Obama w Chinach
„Cóż tam, panie w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!?”. Te pytania padły ponad sto lat temu w wiosce Bronowice pod Krakowem, w czasach, kiedy sytuacja geopolityczna wyglądała zupełnie inaczej niż obecnie, w czasach, kiedy nie było Polski jako państwa, a Polacy spierali się o sprawy najważniejsze nie tylko w „Weselu” Wyspiańskiego. Wtedy, na początku XX wieku, Chiny nazywane były „wielkim niemową”. Nie odgrywały żadnej roli w polityce światowej, a o ich terytorium przy biernej postawie samych Chińczyków walczyły najważniejsze mocarstwa świata, a zwłaszcza Rosja i Japonia.
Obecnie Chiny są mocarstwem atomowym, militarnym i ekonomicznym, a liczba ich ludności sięga już prawie półtora miliarda. Miliony Chińczyków powitały Baracka Obamę w koszulkach z jego wizerunkiem, w czapce „maoistówce” z czerwoną gwiazdą oraz z przekręconym nazwiskiem prezydenta Ameryki – OBA MAO. To wielce znamienne, jak postrzegany jest nowy prezydent USA już nie tylko przez lewicę w krajach Unii Europejskiej, ale także przez komunistów w Pekinie.
Barack Obama to zapewne pierwszy prezydent USA w historii, który odwiedza Chiny bardziej w roli petenta niż przywódcy supermocarstwa dyktującego warunki dialogu. Gospodarcza symbioza obu państw sprawia, że jedno nie może dziś normalnie żyć bez drugiego, ale to Chińczycy w wyniku światowego kryzysu stali się stroną dominującą. To oni siedzą na gigantycznej górze dolarów, gdy administracja Obamy grzęźnie w coraz większym deficycie. To oni jako największy na świecie nabywca amerykańskiego długu rządowego de facto finansują kosztowny amerykański program gospodarczego odrodzenia i reformy zdrowia. W Pekinie prezydent Obama ostrożnie mówił o wolności i prawach człowieka. Wcale nie musimy się stać przeciwnikami, współpraca czyni USA i Chiny bardziej dostatnimi i bezpieczniejszymi – mówił amerykański prezydent. Obama chwalił postęp, jaki się dokonał w Chinach. Choć wspomniał o wolności słowa i wyznania, to więcej uwagi poświęcił prawom kobiet i dzieci.
Waszyngton musi traktować Pekin bardzo ostrożnie, z respektem. Czasy, gdy przywódcy USA przyjeżdżali do Chin, by pouczać gospodarzy o prawach człowieka czy swobodach religijnych, odchodzą w przeszłość. Niedawno Obama odmówił przyjęcia Dalajlamy w Białym Domu, by nie drażnić chińskiego smoka.
Prezydent Nixon doprowadził 35 lat temu do nawiązania stosunków dyplomatycznych pomiędzy USA i Chinami w myśl rzymskiej doktryny politycznej „wróg mego wroga jest moim przyjacielem”. Wrogiem Chin był wtedy Związek Sowiecki, zaś ogromne różnice między tamtymi dwoma reżimami totalitarnymi znakomicie obrazował ówczesny kawał: prezydent Nixon spotyka się z sowieckim dyktatorem Breżniewem i rano przy śniadaniu opowiadają sobie, co któremu śniło się w nocy. Breżniew nie bez satysfakcji mówi: – Śniło mi się, że nad Białym Domem powiewa czerwona flaga. A na to Nixon: – Ciekawa zbieżność, bo mnie śniła się czerwona flaga powiewająca nad Kremlem! Breżniew: – No, oczywiście, to u nas codzienność. – Ale to była chińska flaga – odpowiada prezydent USA. Ten kawał odpowiadał realiom z zimnej wojny. Dzisiaj na naszych oczach dokonuje się ogromna transformacja w skali globalnej. Kraje azjatyckie doskonale wiedzą, o co chodzi; w ich statystykach handlowych Chiny są głównym partnerem. Wpływy Chin rozciągają się coraz dalej – do Afryki, Ameryki Południowej. Z chińską potęgą – czasem nawet bardziej niż z amerykańską – liczą się dziś największe państwa Unii Europejskiej, szczególnie Francja i Niemcy.
Prezydent Stanów Zjednoczonych w Pekinie poruszył sprawy sztucznie zaniżonego kursu chińskiego juana w stosunku do dolara, który nie tylko przyczynia się do gigantycznego deficytu na niekorzyść USA w handlu z Chinami, ale boleśnie dotyka także wiele krajów Azji. Sprawa ta była jednym z najważniejszych tematów rozmów Obamy w Chinach. To jest trudny czas dla stosunków chińsko-amerykańskich. Sygnały są coraz gorsze, a nikt na świecie nie kwapi się, by poprzeć dość subtelnie zresztą formułowane amerykańskie oskarżenia pod adresem Pekinu o manipulacje walutowe.
Wiele jest natomiast głosów oburzenia na „amerykański protekcjonizm”, czyli bariery, jakie stara się stawiać Ameryka zalewowi chińskich towarów. Za wcześnie, by mówić o bliskim końcu Pax Americana, ale od czasu upadku ZSSR amerykańska dominacja w świecie nigdy nie stała jeszcze pod tak wielkim znakiem zapytania. Wizyta Obamy w Chinach uczyniła ten znak zapytania jeszcze wyraźniejszym.
