Obama przyjechał po głosy
Z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem, rosjoznawcą i sowietologiem z
Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika "Arcana",
rozmawia Mariusz Bober
Dlaczego Barack Obama wybrał właśnie Polskę na "przystanek" w swojej krótkiej
podróży po Europie?
– Odpowiedzi na to pytanie udzielił sam Barack Obama, mówiąc podczas konferencji
prasowej, że jeśli ktoś mieszka w Chicago i nie stał się choć trochę Polakiem,
to znaczy, że z człowiekiem tym jest coś nie tak. Chodzi po prostu o zbliżające
się w USA wybory prezydenckie. Obecny amerykański przywódca walczy o każdy głos
i chodzi mu także o poparcie Polaków mieszkających w tym kraju. To jest główny
powód jego wizyty w Polsce.
Tym bardziej że notowania Obamy wcale nie są rewelacyjne i o wygranej może
zdecydować minimalna liczba głosów.
– Dokładnie tak. Tym bardziej że polityka Obamy, zwłaszcza w dziedzinie
gospodarczej, najważniejszej dla amerykańskich wyborców, spotyka się z bardzo
dużym krytycyzmem za oceanem, co mogłem niedawno sam bezpośrednio zaobserwować,
kiedy przebywałem w USA. Nastroje dużej części amerykańskiego społeczeństwa w
odniesieniu do stanu gospodarki są pesymistyczne. Stąd desperacka walka Obamy o
każdy głos. Media mogą rozpisywać się o różnych powodach wizyty amerykańskiego
prezydenta, ale ten wydaje się najważniejszy. Chodzi o argument, którego będzie
można użyć przed wyborami, że Barack Obama nie zlekceważył Polski tak bardzo,
jak to mogło wyglądać zwłaszcza 17 września 2009 r., w 70. rocznicę agresji
sowieckiej na nasz kraj, gdy Obama ogłosił decyzję o rezygnacji z rozlokowania w
Polsce amerykańskiej tarczy antyrakietowej. To właśnie był praktyczny wymiar
tzw. resetu w relacjach amerykańsko-rosyjskich, który sygnalizował, że Europa
Środkowo-Wschodnia z Polską na czele nie interesuje Stanów Zjednoczonych i że
Rosja może sobie z Europą ustalić podział strefy wpływów. To wywołało fatalne
wrażenie nie tylko w Polsce, ale przede wszystkim w USA – na wyborcach
amerykańskich polskiego pochodzenia. Ale ogólnie prezydent Obama lekceważy
Europę jako całość.
Czy ta wizyta Obamy przyniesie jakieś zmiany w amerykańskiej polityce wobec
Polski i Europy Środkowo-Wschodniej?
– Trzeba spojrzeć na to trzeźwym okiem. Z jednej strony mamy niewątpliwie
pozytywne efekty tej wizyty, których nie lekceważyłbym. Najważniejszym z nich
jest to, że Obama w ogóle do Polski przyjechał. Ponadto jednym z ważnych
akcentów tej wizyty było to, że amerykański przywódca spotkał się z
przedstawicielami rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Wymogła to sama
amerykańska dyplomacja. Co prawda niezręcznie spotkanie zorganizowano tylko z
niektórymi rodzinami, ale było ono ważne, akcentowało znaczenie sprawy
katastrofy smoleńskiej. Prezydent Obama złożył też kwiaty pod jedyną w Warszawie
dostępną dla wszystkich tablicą upamiętniającą ofiary katastrofy w katedrze
polowej Wojska Polskiego. W stolicy bowiem nie ma wciąż w przestrzeni publicznej
pomnika ofiar katastrofy w sposób godny upamiętniającego tę tragedię, którą
przeżywa tak wielu Polaków. To spotkanie w ciasnym przejściu katedry polowej
jest swego rodzaju wyrzutem. Zostało ono jednak dostrzeżone przez zachodnie
media. Znaczący jest też fakt, że doszło do spotkania między prezydentem USA a
Jarosławem Kaczyńskim i Martą Kaczyńską. To zaś pokazuje, że rządzącym w Polsce
nie udało się potwierdzić sytuacji, na której tak bardzo im zależy, że w naszym
kraju jest tylko jedna "światła" partia i "zasłużeni w walce o wolność i
demokrację" działacze neo-ZBOWiD, których wyznacza aktualnie rządzący prezydent.
Z punktu widzenia administracji USA potrzebne jest spotkanie się z tą drugą siłą
polityczną w Polsce, która nie może zostać zepchnięta do "podziemia", bo po
prostu jest uznawana za ważną część pejzażu politycznego w Polsce, i to ta siła,
czyli PiS, ma prawo upomnieć się o sprawę katastrofy smoleńskiej. Zostało to
również zauważone w amerykańskich mediach. Na przykład "New York Times" z 28
maja odnotowuje to spotkanie z przywódcą PiS.
Podziela Pan nastawienie krytyków nadmiernego entuzjazmu z powodu wizyty
Obamy w Polsce, którzy wskazują, że niewiele wniosła ona w nasze relacje z USA?
– Jeśli chodzi o konkrety, to rzeczywiście jest ich niewiele. Jeśli ktoś mówi,
że wizyta podkreśliła wyjątkową pozycję Polski, to trzeba zapytać: w jakim
kontekście i dla kogo? Dla krajów arabskich? To główny tytuł do chwały, jaki
wymienił prezydent Obama, co zostało również odnotowane w oświadczeniu prasowym
Białego Domu, że Polska ma być wzorem dla Tunezji oraz innych krajów. To prawda,
że w naszym kraju pokojowo, w sposób bezkrwawy dokonały się przemiany
demokratyczne. Ale 21 lat po ich dokonaniu może warto byłoby zauważać także inne
ich elementy. Nie możemy ciągle ekscytować się naszą historyczną rolą sprzed
lat, którą mielibyśmy "eksportować" do krajów afrykańskich, z całym szacunkiem
dla nich oraz dla koniecznych tam przemian demokratycznych.
Jak odczytuje Pan – w kontekście widma bankructwa Białorusi – deklarację
premiera Tuska, że Stany Zjednoczone i Polska będą wytyczały "taką drogę
postępowania dla opinii międzynarodowej, aby naród białoruski nie musiał płacić
zbyt wysokiej ceny – i zbyt długo" za rządy Łukaszenki?
– To dobrze, że ta deklaracja padła. Natomiast to, jaką treścią zostanie
wypełniona, zależy nie tylko od Amerykanów, ale także od władz Polski – czy będą
chciały aktywnie współpracować i wciągać USA do takiej wspólnej polityki wobec
Białorusi. Jeśli będziemy starali się utrzymać zainteresowanie wspieraniem
tendencji demokratycznych w tym kraju i podtrzymaniem nadziei na większe
związanie Mińska raczej z Zachodem niż z Rosją, bo taka jest realna alternatywa,
może to stanowić konkretny przykład współdziałania Polski i USA. Ewentualne
zaniechanie takiej polityki oznaczałoby kapitulację wobec Moskwy i ostateczne
wcielenie Białorusi do rosyjskiej strefy dominacji. Może się jednak okazać, że
uda się uratować ten kraj nie tylko z Moskwy, ale też z Warszawy, przy pomocy
USA i niektórych zainteresowanych tym kół w części krajów Unii Europejskiej.
Wiadomo bowiem, że wiele państw europejskich jest zainteresowanych wyłącznie
współpracą z Rosją. Polska powinna mocno tę sprawę akcentować i pracować nad
zachęcaniem USA do dalszych działań w tym kierunku. Wspólne – z Polską –
posunięcia w tym kierunku wzmacniałyby również obecność amerykańską w Europie
Wschodniej, hamując negatywne skutki niesławnego resetu na linii Obama – Putin.
Wymiernym efektem pobytu Obamy w Polsce miało być podpisanie memorandum w
sprawie stacjonowania w Polsce sił USA, do czego jednak nie doszło. Co to
oznacza?
– Pusto i wręcz śmiesznie brzmią słowa o współpracy wojskowej
polsko-amerykańskiej. Zapowiedź rotacyjnej obecności niewielkiej liczby
amerykańskich samolotów wojskowych oraz liczącej ok. 20 osób grupy personelu
obsługi naziemnej na polskich lotniskach niesłychanie jasno akcentuje bowiem
wolę USA, by nie rezygnować z polityki uśmiechów i chęci przypodobania się Rosji
rządzonej przez premiera Władimira Putina. W ten sposób Obama utrzymuje tę
skrajnie niekorzystną dla nas interpretację relacji międzynarodowych w naszej
części Europy. Gdy bowiem Rosja zgłosiła weto wobec stałej obecności wojsk Paktu
Północnoatlantyckiego w naszym kraju (innych niż polskie), USA dostosowały do
niego swoją politykę. Poza tym samoloty i grupa amerykańskich żołnierzy miałyby
zostać wysłane do Polski po 2013 r., czyli po wyborach w Ameryce, a dziś nie
wiadomo jeszcze, kto będzie tam rządził. Zaś tarcza [elementy naziemne – red.],
o której była mowa podczas wizyty Obamy w Polsce, miałaby zostać u nas
zainstalowana po 2017 r., a więc wtedy, gdy z całą pewnością nie będzie on
rządził w USA…
A i tak budowa tarczy NATO ma być konsultowana z Rosją.
– Dlatego ta wizyta przynosi niewiele konkretów dla Polski. Zmiany w polityce
USA wobec naszego regionu należałoby raczej wiązać ze zmianą administracji w
Waszyngtonie.
Podczas wizyty prezydenta USA padły zapowiedzi zwiększenia współpracy
gospodarczej z Polską, chodzi przede wszystkim o wydobycie gazu łupkowego. To
wpłynie na jakość naszych relacji?
– Albo potwierdzi się, że te złoża są duże, a ich eksploatacja może być poważnym
interesem, a wówczas USA będą bardzo zainteresowane tym, by skorzystać z tego
interesu albo nie. Jeśli potwierdzą się dane o wielkości zasobów gazu w naszym
kraju, będzie to strategicznie wzmacniało pozycję Polski. To jednak zależałoby
od prostego czynnika ekonomicznego, który rozstrzygnie się w samej Polsce. Albo
ten gaz będzie ważnym przedsięwzięciem, z którego władze naszego kraju będą
chciały skorzystać i wykorzystać wielkie znaczenie tego surowca dla naszego
kraju i obywateli, albo same władze nie dopilnują tego, oddadzą za darmo czy za
półdarmo prawo do eksploatacji tych złóż i nie wykorzystają ich dla wzmocnienia
geopolitycznej pozycji naszego kraju oraz uniezależnienia od dominacji
energetycznej Rosji nad naszym obszarem. To Amerykanie będą reagowali na rozwój
sytuacji w Polsce, ale to my mamy atuty w ręku – jeśli potwierdzą się dane o
zasobności złóż – których powinniśmy użyć dla dobra Polski. Każdy prezydent USA,
czy to będzie Obama, czy ktokolwiek inny, będzie wrażliwy na taki argument, bo
wiążą się z nim konkretne, duże interesy amerykańskich firm.
Jednym z punktów agendy wizyty Obamy w Polsce była także współpraca naukowa
między Polską i USA.
– Amerykanie mają najlepiej na świecie rozwiniętą bazę naukową i będą
współpracować z nami nie wtedy, gdy Polska będzie "wzorem przemian
demokratycznych dla krajów arabskich", ale gdy będziemy traktowani jako kraj o
rozwiniętych instytucjach naukowo-badawczych, a więc zależy to od naszego
rozwoju, a nie od decyzji politycznych. To po prostu sprawa dojrzałego rozwoju
naszego państwa.
Władze Polski dobrze zorganizowały pobyt prezydenta USA w Polsce i nadały mu
właściwą treść? Można było ją lepiej wykorzystać dla polskich interesów?
– Nie widzę radykalnie innych sposobów organizacji takiej wizyty. Jednak
niekiedy groteskowo wyglądała strona PR w wykonaniu obecnych władz, do której
przywiązują one tak wielką wagę. Jeśli bowiem premier Donald Tusk odgraża się
prezydentowi Obamie, że ho, ho, polscy klienci nie muszą wcale kupować na Piątej
Alei w Nowym Jorku, że możemy także w innych miejscach wydawać naszą fortunę, to
brzmi to groteskowo. Te słowa zostały wypowiedziane w dodatku w reakcji na uwagę
prezydenta Obamy na temat możliwości zniesienia wiz dla Polaków podróżujących do
USA. A przecież politycy PO w okresie rządów PiS wytykali ówczesnej władzy, że
nie "załatwiła" tego problemu, a PO dokona tego, inaczej w ogóle nie będzie
rozmawiać z Amerykanami. Tymczasem wizy nadal obowiązują, ponieważ są ku temu
konkretne powody, których nie da się całkowicie zlekceważyć. Śmieszne i żałosne
były też komentarze fanatycznie antypisowskich mediów. Przypomnę, że TVN
gorliwie broniła prezydenta Lecha Wałęsy, który wybrał rolę twarzy firmy
Biedronka zamiast spotkania z Barackiem Obamą. To żałosne zachowanie w stylu:
"Ameryka nie będzie nam tu czynić żadnych zaszczytów", zwłaszcza jeśli
przypomnimy sobie służalcze nastawienie tych samych mediów wobec wizyty w Polsce
prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa.
Dziękuję za rozmowę.
