Niewygodny wieszcz

Dwieście lat temu, 19 lutego 1812 roku, urodził się w Paryżu Zygmunt
Krasiński, poeta polski i wieszcz narodowy, syn starosty opinogórskiego
Wincentego Krasińskiego, dowódcy słynnego Pułku Szwoleżerów Gwardii i osobistego
współpracownika cesarza Francuzów, Napoleona I. Urodzin syna pogratulowała
matce, Marii Urszuli Krasińskiej z książąt Radziwiłłów, Józefina de Beauharnais,
małżonka cesarza i jej przyjaciółka. Sam Napoleon obiecał być ojcem chrzestnym
dziecka.

Opinogóra, rodzinne gniazdo przyszłego poety, leży na Mazowszu, w powiecie
ciechanowskim. Dziś najbardziej znaną reprezentantką kultury wywodzącą się z
powiatu ciechanowskiego jest artystka estradowa Dorota Rabczewska – Doda – dla
widzów MTV symbol nowoczesności i europejskiego stylu. Mimo ogromnych przemian
obyczajowych i umysłowych, jakie różnią Polskę, której ikoną jest Doda, od tej,
której wieszczem był Zygmunt Krasiński, Sejm RP przyjął wczoraj uchwałę o
uczczeniu rocznicy urodzin Krasińskiego. Poety, który – jak napisali posłowie –
„był (…) nie tylko wielkim Polakiem, ale również wielkim Europejczykiem”, i
którego „memoriały polityczne kierowane do przywódców ówczesnego świata były
donośnym głosem w obronie polskiej racji stanu i ostrzegawczym znakiem dla całej
Europy”.

Co prawda przy redagowaniu tekstu tej uchwały, zgłoszonej przez PiS w
sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, nie obyło się bez polemiki z posłem
Rafałem Grupińskim (PO), ale ostatecznie zarówno wnioskująca opozycja, jak i
zakłopotana wnioskiem koalicja rządowa i lewica uchwałę przyjęły. Ci bowiem, dla
których uczczenie „wielkiego Polaka” nie byłoby wystarczającym powodem sejmowej
uchwały, znaleźli w jej tekście dla siebie ideologiczne alibi: określenie
Krasińskiego mianem „wielkiego Europejczyka”.

Sejmowa uchwała w sprawie rocznicy Krasińskiego jest więc swoistym
kompromisem pomiędzy opozycją, rzeczywiście szukającą oparcia w polskim
dziedzictwie, a politycznym teatrem PO i jej koalicjantów, niepotrafiących się
zdobyć na formalne zerwanie z tą tradycją i dlatego szukających dla niej
aktualnego alibi. Rzeczywiste europejskie zakorzenienie Krasińskiego jest dziś
właśnie takim alibi dla „Europejczyków”.

Niecenzuralny poeta

Na marginesie sporu o treść uchwały sejmowej warto też zapytać bardziej
merytorycznie, dlaczego uczczenie Krasińskiego okazuje się kłopotliwe dla
establishmentu? Przecież Krasiński nie jest groźny i już wielokrotnie odsyłano
go do lamusa. Jako pierwsi uczynili to w XX wieku poeci awangardy, tacy jak
Julian Przyboś, którego zdaniem Krasińskiego jako pisarza cechowała obok
„śmiałych pomysłów – prowincjonalna ciasnota” i „rozumowania na poziomie
umysłowym zakrystiana”. Przyboś sądził tak, ponieważ jako awangardysta uważał
poetów za „inżynierów wyobraźni”, a skoro to, co współcześni Krasińskiemu
inżynierowie skonstruowali było w XX wieku zabytkiem i starociem, to i poezja
tamtej epoki starociem być musiała – przynajmniej według Przybosia. Sąd ten
okazał się błędny o tyle, że poeci nie są i nigdy nie byli „inżynierami”, a to,
co tworzą, nie podlega prawom postępu rządzącym światem techniki i jej wytworów.

Można się było o tym przekonać już w czasach PRL, kiedy Przyboś wygłaszał
swoje sądy o Krasińskim. Okazało się bowiem, że niektóre z owych rozumowań
Krasińskiego były z jakiegoś powodu nie do przyjęcia dla komunistycznej cenzury.
Dotyczy to „Pism politycznych” poety, które nawet po 1956 roku, kiedy o autorze
„Nie-Boskiej komedii” pozwolono z powrotem mówić, pozostawały w PRL
niecenzuralne. Toteż ukazywały się wyłącznie w drugim obiegu i były prezentowane
na podziemnych wykładach w okresie stanu wojennego. Trudno o bardziej wymowny
dowód, że w PRL Krasiński był autorem całkowicie współczesnym i aktualnym, a to
ze względu na jego przekonanie o możliwej syntezie zachodnioeuropejskiego
komunizmu z rosyjską ideą imperialną. Przewidywanie, które chyba sprawdziło się
po roku 1917, bo gdyby chodziło o coś innego, to po co komuniści mieliby go
cenzurować?

Z kolei o tym, że Krasiński jest aktualny w III RP, przekonuje wykreślenie z
projektu sejmowej uchwały fragmentu mówiącego o tym, że: „Trwałe znaczenie
narodowe dorobku Krasińskiego polega na konsekwentnej obronie chrześcijańskiego
dziedzictwa Europy oraz ukazywaniu etycznego wymiaru polityki”. W rzeczywistości
Krasiński m.in. jako autor „Irydiona”, „Psalmu miłości”, „Resurrecturis”
żarliwie polemizował z politycznym makiawelizmem, głosząc tezę, że do
usprawiedliwionych moralnie celów politycznych należy dążyć, stosując wyłącznie
środki zgodne z etyką chrześcijańską. Cóż zatem stało na przeszkodzie, by takie
sformułowania trafiające w sedno przekonań Krasińskiego znalazły się w sejmowej
uchwale, jeśli nie to, że kłują one polityków głoszących dziś pogląd, że w
polityce liczy się przede wszystkim sukces, a dążyć do niego należy np. przy
pomocy przewrotnego PR? Wiadomo, jak oceniłby to Krasiński, który znał politykę
od podszewki.

Wizjoner sprawy polskiej

To, że mimo wszystko czci się dziś oficjalnie pisarza tak politycznie
niepoprawnego, paradoksalnie wynika poniekąd z realnej nieznajomości jego
utworów połączonej z żywotnością mitu romantycznego. Krasiński był poetą trudnym
i niezrozumiałym już dla swoich współczesnych. Popularna pisarka Klementyna z
Tańskich Hoffmanowa po przeczytaniu świeżo wydanej „Nie-Boskiej” szczerze
wyznała, że niczego z niej nie zrozumiała. Podobne świadectwo początkowych
trudności w zrozumieniu Krasińskiego dawał Stanisław Tarnowski, któremu
Krasińskiego „wytłumaczył” dopiero Julian Klaczko w roku 1862. Dla współczesnych
Zygmunt Krasiński był więc początkowo pisarzem awangardowym i niezrozumiałym.

Natomiast dziś na salonach uważa się go raczej za literackiego
tradycjonalistę, w którym nie ma nic, co byłoby nowatorskie (afektowany,
manieryczny, przesłodzony) albo trudne do zrozumienia. Ot, zależność od ojca,
obrona arystokracji, „Polska Chrystusem narodów” – takie romantyczne głupstwa –
głoszą współczesne niezbędniki inteligenta.

Przez formę poezji Krasińskiego zawsze przebijano się z trudem, nie jest to
bowiem pisarz, którego można czytać dla rozrywki. Zarówno przez jego głębię, jak
i rzeczywiste czy pozorne mielizny można przedostać się tylko dzięki
intelektualnej pasji i literackiemu wyrobieniu. Ale – jak zauważył przed laty
Paweł Hertz – nawet po nieudanych fragmentach jego wierszy widać, że wyszły one
spod pióra wielkiego pisarza. Znawcy i miłośnicy romantyzmu mogą więc cenić
Zygmunta Krasińskiego jako reprezentanta epoki i jako autora, który w swoich
listach dał najlepszą, najbardziej wyczerpującą i zniuansowaną panoramę
pierwszej połowy XIX wieku.

Istotne jego znaczenie polega jednak na tym, że od „Nie-Boskiej komedii”
świadomie starał się – z powodzeniem i wbrew ograniczeniom swego czasu –
artykułować uniwersalną problematykę świata nowoczesnego, która nie straciła
swojej aktualności do dziś. Tak na przykład jak nie straciły aktualności ukazane
w „Nie-Boskiej” mechanizmy rewolucji społecznej prowadzące przez anarchię do
„despotyzmu wolności”, obejmujące programową walkę z chrześcijaństwem, rewolucję
obyczajową, rolę intelektualistów i artystów w burzeniu starego i organizowaniu
nowego, postchrześcijańskiego świata.

W „Irydionie” Krasiński jeszcze wzbogacił tę historiozoficzną wizję o temat
kryzysu cywilizacji, kwestię stosunku Kościoła do polityki oraz o pytanie o
przyszłość Polski, na które starał się odpowiadać wielokrotnie i na różne
sposoby, zawsze jednak widząc w sprawie polskiej kwestię o pierwszorzędnym
znaczeniu dla cywilizacji zachodniej. Oprócz emocji, których jako romantyk się
nie wstydził, była w jego szerokiej wizji spraw polskich historiozofia,
geopolityka, a także łączenie długofalowego optymizmu z realizmem ocen bieżących
i krytyką wad narodowych – i to taką, która byłaby aktualna także w stosunku do
Polaków współczesnych.

Wielki nieobecny

Można by tu wymienić jeszcze wiele powodów, dla których jubileusz Zygmunta
Krasińskiego powinniśmy obchodzić uroczyście, a także potraktować go jako okazję
do pogłębionej refleksji nad naszą przeszłością i teraźniejszością. Jakże tu
jednak wyjść poza oficjalne jubileuszowe rytuały i okolicznościowe laudacje,
choćby przyprawione wzmiankami o drobnych politycznych utarczkach, skoro
przytłaczająca masa Polaków nie ma dziś żadnej możliwości zapoznania się z
dorobkiem Krasińskiego, który poza wznawianą do celów szkolnych „Nie-Boską
komedią” jest dziś trudno dostępny i krąży w obiegu coraz to bardziej
specjalistycznym. Przecież zbiorowego wydania dzieł Krasińskiego nie było od lat
międzywojennych, a trzytomowe „Dzieła literackie” ukazały się w 1973 roku i
odtąd nie były wznawiane! Polityczne obchody rocznicy Krasińskiego zakrawają w
tej sytuacji na wydarzenie czysto fasadowe: okazjonalne wywoływanie ducha poety
na tle jego stałej nieobecności w księgarniach.

Nie dotyczy to zresztą wyłącznie Zygmunta Krasińskiego. W III RP nie wydaje
się bowiem, poza wyjątkami, dzieł zebranych i obszerniejszych wyborów klasyków
naszej literatury, które mogłyby trafić do domowych bibliotek nowej klasy
średniej, choćby w charakterze prestiżowej dekoracji. Zdaje się, że Polacy
utożsamiają dziś klasykę literacką z lekturami szkolnymi. Toteż poza półką z
lekturami, zresztą z kolejnymi reformami edukacji coraz krótszą, w polskich
księgarniach klienci nie uświadczą dziś klasyki, nie tylko zresztą polskiej, ale
i powszechnej.

Ta cecha naszego rynku księgarskiego ostro kontrastuje z praktyką rynkową
narodów posiadających wielkie tradycje literackie: Francuzów, Niemców czy
Anglików. W wielkich sieciach księgarskich szeroki kanon klasyki narodowej i
powszechnej jest tam w stałej ofercie. W USA i Wielkiej Brytanii najwybitniejsi
pisarze języka angielskiego są zresztą nie tylko na półkach, ale i na ekranach
kin i telewizji, ponieważ co kilka lat kręci się nowe ekranizacje
najpopularniejszych dramatów i powieści. Toteż nikt nie walczy o uchwały
polityczne w sprawie Szekspira, Jane Austen czy Dickensa – i nikomu nie
przychodzi do głowy, żeby mówić o nich, że byli nie tylko „wielkimi Anglikami”,
ale i „wielkimi Europejczykami”. Ponieważ jednak Anglicy i Amerykanie ciągle na
nowo odczytują swoich klasyków, ich tworzona współcześnie kultura jest żywa,
autentyczna i – jak to wszyscy widzimy – rozprzestrzenia się po całym świecie.

Polacy natomiast zdają się wierzyć, że im mniej będą powracać do własnych
wieszczów, tym bardziej będą europejscy. Ale im bardziej chcą być europejscy,
tym bardziej stają się prowincjonalni – jak to widać jaskrawo na przywołanym tu
przykładzie Dody. A przecież nie zawsze tak było! Kiedyś istniał u nas
prawdziwy, nie udawany, kult poetów i pisarzy: romantyków, pozytywistów,
Wyspiańskiego, Żeromskiego i innych. Gombrowicz wykpił to w „Ferdydurke”, ale
czy bez tego pietyzmu dla wieszczów i wielkiej literatury XIX wieku mogłaby
powstać wielka literatura polska XX wieku? Może więc, wziąwszy to pod uwagę,
powinniśmy potraktować obecny jubileusz Zygmunta Krasińskiego jako okazję, by w
naszym obecnym stosunku do dziedzictwa narodowego zmienić coś na lepsze – nie
tylko symbolicznie, ale i realnie?

Prof. Andrzej Waśko

literaturoznawca Uniwersytet Jagielloński

drukuj