On był Wielką Księgą

Wspomnienie o Księdzu Prałacie Zdzisławie Peszkowskim



O Księdzu Prałacie Zdzisławie Peszkowskim z ks. prof. Krzysztofem Pawliną, rektorem Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Warszawie, rozmawia Maria Popielewicz



W jakich okolicznościach poznał Ksiądz Rektor Księdza Prałata Peszkowskiego?


– Księdza Peszkowskiego poznałem na Miodowej, gdy pełniłem funkcję kapelana księdza Prymasa. Przychodził tam często. Niekiedy bez zapowiedzi. Mówił prawie wszystkim na „ty”, witał harcerskim pozdrowieniem „czuwaj”. Zawsze przejęty wielkimi sprawami, roztaczający wizje, biegnący gdzieś dalej i dalej…

Było coś urzekającego w tym człowieku. Nie można się było na Niego obrazić, niczego mieć Mu za złe. Bo wszystko, co czynił, czynił z taką pasją, która nie tylko budziła refleksję, ale potrafił nią zarazić innych.


Wygłosił Ksiądz Rektor laudację w czasie doktoratu ks. Peszkowskiego. Czy mógłby Ksiądz przybliżyć pracę naukową Księdza Prałata?


– Ksiądz Peszkowski nie był naukowcem. Pisał wiele. Publikował książki, artykuły. Ale w Jego życiu było coś ważniejszego niż uprawianie nauki i pisanie książek naukowych.

On sam był Wielką Księgą, zacną Księgą. Pisał ją przez realizację powołania ludzkiego, kapłańskiego i patriotycznego. Gdy otwieramy tę Księgę, wyraźnie zaznacza się jeden z ważniejszych rozdziałów: Orchard Lake. To miejsce studiów teologicznych, filozoficznych i filologicznych Księdza Prałata. Orchard Lake to również miejsce pracy naukowej ks. Zdzisława Peszkowskiego. Był On profesorem literatury języka polskiego w Kolegium i High School. Jego praca dydaktyczna zaowocowała wieloma opracowaniami i podręcznikami do nauki języka polskiego.

Ksiądz Zdzisław Peszkowski między innymi upowszechniał również prace i myśli ks. kard. Stefana Wyszyńskiego w Ameryce. Taki był cel wydania pierwszej biografii ks. kard. Wyszyńskiego w 1969 roku. Później Jego staraniem ukazały się w Ameryce: „Kromka chleba”, „Bochen chleba” – zbiory myśli i aforyzmy z wybranych przemówień i artykułów Prymasa Tysiąclecia.

Z zaskoczeniem odkryłem w tym człowieku rozdział zatytułowany: Jan Paweł II. Czyżby bez Księdza Peszkowskiego nic w świecie się nie działo? Spotkali się na Kongresie Eucharystycznym w Filadelfii, później w Orchard Lake, gdy ks. kard. Karol Wojtyła gościł na sympozjum naukowym.

Ksiądz Zdzisław Peszkowski jest autorem 12 książek o Słudze Bożym Janie Pawle II. W 1980 roku ukazała się książka „Papież wśród swoich” i „Jan Paweł człowiek modlitwy”. Rok później „Karol Wojtyła w Ameryce i Orchard Lake”. Po każdej pielgrzymce do Polski pisał nową książkę. „Niech Ameryka poznaje Papieża – nigdy do Ojca Świętego nie poszedłem, żeby mu nie zanieść nowej książki” – mówił Ksiądz Prałat.

Zmaganie o utrwalenie pamięci Golgoty Wschodu to chyba najtrudniejszy rozdział Księgi, jaką był Ksiądz Prałat Peszkowski. A z naukowych opracowań to niezliczone artykuły, 11 książek autorskich i 20 książek współautorskich.

A najważniejsze prace? Powiedział mi kiedyś, że najważniejsze to: „Ujrzałem doły śmierci” i „Zbrodnia Katyńska w świetle prawa”.

Nieważne, ile napisał książek. Ważniejszy był On sam. Bo był przyjacielem ludzi, o ciepłych miłością oczach, które mówiły, że warto pięknie żyć, aby być taką Księgą.
<br>

Jakie cechy jego charakteru wywarły na Księdzu największe wrażenie?


– To był człowiek, który miał coś w życiu do zrobienia. Czuło się, że ma jakąś misję. Był uparty, niespokojny, jakby czuł, że czegoś nie zdąży…

Ilu On ludziom nazawracał głowy? Ilu miało Go dosyć? On wchodził do gabinetów różnych decydentów i mówił: „To trzeba zrobić i to szybko”. Poczucie misji Katynia.


Zawsze mnie intrygowała Jego sylwetka. Stuła na szyi, różaniec na palcu, jeśli nie dwa. Przyprószone siwizną skronie, roześmiane oczy. A serce? Kto wie, ilu tam ludzi się mieściło. Wszystkich kochał, modlił się za nich. Szli do Niego różni ludzie. Dlaczego?


Bo to był Ksiądz Peszkowski. Historia. Legenda. Ksiądz. Przyjaciel.


Pamięta Ksiądz może jakieś szczególne wydarzenie związane z ks. Peszkowskim?


– Dwie sprawy zostały we mnie bardzo głęboko.

Pierwsza – odwiedziłem Księdza Prałata kiedyś na Dziekanii. W trakcie rozmowy pozwoliłem sobie zapytać go wprost: „Księże Prałacie – przeżył Ksiądz wiele, objechał cały świat, spotykał ważne osobistości, co było najważniejsze w życiu Księdza?”. Bez namysłu odpowiedział: „Ekshumacja. Dotykałem czaszek moich ludzi. Największe szczęście, jakie mnie spotkało. Każdą wydobytą czaszkę brałem w dłonie i namaszczałem kapłańskim błogosławieństwem…”. Chciał coś jeszcze dodać i się rozpłakał. Nie wiem, czy były to łzy szczęścia, czy wzruszenia. Pozostał mi obraz starszego człowieka z tajemniczymi łzami. Było to piękne spotkanie.

I druga sprawa – to sprawa dzwonu, który chciał zawieźć do Katynia na poświęcenie cmentarza. Przyszedł z tym dzwonem na Miodową, aby ks. Prymas go poświęcił. Wszyscy mówili Mu, że nie przepuszczą go z tym dzwonem przez granicę. Patrzyłem na tę inicjatywę z pewną rezerwą. Kilka dni później – Katyń. Tuż przed Mszą Świętą rozległ się dźwięk dzwonu. Przypomniałem sobie to błogosławieństwo na Miodowej. Rozglądam się z wysokości podestu ołtarza i widzę, jak ks. Zdzisław Peszkowski ubrany w komżę i stułę dzwoni przywiezionym z Warszawy dzwonem. Podszedłem do Niego, a On, pociągając za sznur, powtarzał: „Udało się, udało się”. Jaki On był wtedy szczęśliwy! I ten rozchodzący się po lesie pogłos, wzywający jakby do zmartwychwstania.

Ciarki przechodziły po plecach.


Bardzo dziękuję za rozmowę.

drukuj