Pacjent jeszcze poczeka

Trzy lata kierowania resortem zdrowia przez minister Ewę Kopacz to czas
dla służby zdrowia nieodwracalnie zaprzepaszczony. Zamiast działań naprawczych –
propaganda, marazm i zaledwie kosmetyczne zmiany, często wymuszane przez doraźne
działania będące reakcją na liczne sytuacje kryzysowe i skandale, które w
minionych latach nękały nasz system opieki zdrowotnej.

Na początek musimy sobie postawić pytanie: co tak naprawdę zrobił rząd dla
poprawy bezpieczeństwa zdrowotnego Polaków. Niewiele, a raczej zgoła nic, co
poprawiłoby zaufanie obywateli do systemu ochrony zdrowia w Polsce. Polacy mogą
przecież oczekiwać, by ich konstytucyjne prawo do równego dostępu do leczenia
było należycie respektowane. Mają prawo oczekiwać, że bez zbędnej zwłoki będą
leczeni możliwie najnowocześniejszymi metodami, z użyciem dobrych leków,
materiałów i sprzętu medycznego. Jesteśmy przecież krajem, którego potencjał,
zasobności i dobra jakość kadr medycznych te oczekiwania usprawiedliwiają.
Jak jest, każdy widzi. Nie jest to tylko opinia polityków opozycji. Nie jest to
również jedynie opinia polskiego społeczeństwa. Stan polskiej służby zdrowia pod
kątem sprawności, jakości usług zdrowotnych monitorują również niezależne
instytucje polskie i międzynarodowe. W badaniach prowadzonych przez Unię
Europejską wypadliśmy bardzo źle – w rankingu opublikowanym w bieżącym roku
Polska zajmuje jedno z końcowych miejsc. Wyprzedziliśmy Bułgarię, Rumunię i
Albanię (sic!), ale – co ciekawe – w ocenie czasu oczekiwania na leczenie
szpitalne (dostępności do świadczeń zdrowotnych) wyprzedziła nas nawet
wymieniona wyżej Albania.

Jaka alternatywa dla prywatyzacji
Jak te oceny mają się do zapowiedzi polityków Platformy Obywatelskiej? Donald
Tusk w swoim exposé z 2007 r. mówił: "Przejmując odpowiedzialność za Polskę,
podejmujemy się zapewnić większe bezpieczeństwo zdrowotne obywatelom. Trudne to
zadanie, bo stan ochrony zdrowia jest katastrofalny. Naprawa tego systemu będzie
jednym z absolutnie pierwszoplanowych zadań rządu. My ten system naprawimy,
oszczędzając ludziom, pacjentom, lekarzom, pielęgniarkom słów, a gwarantujemy
szybkie decyzje". I dalej: "Musimy pokonać zmorę wielomiesięcznego oczekiwania
przez pacjentów na poradę lub zabieg, bo to wielomiesięczne oczekiwanie to
czasami, niestety, wyścig ze śmiercią", "Koalicja Platformy Obywatelskiej i
Polskiego Stronnictwa Ludowego, i mój rząd będą gwarantami wzrostu wynagrodzeń w
ochronie zdrowia". Donald Tusk, podsumowując tzw. biały szczyt, wiosną 2008 r.,
już na wstępie odrzucił zdecydowaną liczbę wynegocjowanych wniosków i
rekomendacji. Tym niemniej trzeba stwierdzić, że zapewnił, jak to ma w swoim
zwyczaju, klnąc się na wszystkie świętości, że w 2010 r. nakłady na opiekę
zdrowotną wzrosną poprzez podniesienie składki zdrowotnej o 1 procent.
Co z tych zapowiedzi pozostało – każdy z Czytelników może odpowiedzieć sobie sam
na podstawie osobistych kontaktów ze służbą zdrowia. Wiadomo, że nie rozwiązano
żadnych problemów. Przecież przyjęcie przez Sejm i podpisanie przez prezydenta
ustawy o prawach pacjenta – ustawy fasadowej, pełnej frazesów i zapewnień, że to
pacjent jest najważniejszy, niewiele zmieniło. Od momentu jej wejścia w życie
nikt nie respektuje zawartych w niej norm prawnych. Co prawda ustanowiła ona
instytucję Rzecznika Praw Pacjenta, ale czy ktokolwiek słyszał o podjętych przez
tę instytucję działaniach, których efektem byłaby poprawa położenia osób
chorych? Wszystkie sygnały dotyczące zagrożenia zdrowia i życia polskich
pacjentów, a było ich w minionych trzech latach niemało (że wspomnę chociażby
skandal z zaniechaniem leczenia śmiertelnie chorych na nowotwory przez odmowę
finansowania kosztów drogich, ale skutecznych leków), były przedstawiane i
nagłaśniane przez dziennikarzy. Instytucje państwowe: Ministerstwo Zdrowia,
Rzecznik Praw Pacjenta, Narodowy Fundusz Zdrowia, żadnych zagrożeń oczywiście
nie dostrzegały, a jeżeli już, to bagatelizowały zaistniałą sytuację lub
najczęściej przerzucały winę na śp. prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego, który
blokował rzekomo świetlane reformy. Swoją drogą, paradoksalnie to właśnie śp.
Lech Kaczyński okazał się mężem stanu i osobą, która miała na uwadze przede
wszystkim dobro pacjenta, wetując chociażby ustawę prywatyzującą szpitale,
forsowaną przez nieodpowiedzialny rząd, który uważał to rozwiązanie za panaceum
na wszystkie bolączki ochrony zdrowia. Pamiętamy dobrze, jak wściekle i jakimi
kalumniami za ten sprzeciw atakowali prezydenta politycy PO. Przypomnijmy, że w
zapowiadanej obecnie tzw. jesiennej ofensywie legislacyjnej, w ustawie o
systemie lecznictwa nie ma już słowa o przymusowych i bezwarunkowych
przekształceniach szpitali w spółki prawa handlowego. Sam Bronisław Komorowski w
trakcie kampanii wyborczej wielokrotnie zapowiadał, że nie dopuści do
prywatyzacji polskich szpitali (swoją drogą, zobaczymy, czy dotrzyma słowa).

Pięć lat w kolejce do okulisty
Szeroko propagowana – i odtrąbiona jako wielki sukces rządu – ustawa o koszyku
świadczeń gwarantowanych (tzw. ustawa koszykowa) okazała się już na samym
początku wielkim bublem legislacyjnym. Była powodem ogromnych perturbacji i
zamieszania związanego z kontraktowaniem przez NFZ świadczeń zdrowotnych na rok
2010. Zdecydowana większość szpitali podpisywała kontrakty, nie jak to określały
stosowne przepisy prawne w grudniu 2009 r., a dopiero wiosną 2010 r., co było
poprzedzone falą napięć i akcji strajkowych w szpitalach. Czy skorzystał na tym
polski pacjent? Czy dzięki temu skróciły się kolejki oczekujących na wizytę u
lekarza specjalisty lub zabieg operacyjny w szpitalu? Wszyscy wiemy, że nie! Na
dowód tego wystarczy zapoznać się z raportem Najwyższej Izby Kontroli z sierpnia
bieżącego roku, dotyczącego dostępności do leczenia w Polsce. O ironio, wbrew
licznym zapowiedziom o skróceniu kolejek do leczenia, na niektóre zabiegi – np.
okulistyczne, ortopedyczne, polski pacjent czeka w kolejce mniej więcej pięć
lat! Nie wspomnę w tym miejscu o kolejkach do specjalistów – kardiologów,
neurologów, endokrynologów itd. Każdy z Czytelników doskonale wie, że okres
oczekiwania jest koszmarnie długi i jedyną alternatywą skutecznego działania
naprawczego rządu jest konieczność skorzystania z gabinetu prywatnego.
Skoro polscy pacjenci nie mogą wskazać jakichkolwiek sukcesów tego rządu, które
poprawiłyby ich los, to koniecznie trzeba zadać sobie pytanie, czy może
skorzystali na nich pracownicy ochrony zdrowia. Mieli przecież godnie zarabiać.
Płace w polskiej służbie zdrowia uległy straszliwej destabilizacji. Nieliczni
zarabiają ogromne pieniądze. Zdecydowana większość, w tym dwieście tysięcy
pielęgniarek i położnych, nie może pochwalić się znacznymi podwyżkami płac w
ubiegłych latach. Ostatnią znaczącą podwyżką dla wszystkich pracowników ochrony
zdrowia był 30-procentowy wzrost wynagrodzeń przeprowadzony przez rząd Prawa i
Sprawiedliwości. Mimo to pielęgniarki i położne nadal mamione są nierealnymi
obietnicami znaczącego wzrostu płac bez jakiegokolwiek pokrycia w faktach.
Wiarygodność Donalda Tuska w kontekście zapowiadanego wzrostu nakładów na służbę
zdrowia poprzez podniesienie składki zdrowotnej o 1 proc. w 2010 r. pozostawiam
do oceny Polakom.
Wynikiem zaniechania podniesienia nakładów jest wzrost, ale nie dostępności
nowocześniejszego leczenia czy zarobków pracowników, tylko wzrost zadłużenia
polskich szpitali. Czym to grozi? Potrafimy to sobie wyobrazić.
Zapowiadana przez PO wielka ofensywa legislacyjna przed nami. Co przyniesie?
Doświadczenie trzech lat rządów tej partii uczy, że poza propagandą, tanimi
obietnicami polski pacjent, lekarz, pielęgniarka nic nie zyskają.

Bolesław Piecha
Autor jest lekarzem, posłem Prawa i Sprawiedliwości; był wiceministrem zdrowia w
rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

drukuj