Opowieść o ojcu
Eugeniusz Malinowski ostatni raz widział swojego ojca Czesława 6 lutego 1941
roku. Miał wtedy niespełna osiem lat. Do domu, w którym się ukrywali we Włocławku,
wtargnęli dwaj uzbrojeni tajniacy. Aresztowali rodziców i gospodarzy. W czasie
przemarszu przez miasto ojciec próbował uciekać. Jeden z Niemców strzelił.
Ojciec padł na ulicy, ciężko ranny.
Czesław Malinowski, ojciec Eugeniusza, urodził się w 1906 r. we Włocławku.
W rodzinie od pokoleń kultywowano tradycje raczej kupieckie, handlowe, rachmistrzowskie
niż zainteresowania lasem czy gospodarką rolną. Przedziwny zbieg okoliczności
sprawił, że wybrał profesję leśnika. Jechał z kolegą pociągiem do Torunia,
gdzie obydwaj mieli złożyć papiery do szkoły handlowej. W ich przedziale jechał
też inspektor Dyrekcji Lasów Państwowych z Torunia. Wywiązała się dyskusja,
w efekcie której Czesław – za namową inspektora – zdecydował się pójść do szkoły
dla leśniczych w Margoninie. Szkoła przygotowywała dobrych fachowców. Absolwenci
nie mieli problemów ze znalezieniem pracy, tym bardziej że po okresie zaborów
niepodległa Polska i całkiem młoda firma Polskie Lasy Państwowe pilnie ich
potrzebowały. Po ukończeniu Margonina Czesław trafił na praktykę do leśnictwa
Pieczenia w nadleśnictwie Popioły koło Torunia. Obejmowało ono również lasy
położone obok Służewa, w którym od lat, po wyprowadzeniu się z Włocławka, mieszkała
rodzina. Sprawy zawodowe układały się dobrze. Po dwóch latach został leśniczym.
Poznał w tym czasie Stanisławę Godziątkowską, z którą ożenił się w 1932 roku.
Matka – jak wspomina pan Eugeniusz – była kobietą niezwykle pracowitą. Wywodziła
się z rodziny kupieckiej. Jej rodzice jeszcze za czasów carskich mieli dom
i sklep kolonialny w Służewie. Ojciec prowadził zakład szewski, w którym zatrudniał
sześciu pracowników. Stanisława od dziecka pracowała z rodzicami i dobrze znała
się na handlu. W posagu otrzymała znaczną sumę pieniędzy i młodzi Malinowscy
postanowili spróbować szczęścia w gospodarstwie. Efekty tej dodatkowej działalności
nie były jednak zadowalające. Ani ojciec, ani matka – wspomina pan Eugeniusz
– nie znali się na gospodarce. Ojciec dbał przede wszystkie o swoje leśnictwo,
ale myślał też, żeby przenieść się na inne stanowisko w Lasach Państwowych,
bardziej związane z rachunkowością i ekonomią. Taka okazja nadarzyła się wkrótce.
Dowiedział się w Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu, że jest wolne miejsce
kasjera i sekretarza w nadleśnictwie Wejherowo. Długo się nie zastanawiając,
w 1936 r. przeniósł się wraz z żoną i dwojgiem małych dzieci nad morze. Eugeniusz
urodził się w 1933 r., a jego siostra Jadwiga rok później.
Pan Eugeniusz dobrze pamięta mieszkanie w Wejherowie. W jego wspomnieniach
to najbardziej beztroski i pomyślny okres w życiu rodziny: stabilny byt materialny,
pogodna atmosfera, często goszczący w ich domu ludzie w mundurach – leśnicy
i wojskowi. Do świadomości sześcioletniego dziecka nie docierały informacje
o narastającej groźbie napaści ze strony Niemiec.
Wojenna tułaczka
We wrześniu 1939 r. wybuchła wojna. Do Wejherowa wkroczyli Niemcy. Listy Polaków
przeznaczonych do likwidacji mieli już gotowe. Znaleźli się na nich przede
wszystkim przedstawiciele inteligencji: nauczyciele, lekarze, inżynierowie,
wyżsi urzędnicy, działacze kultury i wszyscy kojarzeni z polskim patriotyzmem,
jak choćby członkowie Polskiego Związku Zachodniego czy uczestnicy powstań
wielkopolskich. Wkrótce tragicznie zasłynęła położona blisko Trójmiasta Piaśnica.
W czasie wojny Niemcy zamordowali tam ponad 12 tys. Polaków.
Jeszcze we wrześniu do domu Malinowskich w Wejherowie przyszło dwóch cywilów.
Ojciec był w pracy, gdyż nadleśnictwo – chociaż pod kontrolą okupanta – stale
funkcjonowało. Cywile dali kwadrans na spakowanie się, a sami pojechali po
ojca do nadleśnictwa. Okazało się, że jako przyjezdni z centralnej Polski –
rodzina Malinowskich zostanie wysiedlona do Generalnej Guberni. Razem z innymi
mieszkańcami Wejherowa i okolic załadowano ich do bydlęcych wagonów i pociąg
ruszył na południe. Nie ujechał jednak daleko i po paru godzinach powrócił
do Wejherowa. Okazało się, że wojsko niemieckie przejmuje wagony pilnie potrzebne
na użytek działań wojennych. Przesiedleńcy otrzymali komunikat, że pod karą
śmierci należy stawić się na peronie nazajutrz o ósmej rano.
Po powrocie do domu ojciec zdecydował, że nie będą jechali w nieznane. Cała
rodzina wróci do Służewa, gdzie mieszkali rodzice i krewni. O północy wsiedli
do pociągu i nazajutrz dotarli na miejsce. Tu jeszcze napotkali wycofujące
się na Włocławek i Warszawę wojska polskie. Po kilku dniach i do Służewa wkroczyli
okupanci. Zaprowadzili nowe porządki. Władzę przejęli Niemcy, w tym kilku miejscowych.
Przyjazd Malinowskich skrzętnie odnotował funkcjonariusz w mundurze SS, niejaki
Rychert, który kilka lat wcześniej zajmował się końmi w gospodarstwie leśniczego
z leśnictwa Pieczenia… właśnie Czesława Malinowskiego. Widać nie wspominał
go źle, skoro przyszedł do ojca na rozmowę, w której grzecznie zaproponował
przyjęcie volkslisty, po czym obiecał, że postara się, by ojca przywrócono
na stanowisko leśniczego. Ojciec dla zwłoki odpowiedział, by dał mu czas na
porozumienie się w tej sprawie z rodziną. Był to oczywiście wybieg, gdyż ojciec
– jako członek przedwojennego Wojskowego Przysposobienia Leśników – nie wyobrażał
sobie własnego podpisu na niemieckiej liście. Zdaje się, że i Rychert to zrozumiał,
bo już nazajutrz pod dom teściów Czesława – Godziątkowskich, w którym zatrzymała
się rodzina Malinowskich, zajechali żandarmi niemieccy z nakazem aresztowania.
Teściowa prowadząca sklep sprytnie wywiodła ich w pole, twierdząc, że nie ma
zięcia w domu. Tego dnia Niemcy aresztowali miejscowego organistę Franciszka
Kanię oraz właściciela pobliskiego majątku w Przybranowie – Stanisława Hałasa.
Dziedzic Hałas cieszył się w miejscowym środowisku nieposzlakowaną opinią dobrego
i życzliwego człowieka. Po 16 miesiącach, gdy Malinowscy ukrywali się już we
Włocławku, Kaniowa – żona organisty, otrzymała wiadomość z niemieckiego obozu
koncentracyjnego w Gusen, że jej mąż zmarł na serce. Miał 41 lat. Podobny
los spotkał dziedzica.
Tymczasem Czesław Malinowski ukrywał się kilka dni u leśniczego Friszke, później
w odległym o cztery kilometry Aleksandrowie Kujawskim, po czym przeniósł się
do Włocławka. Zamieszkał z rodziną u swojego krewnego Zygmunta Józefczaka,
który prowadził przy placu Wolności największą stolarnię w mieście. Z czasem
tam też znalazł zatrudnienie. Wśród pracowników był szpicel niemiecki, który
wyraźnie śledził ruchy Malinowskiego. Pan Eugeniusz wspomina, że ojciec zorientował
się i już był przygotowany do wyjazdu na teren Generalnej Guberni do innego
krewniaka, który był nauczycielem w wiejskiej szkole pod Hrubieszowem. Z jakichś
powodów odłożył swój wyjazd o dzień czy dwa i wówczas, 6 lutego 1941 r. około
godziny dziesiątej rano do domu wkroczyli tajniacy z bronią. Ustawili rodziców
i gospodarzy pod ścianą. Przeprowadzili rewizję, po czym całą czwórkę postanowili
doprowadzić do posterunku żandarmerii. Ojciec wiedział, że to nie przelewki.
Czekał go niechybnie los Kani i Hałasa. W czasie przemarszu przez miasto uprzedził
jeszcze swoją żonę, że w tłumie spróbuje ucieczki. Tak też zrobił. Jeden z
tajniaków wyjął broń i strzelił. Ojciec padł ciężko ranny. Niemcy zabrali go
do szpitala. Żonie nie zezwolili na wizytę. Nazajutrz powiadomili, że zmarł.
Miał 35 lat. Kilka dni później we Włocławku odbył się jego pogrzeb.
Po pogrzebie Czesława Malinowskiego jego żona z dziećmi wróciła do swojej matki
do Służewa. Dom rodzinny zajęli Niemcy; matka mieszkała w oficynie i tam wprowadziła
się Stanisława z dziećmi – Eugeniuszem i Jadwigą. Było ciężko, jednak szczęśliwie
dotrwali do końca wojny.
Komuniści
dokończyli dzieła
Przez kolejne dwa lata, już w Polsce Ludowej, z wielkim trudem i ciężką pracą
babcia z synem Piotrem i matką pana Eugeniusza wybudowali nowy sklep. Był to
koszmarny czas ciągłych rewizji, dręczenia i przesłuchań prowadzonych tym razem
już przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej. Wrogi
stosunek do prywaciarzy i przedwojennych krwiopijców demonstrowali również
członkowie miejscowej organizacji PPR. Czołowe stanowiska w tych organach nowej,
ludowej władzy zajmowali często ubożsi, pozbawieni jakiegokolwiek wykształcenia
mieszkańcy okolicy, którzy zwietrzyli szansę swoistego odegrania się i zemsty
na niedawnych panach.
– Szczególnie ciężko i ofiarnie pracowała matka – wspomina pan Eugeniusz. Gdy
sklep był już ukończony, postanowiła tydzień odpocząć. Słabość, wycieńczenie
fizyczne i psychiczne były jednak na tyle wielkie, że zaniemogła całkowicie.
Z łóżka już się nie podniosła. Zmarła po trzech tygodniach, w wieku zaledwie
38 lat.
Eugeniusz Malinowski i jego siostra Jadwiga zostali sierotami. Z tej racji
do pełnoletniości otrzymywali od państwa rentę po ojcu w wysokości… 48 złotych,
co wystarczało na kilka bochenków chleba. Pomoc ze strony rodziny nie mogła
być zbyt wielka, bo po wojnie wszyscy klepali biedę. Pan Eugeniusz miał kłopoty
ze znalezieniem pracy, a to ze względu na niewłaściwe pochodzenie. Z tego samego
powodu odmówiono jego siostrze przyjęcia do gimnazjum w Toruniu. Po licznych
perypetiach pan Eugeniusz trafił do pracy w lesie jako robotnik fizyczny w
nadleśnictwie Popioły, w tym samym, gdzie swego czasu jako praktykant, a później
leśniczy pracował jego ojciec Czesław.
Tymczasem ubowcy byli konsekwentni. W krótkim czasie, do 1950 r. doprowadzili
do likwidacji wszystkich siedmiu sklepów w Służewie. Babcia pana Eugeniusza
– właścicielka jednego z nich
– została dodatkowo skazana na trzy miesiące więzienia i grzywnę 24 tys. zł,
co było sporą kwotą na ówczesne czasy. Taki też był koniec prywatnej inicjatywy
rodzin Malinowskich i Godziątkowskich w Służewie za czasów Polski Ludowej.
Pan Eugeniusz pracował później w straży leśnej na terenie Dyrekcji Lasów Państwowych
w Toruniu, a następnie w administracji lasów państwowych na Wybrzeżu. W końcu
znalazł spokojną przystań na stanowisku leśniczego w Lasach Miejskich Sopotu.
Tu przepracował dwadzieścia lat, do 1982 r., kiedy to przeszedł na emeryturę.
Tadeusz
Chrzanowski
