Oczekuję wyjaśnień od Seremeta
Z Władysławem Protasiukiem, ojcem mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcy
lotu PLF 101 do Smoleńska, rozmawia Marta Ziarnik
Kilkanaście dni temu z Rosji wrócili śledczy i biegli, którzy mieli
dokonać dodatkowych ekspertyz miejsca katastrofy rządowego Tu-154M. Co spodziewa
się Pan znaleźć w przygotowywanych obecnie protokołach?
– Pani redaktor, czego innego niż dotychczas możemy się dziś spodziewać?
Przecież, po pierwsze, Rosjanie trzymają rękę na wszystkim, co nasi śledczy tam
ustalili, i nie pozwolą, by jakieś niewygodne dla nich ekspertyzy ujrzały
światło dzienne. Po drugie, od tragedii minęło już ponad 20 miesięcy i wszystkie
istotne dowody przez ten czas albo zostały zatuszowane, albo samoistnie uległy
zniszczeniu. Dlatego też nie spodziewam się żadnych nowych faktów. Polski zespół
prokuratorów i biegłych co najwyżej dołoży kilka mało znaczących dla śledztwa
szczegółów, na które pozwoli im ostatecznie strona rosyjska.
Kto, Pana zdaniem, ponosi odpowiedzialność za skąpe instrumentarium do
skutecznego działania, w jakie zostali wyposażeni polscy prokuratorzy prowadzący
śledztwo?
– Co do samych liniowych śledczych, to nie mogę mieć do nich zastrzeżeń,
pojechali do Rosji, starali się pracować, wydaje mi się, że jak najlepiej. Na
zdjęciach, które publikował "Nasz Dziennik", widać było, że mierzą te drzewa,
brną w błocie itp. Winę ponoszą ich zwierzchnicy – czyli m.in. gen. Krzysztof
Parulski i pan prokurator Ireneusz Szeląg, którzy nie panują nad sytuacją, a z
racji pełnionych funkcji powinni, pozwalają stronie rosyjskiej o wszystkim
decydować, wszystkim dyrygować.
Prokuratura powołała w charakterze biegłego pilota, który był
przesłuchiwany wcześniej jako świadek. Taki błąd mógł skutkować
zakwestionowaniem całej ekspertyzy, pod którą się podpisał.
– To prawda. Nie rozumiem, jak Wojskowa Prokuratura Okręgowa mogła dopuścić do
tego, by na biegłego powołać pilota, który wcześniej był świadkiem w tej samej
sprawie?! Przecież powołanie na biegłego pana Wiesława Franczaka, który
współpracował jakiś czas z moim śp. Synem w 36. SPLT i zeznawał w jego sprawie,
było niezgodne z prawem. Takie działania podważają nie tylko sam raport, ale
także sposób działania prokuratury. Jako ojciec oczekuję też wyjaśnień w tej
sprawie od prokuratora generalnego i klarowności działań. Bo kto mi
zagwarantuje, że takich błędów nie ma o wiele więcej?! Podejrzewam, że nie tylko
ja, ale także pozostałe rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej odczuwają
zaniepokojenie z tego względu. Bo jak mamy być spokojni, kiedy co chwilę
przypadkowo dowiadujemy się o kolejnych nieprawidłowościach? Poza tym każda tego
typu informacja każe mi pytać, ile błędów było w już przedstawionych nam
raportach w sprawie katastrofy. Jeszcze jedna kwestia nie daje mi – jako ojcu –
spokoju. Zastanawiam się, czy tego typu błędy są zwykłą nieuwagą prokuratorów,
czy też może specjalnym działaniem. Jeśli jednak ktoś powie, że to "tylko"
nieuwaga, to niestety tej nieuwagi – według mnie – jest co najmniej trochę za
dużo… Zwłaszcza że to nie był zwykły wypadek. W Smoleńsku zginęli przecież
dwaj prezydenci Polski i najwyżsi rangą dowódcy, którzy byli wymieniani do
objęcia najwyższych stanowisk także w NATO. Już samo to powoduje, że śledztwo w
tej sprawie powinno być prowadzone z najwyższą starannością. A tak nie jest.
Gdzie jest nadzór nad tym śledztwem? Generał Parulski i prokuratorzy nadzorujący
powinni dosłownie ślęczeć przy tych aktach i wspierać zespół prokuratorów,
zamiast zwalać na nich całą winę, jak już coś się stanie. Zastanawiam się też,
jak prokurator Szeląg z prokuratorem Parulskim mogli przekazywać dziennikarzom
informacje na konferencjach prasowych, skoro sami są niedoinformowani i nie mają
pojęcia o tym, co jest w aktach.
Jeden z pełnomocników rodzin smoleńskich powiedział niedawno, że ta
sprawa najwyraźniej przerosła szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej.
– Moim zdaniem, poważnym błędem było niezwrócenie się o pomoc w badaniu tej
sprawy chociażby do USA. Polski rząd powinien to uczynić natychmiast po
katastrofie, zanim dopaliły się zgliszcza na Siewiernym. To, że premier Donald
Tusk przez tyle miesięcy tego nie uczynił, a nawet tak bardzo wzbraniał się
przed podjęciem takiej ścieżki działań, bardzo mnie niepokoi. Dlatego też
uważam, że po kolejnych nieprawidłowościach i błędach, które niekorzystnie
odbijają się nie tylko na śledztwie, ale i na renomie naszych organów ścigania,
nie możemy już zwlekać. Ktoś kompetentny musi wreszcie wziąć nadzór nad tym
śledztwem. W przeciwnym razie konsekwencje będą opłakane.
Prokuratura przygotowuje akty oskarżenia wobec Bartosza Stroińskiego i
Ryszarda Raczyńskiego. Nie obawia się, że dziennikarze na nowo reaktywują swoje
teorie o naciskach, tunelowaniu, brawurze etc.
– Tak, to jest kolejny powód mojego zaniepokojenia. Bo po tym, czego się
dowiadujemy, oraz fakt, że obrońcą pułkownika Raczyńskiego jest mecenas Andrzej
Werniewicz, który przecież jest pełnomocnikiem wdów po pilotach, nie mogę mieć
pewności, że proces ten będzie prowadzony w sposób uczciwy i rzetelny.
Dlaczego? Prokuratura ani samorząd adwokacki formalnie nie
zakwestionowały pełnomocnictw mecenasa. Na marginesie – widać, jak Werniewicz
jest bardzo mocno "wczytany" w akta sprawy, skoro nie zauważył nawet błędu w
procedurze powołania biegłego. Obawia się Pan, że Werniewicz może posłużyć się
Pańskim Synem dla obrony swojego klienta?
– Niestety tak. Już kiedyś rozmawiałem z panią na ten temat i od tego czasu moje
obawy nie tylko nie zniknęły, lecz jeszcze się spotęgowały. Spodziewam się, że
starając się wybielić swojego klienta, posłuży się moim Synem i resztą załogi
Tu-154M, zarzucając im rzekome błędy, brawurę i niewypełnienie rozkazów.
Poznaliśmy częściowo wyniki ekspertyzy polskich biegłych po ekshumacji
Zbigniewa Wassermanna, które potwierdziły olbrzymie rozbieżności z protokołami
rosyjskimi. O czym to Pana zdaniem świadczy?
– To się mi wprost nie mieści w głowie. Nawet nie wiem, jak to skomentować,
żadne słowa nie są w stanie w odpowiedni sposób oddać tego, co czuję. My,
rodziny, do tej pory nie dostaliśmy całej dokumentacji medycznej pilotów, więc
nadal nie wiemy, jak te badania były wykonywane. Nie wiemy praktycznie nic.
Dziękuję za rozmowę.
