilka lat szarpałam się, żyłam tak, jak żyli inni, jeździłam po kraju i
spotykałam się z ludźmi" – wspominała prawie dwadzieścia lat temu. "Znałam ks.
Popiełuszkę i przeżyłam jego śmierć, robiłam głodówki, siedziałam w więzieniu za
próbę zorganizowania strajku w pierwszych dniach stanu wojennego. Potem
próbowałam wmurować na Śląsku tablicę w rocznicę masakry w 'Wujku’, wcześniej
internowano mnie w Gołdapi. Mam za sobą pobyt w więzieniach w Tczewie i Gdańsku,
w szpitalu psychiatrycznym na Rakowieckiej, potem w Katowicach, Lublińcu,
Bytomiu i w szpitalu więzienia Montelupich w Krakowie. Kilka straconych lat, o
których mogłabym mówić długo i czasem nawet z ciepłem w sercu. Czas znaczony
także walką o przetrwanie, dorywczą pracą przy zbiorze owoców i w ogrodnictwie".
Pani Aniu, dziękujemy za Pani życie i za wszystko, co Pani dla nas zrobiła.
Polska o Pani nigdy nie zapomni!
Dr Sławomir Cenckiewicz
Autor jest historykiem, autorem wielu prac naukowych i źródłowych, m.in. "Sprawa
Lecha Wałęsy", Poznań 2008 (wyróżniona nagrodą w konkursie literackim im. Józefa
Mackiewicza w 2009 r.), "Gdański Grudzień ’70. Rekonstrukcja. Dokumentacja.
Walka z pamięcią", Gdańsk – Warszawa 2009 oraz biografii Anny Walentynowicz
"Anna Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki
(1929-2010)", Poznań 2010, której fragmenty zostały wykorzystane w artykule.
