Nigdy jej nie doścignę

Z Januszem Walentynowiczem, synem Anny Walentynowicz, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler

Jaki obraz mamy pozostanie w Pana
sercu?

– To pozornie proste pytanie, natomiast odpowiedzieć na
nie jednoznacznie jest bardzo trudno. To, co pozostaje mi w głowie i
sercu, to myśl, że chyba nigdy jej nie doścignę, jeżeli chodzi o
dotrzymywanie wierności pewnym zasadom, ideałom, a także okazywanie
ciepła osobom, które na to zasługują. Mama potrafiła być ponadto
zupełnie obojętna wobec osób, które ją skrzywdziły, czego ja nie
potrafię. Była ponad pewne rzeczy, pewne emocje, nie dając się wplątać w
jakieś niejasne historie. Ogólnie mówiąc, była osobą godną
naśladowania. Przy trumnie mamy obiecałem jej, że dołożę wszelkich
starań, żeby przynajmniej resztę życia spędzić tak, jakby sobie tego
życzyła.

Jakie ideały, wartości zaszczepiła w Panu i wnukach?
Na co zwracała szczególną uwagę?

– Przede wszystkim na
prawdomówność. Nienawidziła kłamstwa i krętactwa, brzydziła się nimi.
Zawsze mówiła: niech to będzie najgorsza prawda, ale prawda, bo z nią
zawsze coś można zrobić. Nauczyła mnie i moje dzieci nie tylko mówienia o
uczuciach, ale okazywania ich, zarówno tych dobrych, jak i tych
gorszych. Jeszcze jako dorastający chłopak wstydziłem się bardzo płakać,
mimo że wielokrotnie miałem na to ochotę. Kiedyś w jakiejś szczerej
rozmowie z mamą powiedziałem jej o tym, a ona odpowiedziała: „Słuchaj
synku, tylko głupcy nie płaczą, prawdziwy mężczyzna, prawdziwy człowiek
zawsze okazuje uczucia, których doświadcza. Nie ma się co tego wstydzić,
bo to jest zupełnie normalne”. Kładła nacisk na punktualność,
wywiązywanie się z danego słowa. Wydaje mi się, że to są takie podstawy,
bez których nie można normalnie funkcjonować.

Wszyscy,
którzy wspominają śp. Annę Walentynowicz, podkreślają, że tworzyła wokół
siebie serdeczną atmosferę. Jaka była na co dzień?

– Bardzo
ciepła, czasami szorstka, ale w taki matczyny sposób. Po prostu
postawiła sobie bardzo wysoko poprzeczkę, jeżeli chodzi o pewne zasady,
sposób bycia czy zachowania, i tego samego wymagała od najbliższych
członków rodziny. Czasami na tym tle były zgrzyty, ale nawet gdy
zwracała uwagę, robiła to w ciepły i życzliwy sposób. To nie było
łajanie czy wypominanie jakichś niedociągnięć, tylko łagodne zwrócenie
uwagi, że należałoby inaczej coś zrobić, powiedzieć, postąpić.

Czy
cieszyło ją tytułowanie jej „matką 'Solidarności'”?

– Muszę panu
powiedzieć, że tak. Ona miała wewnętrzne poczucie olbrzymiej radości i
spełnienia, natomiast nigdy się z tym nie afiszowała ani tym nie
chwaliła. Bywały takie momenty, że uważała, że to jest chyba ponad
miarę, ponad jej zasługi, aczkolwiek było jej bardzo miło.

Jak
przyjęła odznaczenie jej przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Orderem
Orła Białego?

– Z radością. Mama zawsze była bardzo skromna,
nigdy nie zabiegała o jakieś tytuły, zaszczyty. Jednak to odznaczenie
przyjęła, ponieważ było z rąk śp. Lecha Kaczyńskiego, co ją bardzo
usatysfakcjonowało. Była bardzo zadowolona, aczkolwiek nie obnosiła się z
tym publicznie.

A jak znosiła ataki na swoją osobę,
przemilczanie jej zasług?

– Bardzo to przeżywała. Mnie to również
bardzo bolało, dlatego że wiele rzeczy przechodziliśmy wspólnie, tj.
aresztowania, bicia, rewizje, poniżanie. Również dlatego, że doskonale
wiem, jak wyglądał przebieg strajku w Stoczni Gdańskiej, inaczej niż to
przedstawia Lech Wałęsa. Gdy tylko otrzymał podwyżkę, trzeciego dnia
ogłosił koniec strajku i rozpuścił ludzi do domów. To właśnie mama ze
śp. Aliną Pienkowską zatrzymały stoczniowców.

Czyli gdyby nie
ona, tego strajku by nie było?

– Podejrzewam, że tak. Dzięki niej
stoczniowcy wrócili do stoczni i strajk się rozpoczął.

Wciągnęła
Pana w działalność „Solidarności”?

– Nie, nie byłem w żadnych
strukturach, uważałem, że są lepsi, mądrzejsi. Pracowałem w tym czasie w
porcie gdańskim. Mama któregoś dnia próbowała porozmawiać ze mną, czy
nie chciałbym się udzielać w związku. Nie zdecydowałem się, bo widziałem
i słyszałem, co się wówczas działo wokół niej i państwa Gwiazdów. Dla
mamy jednak Wolne Związki Zawodowe były jak druga rodzina.

Co
Pana mamę cieszyło we współczesnej Polsce, a co szczególnie boleśnie
przeżywała?

– Na pewno cieszyło ją to, że w jakiś sposób wzmogła
się rola Kościoła i wzrosła wiara w Narodzie. Bardzo się ucieszyła, gdy
ks. kard. Karol Wojtyła został Papieżem. Była później raz czy dwa na
audiencji u Jana Pawła II. Natomiast martwiła się – podobnie zresztą jak
ja – tym, co się dzieje w polskiej polityce, w polskim rządzie.
Widziała te przepychanki w Sejmie, kłótnie o jakieś nieistotne rzeczy,
gdy sprawy naprawdę ważne – a tymi były dla niej kwestie bytowania
przeciętnych ludzi, którzy wstają codziennie o godz. 6.00, żeby na 7.00
pójść do pracy – nie były poruszane. Bardzo nad tym ubolewała.

Czym
był dla niej wylot z prezydentem na uroczystości do Katynia?


Proszę pana, pierwotna wersja była taka, że mama miała jechać z panią
Janiną Natusiewicz-Mirer pociągiem. Kiedy się dowiedziała, że prezydent
zaprosił ją na pokład swojego samolotu, poczuła się dowartościowana.
Choć Lech i Jarosław Kaczyńscy dawali niejednokrotnie odczuć mamie, że
pamiętają o niej jako o człowieku, o tym, co zrobiła, sprawiło jej to
dużą przyjemność. Była bardzo dumna z tego, że jako jedna z nielicznych
osób znalazła się w tak ścisłym gronie na pokładzie prezydenckiego
samolotu. Dowodem tego jest list do prezydenta napisany przez mamę i
sybiraczkę panią Janinę Natusiewicz-Mirer, który miały mu wręczyć po
uroczystościach w Katyniu.

Jaka jest jego treść?

Mama pisze w nim, że czuje się zaszczycona, że leci z prezydentem,
dziękuje za umożliwienie jej pobytu na uroczystościach w Katyniu. Wylot
do Katynia był dla niej bardzo osobistym wydarzeniem, dlatego że w
naszym domu zawsze mówiło się o Katyniu. Raz ciszej, raz głośniej, ale
ten temat stale się przewijał. Ten wylot był więc jakby ukoronowaniem
całej jej pracy w kierunku ujawnienia zbrodni katyńskiej.

W
jaki sposób dowiedział się Pan o jej śmierci?

– Syn odbierał
samochód u dilera w Gdańsku, który też kupił dzięki pomocy babci. Byłem
tam razem z nim. W trakcie podpisywania przez syna różnych dokumentów
jego żona dostała telefon od swojej rodziny, że coś się stało z
prezydenckim samolotem. Pierwszą myślą, która przeleciała mi przez
głowę, było to, że pewnie nie wysunęło się podwozie. Syn skorzystał u
tego dilera z internetu, zaczął sprawdzać bieżące informacje. Gdy
okazało się, że samolot się rozbił i nikt nie przeżył, to przyznam panu
szczerze, że nie bardzo pamiętam, jak wróciłem do domu.

Czy
po katastrofie prezydenckiego samolotu ktoś z przedstawicieli władz
próbował się z Panem kontaktować, pomagał w wyjeździe do Moskwy?


Przepraszam, ale nie pamiętam. Na pewno był jakiś telefon, ale nie
przypominam sobie, od kogo. W niedzielę wczesnym rankiem pojechaliśmy z
Gdańska do Warszawy, ale dokładnie nie pamiętam tamtego czasu, tak to
wszystko przeżyłem.

Jak na miejscu, w Moskwie, wyglądały
procedury, sama identyfikacja ciał?

– Muszę panu powiedzieć, że
działania strony rosyjskiej, zresztą polskiej również, bo tutaj nie
można bagatelizować działań pani minister Kopacz i pozostałych
ministrów, którzy byli z nami w Moskwie, były naprawdę na najwyższym
poziomie, na jaki można było sobie pozwolić w takiej sytuacji i w takim
momencie, kiedy wszystko było robione na gorąco. Byliśmy otoczeni
wszechstronną opieką, nie było sytuacji, w której zostalibyśmy
pozostawieni sami sobie. Samą identyfikację ciał przeprowadzono w taki
sposób, żeby zmniejszyć nam do minimum skutki ich oglądania. Było to
zrobione naprawdę profesjonalnie. Towarzyszyli nam lekarze i
psychologowie policyjni z Polski, których mogliśmy o wszystko pytać i
wyjaśniać jakiekolwiek wątpliwości.

Nie miał Pan problemów z
rozpoznaniem ciała mamy?

– Nie. Przepraszam, ale nie chcę o tym
rozmawiać…

Czy wiedział Pan, że w Moskwie przeprowadzono
sekcję zwłok wszystkich ofiar? Ktoś Pana o tym informował, pokazywał
jakieś dokumenty z sekcji Pana mamy?

– Wydaje mi się, że coś
wspominano o sekcji zwłok, natomiast żadnego protokołu z niej nie
podpisywałem. Dano nam, jak to oni nazywali, zaświadczenie o śmierci,
coś na wzór naszego aktu zgonu. Przyczyna śmierci mamy była określona w
tym dokumencie jako obrażenia wielonarządowe.

Czy zostały
Panu zwrócone rzeczy, które Pana mama miała przy sobie?

– Te,
które zidentyfikowałem, a więc zegarek mamy, jej obrączkę i medalik z
Matką Bożą przypinany na agrafkę, otrzymałem w Moskwie. Jej ubranie było
w makabrycznym stanie, więc zdecydowaliśmy, że pójdzie do spalenia.
Natomiast do dzisiaj nie otrzymałem – a wiem, że mama na pewno je miała –
jej torebki, dowodu osobistego, paszportu i kluczy od mieszkania.

Jak
ocenia Pan postępy śledztwa w sprawie katastrofy samolotu
prezydenckiego? Czy jest Pan o nich informowany?

– Nie, nie
jestem informowany. To, co wiem, wiem z mediów. Przyznam szczerze, że
jestem rozgoryczony i bardzo zniesmaczony tym, co się dzieje, dlatego że
– moim zdaniem – jest to w tej chwili polowanie na czarownice, tzn.
usiłowanie znalezienia jakiegoś winnego. To zupełnie niczego nie
załatwia. Uważam, że winni tej katastrofy są wszyscy politycy przez –
jakby to moja mama określiła – grzech zaniedbania. Od początku wolnej
Polski, czyli od prezydentury Lecha Wałęsy, aż po prezydenturę śp. Lecha
Kaczyńskiego wszyscy politycy wykłócali się w Sejmie o jakieś bzdurne
rzeczy, natomiast gdy poruszano temat wymiany starej, zdezelowanej floty
powietrznej dla VIP-ów, mówiono, że nie ma pieniędzy, teraz mamy tego
efekty.

Czy myślał Pan o ustanowieniu swojego pełnomocnika,
który miałby wgląd w akta śledztwa?

– Myślałem o tym, ale dopóki
to śledztwo się nie zakończy, szczątkowe oglądanie czegoś nic nie da.
Na bazie bowiem wyrywkowych informacji powstają jedynie spekulacje,
które do niczego nie prowadzą. Ponadto z informacji, jakie posiadam,
wiem, że jeden z pełnomocników kilku rodzin próbował mieć wgląd do tych
akt, lecz prokurator mu tego odmówił. Jest to dla mnie zupełnie
niezrozumiałe. Gdyby w grę wchodziła tutaj obronność kraju czy tajemnice
wojskowe, byłoby to zrozumiałe, ale to są rzeczy cywilne…

Uważa
Pan, że polskie władze podejmują wystarczające kroki w celu wyjaśnienia
tej tragedii? Czego Pan, jako jedna z osób, które ona najbardziej
dotknęła, oczekuje od rządzących?

– To trudne pytanie, bo tak
naprawdę nie wiem, czego mogę oczekiwać od ludzi, których znaczna
większość tak na dobrą sprawę chce jedynie wygrać wybory i zostać jak
najdłużej w ławach poselskich. To, co by mnie usatysfakcjonowało, to
odpowiedź na pytanie, jak było naprawdę, tzn. dlaczego samolot, w którym
wszystkie urządzenia pokładowe – jak kilkakrotnie słyszałem w telewizji
– były w stu procentach sprawne, znalazł się około 150 metrów od osi
pasa i prawie 70 metrów za nisko. Żadne z urządzeń nie zadziałało, a
były sprawne? To jakaś paranoja. Należałoby też wyciągnąć wnioski na
przyszłość, by ekipy, które będą poruszać się VIP-owskimi samolotami,
miały zapewnione większe bezpieczeństwo. Może też te loty VIP-owskie
należałoby mimo wszystko ubezpieczać, bo z tego, co słyszałem, ten lot
nie był ubezpieczony. Jest to dla mnie niezrozumiałe.

Na
rynku księgarskim ma teraz ukazać się biografia Pana mamy autorstwa dr.
Sławomira Cenckiewicza. Wiem, że pani Anna Walentynowicz zdążyła ją
jeszcze przeczytać. Czy była zadowolona?

– Była zachwycona,
dlatego że dr Cenckiewicz bardzo rzetelnie podszedł do tej publikacji.
Każdy rozdział książki, który napisał, dawał jej do przeczytania i
konsultacji. Gdy dostała w końcu całość, nie spała przez półtorej doby,
tak wciągnęła ją lektura. Ze łzami w oczach powiedziała dr.
Cenckiewiczowi, że książka jest doskonała, bo nie ma w niej nic
upiększonego ani nic umniejszonego, to jest po prostu jej życie. Mam
nadzieję, że może dzięki tej książce część osób przejrzy na oczy i
przestanie ślepo wierzyć w to, co o mamie opowiada Lech Wałęsa.

Dziękuję
Panu za rozmowę.

drukuj