Operacja „kampania”
Z prof. Henryką Kramarz z Instytutu Informacji Naukowej i
Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie rozmawia
Marcin Austyn
Czym tegoroczna kampania prezydencka różniła
się od wcześniejszych?
– Ta kampania – przynajmniej oficjalnie –
była krótsza. Trzeba jednak pamiętać, że niektóre partie polityczne
zaczęły ją w sposób zakamuflowany uprawiać już znacznie wcześniej.
Według mnie, w przypadku Platformy Obywatelskiej nastąpiło to w momencie
rezygnacji Donalda Tuska z ubiegania się o fotel prezydencki, co miało
miejsce pod koniec stycznia br. Premier Tusk, według prawicowych mediów,
uczynił to pod naciskiem tzw. układu, czyli sił politycznych swojej
organizacji. Wydaje się, że nie miał innego wyjścia i nawet gdyby nie
zrezygnował, to i tak ów „układ” poparłby innego, swojego człowieka. Był
to więc dla premiera swego rodzaju „dobrowolny przymus”, który miał już
jednak charakter operacji „kampanijnej”, podobnie zresztą jak tzw.
prawybory zorganizowane przez PO 17 lutego br. Były one zabiegiem typowo
propagandowym, nazywanym na wielu portalach internetowych „szopką” albo
„spektaklem medialnym”. Celem oczywistym tych działań pozostawało
wypromowanie Bronisława Komorowskiego.
Nikt zimą nie myślał,
że wybory odbędą się w czerwcu. Przecież przesunięcie terminu wyborów
zostało wymuszone tragiczną śmiercią Lecha Kaczyńskiego.
– I
właśnie wtedy, po tragedii smoleńskiej, ruszyła właściwa kampania
wyborcza. PO kierowała się w niej wyłącznie tzw. PR, czyli
kształtowaniem wizerunku polityka przez określone oddziaływania medialne
na społeczeństwo, aby postrzegało go takim, jak chce PR, a nie takim,
jakim jest naprawdę. Zaczęto także operować wokół przewidywanego
kandydata na prezydenta z ramienia Prawa i Sprawiedliwości – Jarosława
Kaczyńskiego, rozpowszechniając o nim czy o jego krewnych oszczerstwa i
złośliwe plotki. Media „układu” próbowały, jak się wydaje, sprowokować
Jarosława Kaczyńskiego do zdenerwowania, by móc insynuować, że jest on
konfliktowym politykiem. On jednak przyjął zupełnie inną od spodziewanej
taktykę. Nawet w tym trudnym dla siebie – z przyczyn osobistych –
czasie udało mu się udowodnić, że nie tylko jest mężem stanu, patriotą
dbającym o interesy polskiego społeczeństwa, ale i znakomitym
politycznym taktykiem. Wcześniej także Lech i Jarosław Kaczyńscy oraz
ich zaplecze polityczne odpowiadali rzeczowo i spokojnie na nagonki w
mediach, co było wykorzystywane przeciwko nim.
Ta kampania
miała być stonowana, wyciszona. Czy tak było?
– Na pewno niektóre
komitety wyborcze poczyniły w tym kierunku starania. W skład komitetu
wyborczego np. Jarosława Kaczyńskiego weszły osoby umiarkowane,
koncyliacyjne, które niełatwo było zaczepiać. Sam Jarosław Kaczyński
nawoływał do zakończenia „wojny polsko-polskiej”, dając świadectwo temu,
że to nie on ją inspirował. Społeczeństwo pojęło to bezbłędnie, gdyż
pamiętało, jak haniebnie atakowany i byle jak prezentowany w mediach był
Lech Kaczyński. Po katastrofie smoleńskiej niejako z konieczności
pokazano, jakim naprawdę był człowiekiem i politykiem.
Czy w
kampanii PiS wykorzystano do celów „promocyjnych” pamięć o zmarłym
prezydencie RP?
– Media starały się wmówić społeczeństwu, że
Jarosław Kaczyński wykorzystuje w swojej kampanii wyborczej tragedię
smoleńską, ale moim zdaniem było odwrotnie. To klasyczny manewr PR-owski
– skradanie jednym pozytywnego wizerunku, a retuszowanie innych.
Wspomnę tylko, że np. jednego z kandydatów przedstawiano jako hrabiego z
dziada pradziada, wielkiego patriotę, szanującego tradycje narodowe,
odwiedzającego drogie Polakom miejsca, jak np. Muzeum Powstania
Warszawskiego, co przybierało czasami komiczny charakter.
Wyborcy
mieli czas, by wyrobić sobie pogląd na temat kandydatów – chociażby
podczas debat?
– Problem w tym, że kandydat PO Bronisław
Komorowski unikał bezpośredniej debaty z Jarosławem Kaczyńskim, a
przecież to oni toczyli bezpośrednią walkę o urząd prezydenta RP.
Przypomnę, że podczas ostatniego wystąpienia Bronisława Komorowskiego w
kampanii, w dzień przed ciszą wyborczą, marszałek mówił „bez kartki”,
tak jak zazwyczaj czyni to Jarosław Kaczyński. Jednak to wystąpienie
było niskich lotów. Komorowski mówił, jak zauważała prasa, „o wszystkim i
o niczym”. Nawet dziennikarz „Gazety Wyborczej” stwierdził, że mówił
„od rzeczy”.
Nieodłącznym elementem kampanii wyborczych są
sondaże. Ponownie mogliśmy tu obserwować rzekomą pogoń za liderem
Bronisławem Komorowskim…
– Sondaże były jednym z torów kampanii
wyborczej. Wydawały się one mocno naciągane. Wcześniejsze komunikaty
donosiły o ciągle rosnącej przewadze Bronisława Komorowskiego,
sięgającej blisko 20 procent, a nagle w przededniu ciszy wyborczej
telewizja publiczna podała, że przewaga ta wynosi 2-4 procent.
W
maju Polskę dotknęła powódź. Jak tę klęskę wykorzystały sztaby
wyborcze?
– Władze PO oraz Bronisław Komorowski zamiast
organizować pomoc, pokazywali się w miejscach powodzi wyłącznie w celu
sfotografowania i uwiecznienia przez zaprzyjaźnione media. W tych
warunkach zbyt mało dyskutowano o programach wyborczych kandydatów i ich
„pomyśle na Polskę”. Wydaje mi się, że starał się o tym mówić kandydat
PiS, ale nie zawsze znajdowało to odzwierciedlenie w mediach. Pozostali
kandydaci także byli mało widoczni. Pewną niespodziankę sprawił Grzegorz
Napieralski, którego przewaga w sondażach niespodziewanie wzrosła z 4
do 13 procent. W jego kampanii było wiele zabiegów PR-owskich i trochę
demagogii, ale także pewnych niezłych pomysłów najwyraźniej docenionych
przez lewicowców. Od Napieralskiego odwrócili się jednak bardziej
liberalni politycy SLD, jak Aleksander Kwaśniewski i Władysław
Cimoszewicz. Popierali go natomiast Wojciech Jaruzelski i Leszek Miller.
Z kolei kampania kandydata Polskiego Stronnictwa Ludowego Waldemara
Pawlaka była „sympatyczna” i pełna towarzyskich gestów. Podsumowując –
mimo wyjątkowego charakteru i czasu prowadzenia kampanii – każdy
obserwator życia politycznego mógł wśród kandydatów znaleźć „swojego
prezydenta”, zgodnie z łacińską zasadą: „Utrum placet, sumite”
(Wybierajcie, co wam się podoba).
W Pani ocenie frekwencja w
pierwszej turze wyborów była na zadowalającym poziomie?
–
Pierwsze dane wskazują, że była ona wyższa niż w ostatnich wyborach
prezydenckich. To świadczy o pogłębiającej się dojrzałości naszego
społeczeństwa.
Jaki wpływ na ten wynik mogły wywrzeć
katastrofa pod Katyniem i klęska powodzi?
– Nieszczęścia
zazwyczaj albo wyrywają ludzi z inercji, albo ich pogrążają. Katastrofa,
jaką przeżyliśmy 10 kwietnia, i bieg wypadków następujących potem były
dla naszego Narodu wielką traumą. Tragiczna śmierć prezydenta RP i 95
towarzyszących mu parlamentarzystów, osób wysokiej rangi w służbie
publicznej i społecznej, w większości z prawicy polskiej, wstrząsnęła
całym społeczeństwem. Wydaje się, że trauma ta jednak zintegrowała
zdecydowaną większość Polaków w kraju i na świecie. Dlatego tak masowo
uczestniczyli w uroczystościach pogrzebowych ofiar katastrofy i obecnie
nieco liczniej w wyborach. Także ostatnia powódź była doświadczeniem
pouczającym, że o wspólny dach nad głową, jakim jest Polska, musimy dbać
wszyscy, że frazesami nie da się zastąpić konkretnej pomocy, że nie
można zabiegać o pomnażanie wszelkimi sposobami własnego dobytku, kiedy
zagrożony jest byt wielu ludzi, a także – że troska o obywateli i Naród
ze strony władz musi być dalekowzroczna. Czynników mobilizujących jest
więcej, za taki można również uznać szybko rosnące zadłużenie Polski
wobec krajów Europy Zachodniej oraz USA. Społeczeństwo śledzi to z obawą
i oczekuje poprawy. A jej warunkiem mogą być odpowiedni ludzie w
organach władzy.
Dziękuję za rozmowę.
