Nowa wojna „Wyborczej” z religią w szkole

Kiedy „Gazeta Wyborcza” podburzała nauczycieli do strajku, wspominałem jej dawne zacietrzewienie w walce z planami przywrócenia katechezy do szkół, usuniętej na wiele lat z programu nauczania przez władze komunistyczne. Niestety, to, co wydawało się już tylko wspomnieniem, na powrót stało się rzeczywistością. W odpowiedzi na projekt rozporządzenia ministra edukacji narodowej, dopuszczający możliwość wliczania ocen z lekcji religii do średniej, w dzienniku Agory ponownie krzyczą tytuły: „Wiary nie powinno się oceniać”, „Usuńmy w ogóle religię ze szkół”.



Ocena z religii jest niedorzecznością, twierdzi Halina Bortnowska („Wiary nie powinno się oceniać”, „Gazeta Wyborcza” z 28.06.2007 r.), bo katecheci biorą w niej pod uwagę „ogólne wrażenie, grzeczność, pobożność, zapamiętywanie formułek, udział w lekcjach, kolorowanki w zeszytach…”. I nie wiedzą w swej nieporadności, jak zmierzyć osiągnięcia uczniów. Pewnie dlatego, że za mało czytają „Wyborczej”. Gdyby czytali wiedzieliby, że ci, którzy chodzą na religię to konformiści (Piotr Laskowski, Sebastian Matuszewski, „Usuńmy w ogóle religię ze szkół”, „Gazeta Wyborcza” z 28.06.2007 r.). Bywają na tych lekcjach, bo inni tak robią. Z powyższej przesłanki publicyści wysnuwają niezawodny wniosek: „Człowiek wychowywany do podążania za większością zdolny będzie – wiemy to po doświadczeniach XX wieku – do każdego okrucieństwa, byle dokonywanego bezpiecznie, w tłumie”. No i wszystko jasne. Jeśli już jakaś ocena dla takich, potencjalnych co prawda, okrutników to niedostateczna. I prenumerata „Wyborczej” dla zresocjalizowania. To nie koniec. „Szatan też zna Boga, tylko go nie kocha. Czy zatem zasługiwałby na szóstkę z religii?” – przypiera nas do muru p. Bortnowska. Chyba tak. Skoro najwyższą miarą wedle publicystów „Wyborczej” ma być nonkonformizm, to zbuntowany anioł, który nie chce służyć, zasługuje na wyróżnienie.

Katecheci co prawda zostali przedstawieni jako nierozgarnięci, jeśli chodzi o ocenianie, ale tak naprawdę należy się ich bać. Mają bowiem „dziwaczny status”. Dyrektor szkoły zatrudnia ich bowiem w porozumieniu z władzą kościelną. Mają przywileje, bo wedle „Wyborczej” „nie muszą też wykazać się przygotowaniem pedagogicznym” (ewidentnie fałszywa teza w żaden sposób nieuzasadniona). Co gorsza, ich przedmiot „nie jest nauczany wedle podstawy programowej ustalanej przez ministra edukacji, ani wedle programów zatwierdzanych przez ministra”. Po tylu protestach w sprawie ingerencji premiera R. Giertycha w listę lektur, oświeceni publicyści chcą go zaangażować do rewizji katechizmu?

Jak widzieliśmy, sylogizmy to mocna strona wolnomyślicieli. Ale nie do końca. Laicka lewica nie może się zdecydować i sprzecznie argumentuje. „Nie wszyscy chodzą na religię, dlaczego mieliby mieć niższą średnią, bo nie będzie w niej punktów z religii” – to dobry argument, żeby dołożyć katolikom. Nie przeszkadza to za chwilę płakać nad losem lekcji etyki, na które wolnomyślni wychowankowie „Wyborczej” po prostu nie chodzą. Nie może ich zagnać koncern medialny Agory, to czy pomoże chęć uzyskania lepszej średniej? Zamiast logicznie rozumować, lepiej jednak głośniej krzyczeć, kto jest wrogiem: wstrętni katolicy, abp. Kazimierza Nycza nie wyłączając.

Historia to też nie jest mocna strona duchowych dzieci Jacka Kuronia. Zaczyna się dla nich gdzieś wraz z powstaniem KOR. Skąd bowiem ich zdaniem pochodzą „rzekome prawa historyczne Kościoła katolickiego” do religii w szkole? Sensacyjne odkrycie: są „aktem wdzięczności nowych władz politycznych za wsparcie udzielane „Solidarności” przez instytucje kościelne!”. No cóż, widocznie ta część dziejów sprzed KOR się nie liczy. Co prawda Kościół stworzył szkolnictwo i prowadził je w większości przypadków do niemal współczesnych czasów, ale uczył tam nie wiedzy – według publicystów – lecz treści podanych do wierzenia. Liczy się więc tylko wdzięczność lewicy laickiej, która zresztą była „poważnym nadużyciem” (tłumaczy się z niego prof. H. Samsonowicz na tych samych łamach: „Zgłaszały się do mnie różne organizacje i prywatne osoby. Ludzie chcieli, żeby to było wprowadzone”), bo niewdzięczny i rozwydrzony Kościół teraz „narusza neutralność światopoglądową państwa”. Zresztą może na razie tylko „przesłania”, „zaciera” tę neutralność, ale najgorsze nadejdzie wkrótce. Usuńmy w ogóle religię ze szkół! – grzmią zatem publicyści. A na razie Halina Bortnowska z Komitetu Helsińskiego zachęca katolików, aby swoją obecność w szkole traktowali jako „pewnego rodzaju gościnność”.

Od historii przejdźmy teraz do filozofii i religiologii. „Religia miałaby być fundamentem moralności społecznej, zespołem wierzeń zapewniających nam wszystkim szczęśliwsze życie. Jest to argument nieprawdziwy i szkodliwy”. Panowie publicyści, cenimy sobie Arystotelesa, ale eudajmonizm i chrześcijaństwo to dwie różne rzeczy. Mówiąc inaczej ani Chrystus Pan, ani żaden z prawowiernych myślicieli chrześcijańskich szczęścia na tym świecie nie oferował. Sęk w tym, że spełnienie utopii zajmuje wyobraźnię pogromców religii. „Szczęśliwe społeczeństwo daje ludziom przestrzeń autonomii moralnej, pozwala im dyskutować o różnych wyborach” – pouczają nas. Co to oznacza w praktyce? Na przykład zakaz cytowania w szkole wypowiedzi Jana Pawła II niezweryfikowanych przez „Wyborczą”. Są tam bowiem takie nieładne rzeczy, jak termin „cywilizacja śmierci”. A przecież zrzucanie prezerwatyw umierającym z głodu Afrykańczykom, stosunki homoseksualne i zostawienie przy życiu jednego z wielu (przeznaczonych z góry na zagładę) istnień ludzkich powołanych do życia w probówkach, to istna symfonia życia. Tylko Papież z Polski nie potrafił precyzyjnie definiować terminów, bo skończył klasyczne gimnazjum, a nie Wielokulturowe Liceum Humanistyczne im. Jacka Kuronia.

„To w szkole dzieci uczą się, jak odróżniać zdania mętne od precyzyjnych, niedorzeczności od sądów uzasadnionych” – słusznie przypominają publicyści „Wyborczej”. I niech tak zostanie. Na zdania mętne i nieuzasadnione tezy zostawmy miejsce w niewyważonej publicystyce. Nie majstrujcie przy polskiej oświacie. Antyreligijny eksperyment trwał w niej przez dziesięciolecia komunizmu. I zakończył się całkowitą kompromitacją.

Radosław Brzózka

drukuj