Ocalałem z Auschwitz, dzisiaj bronię dzieci poczętych

Z byłym więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau Zdzisławem Arkuszyńskim, obecnie obrońcą życia, twórcą witryny internetowej upowszechniającej ideę Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego Zagrożonego Zagładą, autorem książki „Prawo do życia”, rozmawia Mariusz Bober

Zbliżająca się 65. rocznica wkroczenia Rosjan do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau wywołuje zapewne w Panu koszmarne wspomnienia z czasów, gdy był Pan jego więźniem…

– Rzeczywiście, wspomnienia trudnego okresu w życiu, gdy niemal każdy dzień był dla każdego z więźniów walką o przetrwanie i znaczył bardzo wiele. Maltretowanie, głód, mordercza praca zbierały krwawe żniwo. Wielkim szczęściem było znalezienie lżejszej pracy pod dachem i w miejscu, gdzie można było zdobyć trochę żywności. Obóz w Birkenau, wbrew oficjalnej nazwie, nie był obozem koncentracyjnym (Konzentrationslager), ale obozem zagłady, gdyż dokonywano tam masowego ludobójstwa niewinnych ludzi, zwożonych transportami kolejowymi z gett całej Europy.

W jakich okolicznościach został Pan wywieziony do obozu?

– Urodziłem się i mieszkałem w Tomaszowie Mazowieckim, mieście o znacznej liczbie mieszkańców pochodzenia niemieckiego. Ci tzw. volksdeutsche znali swoich sąsiadów i podczas wojny byli donosicielami, odpowiadali za aresztowania Polaków. Ja i mój brat Czesław zostaliśmy aresztowani być może z powodu zaangażowania patriotycznego mojego ojca Stanisława Arkuszyńskiego, który podczas I wojny światowej był dowódcą oddziału Polskiej Organizacji Wojskowej. Na początku okupacji działał w podziemnej organizacji niepodległościowej Związek Walki Zbrojnej. W maju 1940 roku został aresztowany przez gestapo i wywieziony do obozu KL Sachsenhausen Oranienburg. Zamordowano go w obozie w Bergen-Belsen w 1945 r. podczas ewakuacji chorych więźniów. Gdy Niemcy mnie aresztowali w 1943 r., miałem 21 lat. Po miesiącu ciężkiego śledztwa, połączonego z biciem i torturami, wycieńczonego i wygłodzonego wywieziono mnie do KL Auschwitz-Birkenau. Trafiłem tam wraz z ponad tysiącem innych osób. Cały transport zatrzymał się przed bramą wejściową do obozu z napisem: „Arbeit macht frei”. Wywołano ponad 20 osób. Jak się dowiedziałem, od razu zostały one skierowane do komory gazowej. Wbrew temu, co głosił napis na bramie wjazdowej: „Praca czyni wolnym”, Niemcy powiedzieli nam na samym początku, że obóz nie jest sanatorium i że każdy więzień ma prawo przeżyć tu tylko 2 tygodnie… Jednak dzięki opiece Matki Bożej, mimo czterokrotnego zagrożenia życia i przeprowadzonego na mnie eksperymentu pseudomedycznego, przeżyłem i – choć ciężko chory – 15 sierpnia 1945 r. wróciłem do domu. Moja matka powiedziała wtedy: „To Matka Boża cię ocaliła, czy wiesz, że dziś jest Jej wielkie święto – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny?”.

Wiara pomogła Panu przetrwać oświęcimskie piekło?

– Przeżycie cierpień i zagrożeń w tym centrum zagłady graniczyło z cudem. Niektórzy ocalili życie dzięki sprytowi czy odrobinie szczęścia. Mojego ocalenia nie zawdzięczam ani sprytowi, ani szczęściu. To Opatrzność Boża spośród wielu ludzi wybrała zwyczajnego młodego człowieka, żeby dał świadectwo prawdzie o masowym ludobójstwie w KL Auschwitz-Birkenau. Nie byłem wtedy świadomy swej roli. Teraz, po przeżyciu 88 lat, myślę, że powierzono mi posługę obrońcy życia. Jest nią posłannictwo Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego Zagrożonego Zagładą. Niecodzienne wydarzenia w moim życiu świadczą o potędze Bożego miłosierdzia nad zagubionym w grzechu rodzajem ludzkim.

Co uratowało Pana od śmierci?

– W sierpniu 1943 r. w Birkenau, będąc u kresu sił, liczyłem już tylko dni do końca życia. Wtedy właśnie nieoczekiwanie doświadczyłem ocalenia, które było według mnie cudowne. Pomogła mi przedwojenna jeszcze znajomość z dziewczyną, z którą pracowałem w drogerii Kubiczka w Tomaszowie Mazowieckim. Dziewczyna ta w 1942 r. została aresztowana i deportowana do tzw. FKL Birkenau (do obozu kobiecego sąsiadującego z obozem męskim Birkenau). Zakochał się w niej kierownik tzw. Arbeitseinsatzu, a ona tę okoliczność wykorzystała, ratując od śmierci przyjaciół i kolegów. Gdy wskutek morderczej pracy, głodu i maltretowania byłem już bliski śmierci, jej interwencja przyniosła mi ocalenie. Zostałem zatrudniony w Arbetseinsatzu przy zapisach ewidencji przepływu więźniów. Było to doskonałe miejsce umożliwiające przetrwanie oraz świetny punkt obserwacji dający wiedzę o popełnianym przez Niemców ludobójstwie.

Był Pan świadkiem mordowania więźniów w komorach gazowych?

– Pracując tuż po uwięzieniu przy plantowaniu terenu obok komory gazowej, pewnego dnia usłyszałem nagły huk. Odwróciłem się i zobaczyłem kłębowisko ludzkich ciał oblepionych wymiotami i odchodami. Na górze tego kłębowiska leżał potężnych rozmiarów człowiek. Słabo zamocowane zaczepy wrót nie wytrzymały i ciała wysypały się na zewnątrz.

Czy pozostali więźniowie w tym czasie wiedzieli o tych zbrodniach i czy ludzie z nowych transportów mieli świadomość, co ich czeka?

– Przez ogrodzenie obozu z drutu kolczastego widoczna była rampa, przy której zatrzymywały się transporty kolejowe, a z nich wychodzili ludzie przeznaczeni na śmierć w komorach gazowych. Na rampie odbierano im bagaże. Ogromne ilości tych bagaży przewożono do sortowni (Effektenkammer). Tam również przeprowadzano selekcję ludzi. Te wielkie tłumy prowadzono pieszo do komór gazowych obok krematoriów drogą okalającą obóz. Widząc pracujących w nim więźniów, nowo przybyli szli spokojnie. Często się zatrzymywali, ponieważ ci, którzy byli przed nimi, czekali w kolejce… na zbrodniczą egzekucję. W okresie nasilenia transportów, pracując na nocnej zmianie przy zapisach w kartotece Arbeitseinsatzu, oglądałem tłumy więźniów, którzy szli w ten sposób na zagładę w komorach gazowych… Ludzi tych kierowano do upozorowanej rozbieralni i zabijano sproszkowanym cyklonem B. Ciała zamordowanych tzw. Sonderkommando przewoziło na wózkach do krematoriów, gdzie były spalane, a popiół wywożono i wrzucano do rzeki. Byłem też świadkiem likwidacji sąsiedniego odcinka B II/E obozu cygańskiego. Były w nim uwięzione całe rodziny cygańskie. Najpierw Niemcy w nieznanym nam kierunku wywieźli ludzi silnych i zdolnych do oporu. Gdy na miejscu pozostali starcy, kobiety i dzieci, Niemcy zarządzili tzw. lagersperrę (zamknęli wrota baraków i zakazali wychodzenia na zewnątrz). Potem do baraków tych podjeżdżały samochody ciężarowe, na które esesmani kijami i batami wpędzali ofiary. Zamknięci w barakach słyszeliśmy niesamowite krzyki i płacz niewinnych dzieci, kobiet i starców.

Jak Niemcy traktowali słabszych więźniów?

– Gdy zachorowałem na tyfus, znalazłem się w szpitalu, w tzw. Krankenbau, gdzie byłem świadkiem selekcji wychudzonych więźniów rekonwalescentów, których lekarz z SS kierował na zagładę w komorach gazowych. Więźniowie ci przez całą noc nie spali. Siedząc na pryczach, nakrywali głowy kocami i modlili się. Rano, w mroźny dzień, wyprowadzano ich – bez ubrań – do tzw. Waschraumu (umywalni w drewnianym baraku), gdzie byli przetrzymywani przez cały dzień. O zmroku podjeżdżały samochody ciężarowe. Do jednych wrzucano ciała zmarłych w trakcie tego oczekiwania na śmierć, a tych, którzy jeszcze żyli, wpędzano do innych ciężarówek, które zawoziły ich do komór gazowych. Podczas jazdy do komór śpiewali pieśni religijne, jakby na własnym pogrzebie…

W obozie każdemu groziła zagłada…

– Trzy razy znalazłem się na granicy śmierci i trzy razy zostałem ocalony, co zawdzięczam Najlepszej Matce. Najpierw zachorowałem na tyfus. Znalazłem się w szpitalu (na odc. B II/F). Przeżyłem naprawdę cudem, bo nie podawano chorym więźniom żadnych leków. Gdy wybudzono mnie po kilkudniowej utracie przytomności, przekazano na oddział rekonwalescencji, gdzie z kolei poddano mnie pseudomedycznym eksperymentom na zlecenie SS-Hygiene Institut w KL Auschwitz-Rajsko. Tyfus i osłabienie dużym ubytkiem krwi spowodowały gruźlicę płuc, która pogłębiała się po powrocie do pracy w Arbeitseinsatzu. Wkrótce po powrocie ze szpitala do pracy kolega – więzień z 12. bloku, poprosił mnie o załatwienie mu urzędowego przeniesienia na komando zewnętrzne, ponieważ miał konflikt ze swoim zwierzchnikiem, blokowym. Powiedziałem, że nie mam takich możliwości, ale później załatwiłem mu polecenie przeniesienia, tzw. Verlegung. Kilka tygodni później zawyły syreny obozowe sygnalizujące ucieczkę więźniów i podjęcie pościgu. Wśród 5 uciekinierów z obozu był kolega, któremu załatwiłem owo przeniesienie na komando zewnętrzne. Podczas apelu, który w warunkach ucieczki trwał kilka godzin, SS-Raportführer przeprowadzał śledztwo. Szef Arbeitseinsatzu, który mnie wcześniej zatrudnił, w obawie o własne życie wezwał mnie z szeregu apelowego i polecił wyszukać karty ewidencyjne ruchu tych 5 uciekinierów i podać do analizy owemu Raportführerowi. Był to dla mnie szok, bo za pomoc w ucieczce groziła publiczna szubienica.

I znów został Pan uratowany?

– Tak, ale zanim to się stało, zesztywniałem ze strachu. Gdy podawałem kolejne karty ewidencyjne Niemcowi, drżały mi ręce i na pewno strach widoczny był na mojej twarzy. Wystarczyło, żeby Niemiec spojrzał na mnie lub na widoczny na piersi numer identyfikacyjny, który był zbliżony do numeru obsługiwanego przeze mnie uciekiniera, i byłbym zgubiony. Jeszcze przez kilka tygodni żyłem w wielkim stresie, aż nadszedł czas ewakuacji więźniów z KL Auschwitz z powodu zbliżającego się frontu Armii Czerwonej. Wtedy dołączyłem do pierwszego takiego transportu i uciekłem od grożącej mi wciąż szubienicy.

Uciekł Pan z obozu?

– Nie, zgłosiłem się na transport ewakuacyjny z obozu głównego. Transport ewakuacyjny z KL Auschwitz, do którego się dopisałem, dotarł do wsi Wansleben koło Halle. Byłem zmęczony i wygłodzony jak wszyscy więźniowie, a ponadto chory na gruźlicę płuc. Znalazłem się w izbie chorych, która znajdowała się na poddaszu pofabrycznego budynku. Było nas w tym „gołębniku” około 10 chorych. Gdy III Rzesza dogorywała, nadszedł dzień ewakuacji, która odbywała się pieszo do nieznanego już wtedy celu. Tak było we wszystkich obozach koncentracyjnych na terenie III Rzeszy. Niemcy zabijali słabych i chorych więźniów, a nawet tych, którzy z braku sił próbowali chwilę odpocząć na poboczu drogi. Leżąc w izbie chorych, bliski śmierci, modliłem się i ślubowałem Matce Bożej, że jeśli i tym razem zostanę ocalony, to każdego roku, aż do końca życia, będę odbywał dziękczynną pielgrzymkę do sanktuarium na Jasnej Górze. Matka Boża wysłuchała mojej prośby. Niemcy w momencie ewakuacji po prostu zapomnieli o 10 więźniach leżących w izbie chorych na poddaszu.

Wtedy już odzyskał Pan wolność?

– Tak. Do domu rodzinnego wróciłem w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, 15 sierpnia 1945 roku. Byłem bardzo chory, ale szczęśliwy. Aż do 2008 r. każdego 15 sierpnia odbywałem dziękczynną pielgrzymkę do sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze. Obecnie z powodu fizycznej niewydolności wieku sędziwego nie wyjeżdżam samotnie poza Gdańsk, gdzie mieszkam. Coroczne pielgrzymowanie do Częstochowy zamieniłem na codzienne uczestnictwo w Apelu Jasnogórskim dzięki transmisji w Telewizji Trwam.

Odzyskał Pan wolność, ale nie zdrowie…

– Po powrocie z obozu przez pół roku byłem hospitalizowany z powodu gruźlicy płuc. W pewnej chwili zaniechałem leczenia aż do czasu, gdy po kilku latach zostałem skierowany na badania. Okazało się, że nastąpiło samoistne cudowne uleczenie. W międzyczasie podjąłem studia na Wydziale Ekonomicznym Uniwersytetu Łódzkiego, z których z powodu choroby musiałem niestety zrezygnować. Ukończyłem jednak technikum budowlane i po kilku latach zdobyłem uprawnienia budowlane. Pracowałem kolejno jako kierownik budowy, inspektor nadzoru i specjalista technolog budowlany. W tym czasie założyłem rodzinę, urodziło nam się trzech synów. Wszyscy ukończyli studia wyższe i założyli rodziny.

Od lat mieszka Pan w Gdańsku. Czemu opuścił Pan Tomaszów Mazowiecki, gdzie tkwią Pańskie korzenie rodzinne?

– W roku 1973 r. podczas spotkania rodzinnego synowie zaczęli namawiać mnie do przeniesienia się do Gdańska. Po ukończeniu studiów czasowo (jeden syn na stałe) przebywali na Wybrzeżu. To był karkołomny pomysł, bo „starych drzew się nie przesadza”. Ale wreszcie się zgodziłem. Jeszcze w tym samym roku przeprowadziłem się do Gdańska. W Gdańsku znalazłem pracę w charakterze specjalisty technologa budowlanego i otrzymałem mieszkanie.

To właśnie w tym czasie zaczął Pan działalność w ruchu obrony życia?

– Przez 30 lat, licząc od czasu obozowych przeżyć, poświęcałem się pracy zawodowej i opiece nad rodziną w trudnych warunkach powojennej rzeczywistości. Nie rozpoznawałem jeszcze wyraźnie Bożych planów względem mnie. Dopiero w 1991 r. zupełnie przypadkowo zetknąłem się z aktywnym wtedy gdańskim ośrodkiem obrony życia nienarodzonych pod nazwą Human Life International – Europa. Zainteresowałem się ich działalnością, ponieważ sam byłem cudem ocalonym świadkiem oświęcimskiego holokaustu. Rok wcześniej uczestniczyłem z żoną Krystyną w parafialnej pielgrzymce do kilku sanktuariów Matki Bożej. Okazało się, że na dróżkach Matki Bożej i Pana Jezusa w Kalwarii Zebrzydowskiej zabrakło nam sił i nie nadążaliśmy za całą grupą pielgrzymkową. W tej sytuacji podjęliśmy decyzję zorganizowania i odbycia indywidualnej małżeńskiej pielgrzymki (tylko we dwoje) do wybranych przez nas sanktuariów Matki Bożej w Polsce. Intencją i celem naszych pielgrzymek była obrona życia dzieci nienarodzonych. Gdy po nawiedzeniu sanktuariów Matki Bożej w Warszawie wróciliśmy do domu, z telewizyjnych wiadomości dowiedzieliśmy się, że na 17 grudnia 1992 r. wyznaczona została w Sejmie RP debata nad ustawą o ochronie prawnej dziecka poczętego. Z uwagi na doniosłość rozstrzygającej się w Sejmie sprawy postanowiliśmy wraz z innymi obrońcami życia pikietować i bronić ustawowych zasad chroniących życie. Przyjechaliśmy do Warszawy 16 grudnia i w kościele św. Aleksandra uczestniczyliśmy w Nieszporach. Po wyjściu ze świątyni od kobiet, które przyjechały do Warszawy z Zabrza, dowiedzieliśmy się o istnieniu inicjatywy Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego oraz o tym, że w kościele pw. Ducha Świętego przy ul. Długiej 3 prowadzone są rekolekcje i przyrzeczenia Duchowej Adopcji.

Tam właśnie przyłączył się Pan do tej inicjatywy?

– Udaliśmy się następnego dnia pod wskazany adres, do kościoła Ducha Świętego, gdzie o. Sebastian Matecki, moderator inicjatywy, poinformował nas szczegółowo o jej zasadach. Tam się dowiedzieliśmy, że złożone ślubowanie stanowi zaczątek wypełniania zobowiązania adopcyjnego: modlitwy w intencji ocalenia zagrożonego zagładą dziecka w łonie matki, które trwa przez 9 miesięcy. Ojciec Matecki wypowiedział znamienne słowa: „Uroczyste rekolekcje i przyrzeczenia Duchowej Adopcji są praktykowane od 6 lat, ale tylko u nas, w jedynym kościele w Polsce. Dlatego inicjatywa ta wymaga upowszechnienia”. Słowa te zakołatały w naszych sercach sygnałem: „musimy upowszechniać Duchową Adopcję na drodze naszego pielgrzymowania”. Odkrytą inicjatywę przenieśliśmy do Gdańska, gdzie we współdziałaniu z innymi gdańskimi obrońcami życia: ojcem Wiesławem Przybyszem OFMConv – gwardianem kościoła Świętej Trójcy, państwem Ewą i Leszkiem Kowalewskimi i panem Antonim Szymańskim, rozpoczęło się wdrażanie dzieła. My zaś musieliśmy zakończyć nasze pielgrzymowanie na 82. sanktuarium w Polsce, ponieważ wzywał obowiązek zajęcia się Duchową Adopcją.

Dlaczego właśnie taką formę zaangażowania Pan wybrał?

– Po tych, tak ważnych, wydarzeniach uświadomiłem sobie, że została mi przez Bożą Opatrzność zadana do wypełnienia misja rozkrzewiania tak bardzo istotnego dla życia jednostki i Narodu dzieła. Od tego przełomowego zdarzenia w 1992 r. rozpocząłem realizację wszystkich przedsięwzięć przedstawionych w opracowanej i wydanej przeze mnie witrynie internetowej (www.duchowaadopcja.com.pl) pod nazwą „Duchowa adopcja – kompleksowa wiedza o posłannictwie”. Od tego czasu udało się zrealizować wiele przedsięwzięć organizowanych wspólnie z innymi krzewicieli tej idei. Podejmowane działania zostały wyróżnione nadaniem Dziełu Duchowej Adopcji prestiżowego odznaczenia „Fides et Ratio” na Zamku Królewskim w Warszawie w marcu ubiegłego roku.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj