Niewiele zostało z jego dawnych wartości

Czy jeśli ktoś jest w stanie pogodzić belgijskich Walonów i Flamandów, to
sprosta złożonym problemom i sprzecznych interesom 27 krajów Unii Europejskiej?
Wydaje się, że Herman Van Rompuy, mimo że niepozorny i bez charyzmy, chce tego
dokonać. Co więcej – ma pomysł, by do swojej wizji Europy przekonać nawet tych
najsilniejszych. Co to za wizja? Czy jej realizacja się uda?

Nieprzypadkowo Bruksela jest siedzibą tak wielu instytucji międzynarodowych.
Belgia to państwo, które w pewnym sensie wyprzedziło ideę wspólnoty europejskiej
o prawie dwa wieki. Nazwa geograficzna ("Gallia Belgica") znana jest jeszcze z
czasów Imperium Rzymskiego, ale jako samodzielne państwo powstała dopiero w 1830
roku. Składa się z dwóch klarownie wyodrębniających się części – Walonii i
Flandrii.
Jeśli Belgię uważać możemy za poligon doświadczalny integracji europejskiej, to
nie ma powodów do optymizmu. Spory ugrupowań flamandzkich i walońskich powodują,
że często dochodzi do kryzysów politycznych, a po każdych wyborach próby
utworzenia rządu ciągną się wiele miesięcy (rekord to dziewięć), pojawiają się
żądania coraz większej autonomii regionów, mówi się wręcz o rozpadzie państwa.
"Łączy nas tylko król, reprezentacja piłkarska i piwo" – powiedział Yves Leterme,
jeden z belgijskich premierów.

Rady Europy
– System instytucjonalny Unii trudno porównywać do jakiegokolwiek współczesnego
modelu ustrojowego – tłumaczy Radosław Kołatek, ekspert w dziedzinie unijnej
dyplomacji. Niektóre nazwy są podobne. Mamy np. Parlament Europejski, ale nie
jest on jak parlamenty krajowe władzą ustawodawczą. Podobnie Komisja Europejska
nie jest rządem. Co więcej, te dwie najbardziej znane instytucje Unii nie są
wcale najważniejsze. Prawdziwą władzę ma Rada, a właściwie dwie: Rada Unii
Europejskiej i Rada Europejska. Nawet niektórym politykom i dziennikarzom zdarza
się je pomylić.
Rada Unii Europejskiej to zebranie ministrów krajów członkowskich. Mogą to być
ministrowie spraw zagranicznych (mówimy wtedy o Radzie ds. Ogólnych) albo inni w
zależności od poruszanych zagadnień (tzw. Rada Branżowa). Główne kompetencje
tego ciała to wydawanie unijnych aktów prawnych, zawieranie umów
międzynarodowych, uchwalanie budżetu Wspólnoty. W procesie podejmowania decyzji
uczestniczą też Komisja Europejska i Parlament, ale to głos Rady jest
decydujący.
Rada Europejska jest natomiast odpowiedzialna za strategię całej Wspólnoty.
Spotykają się na niej dwa razy w roku przywódcy państw: prezydenci lub
premierzy, aby wyznaczyć ogólne kierunki rozwoju Unii. Ta Rada ma decydujący
wpływ na skład Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego.
Rada Europejska jest zatem tym organem, który faktycznie decyduje o kształcie i
rozwoju całej Unii Europejskiej. Trudno się temu dziwić. Przecież to państwa
stworzyły Unię (a wcześniej Wspólnoty Europejskie) poprzez kolejne traktaty. – O
ile Komisja Europejska i Parlament Europejski funkcjonują w logice wspólnotowej,
to znaczy są definiowane poprzez interes całej Unii, to Rada Europejska (i Rada
Unii Europejskiej) funkcjonują w logice międzyrządowej, są terenem sporu
politycznego, ścierania się interesów narodowych w kontekście całości polityki
unijnej – mówi Kołatek.

"Prezydent Europy"
Jak dotąd kierownictwo w obu Radach zmieniało się rotacyjnie co pół roku.
Przywódca państwa mającego wówczas, jak się to określa, prezydencję,
reprezentował też całą Wspólnotę na zewnątrz, koordynował jej prace i
przewodniczył Radzie Europejskiej. Traktat reformujący, przyjęty na szczycie w
Lizbonie przewiduje, że Rada wybierze przewodniczącego (spoza własnego grona),
który będzie stale wykonywał część zadań prezydencji. – Stanowisko
przewodniczącego zostało utworzone po to, aby wzmocnić instytucje unijne. Dano
całej strukturze administracji wspólnotowej wyrazistego lidera, który będzie
mógł reprezentować Unię na zewnątrz – wyjaśnia Radosław Kołatek. Popularnie
przewodniczącego Rady określa się mianem "prezydenta Europy", i chociaż to
przesada, Van Rompuy nie jest kimś takim jak prezydent Stanów Zjednoczonych, to
jeśli proces integracji będzie się dalej pogłębiał, może kiedyś to się zmieni i
pozycja przewodniczącego jeszcze wzrośnie.
Herman Achille Van Rompuy jest Flamandem, urodził się w 1947 r. w Etterbeek.
Ukończył katolickie Kolegium św. Jana w Brukseli i również Uniwersytet Katolicki
w Leuven. Studiował filozofię i ekonomię. Pochodzi z dużej rodziny, której wielu
członków działało i działa w polityce. Herman i jego brat Eric związali się z
chadecją, która w czasach młodości Van Rompuya miała jeszcze bardzo tradycyjne i
konserwatywne oblicze. Dla odmiany ich siostra Christine została, i jest do
dzisiaj, komunistką.
Dla znających język flamandzki (czyli holenderski) Van Rompuy to nie tylko
polityk, ale też poeta tworzący haiku (japońskie formy liryczne). Wiersze
składają się z siedemnastosylabowych wersów i mają specyficzną kompozycję.
Przewodniczący Rady Europejskiej jest też zagorzałym użytkownikiem internetu,
prowadzi od dawna własny blog. Jest żonaty i ma czworo dzieci.
Herman Van Rompuy jest autorem sześciu książek. Broni w nich tradycyjnych
wartości, prawa do obecności religii w życiu publicznym, deklaruje się jako
obrońca życia. W wydanej w 1990 roku książce "Chrześcijaństwo – nowoczesny
pomysł" pisze o tym, że wartości ewangeliczne pozostają aktualne także dzisiaj i
stanowią realną i atrakcyjną propozycję dla przeżywających kryzys tożsamości
społeczeństw Europy Zachodniej.
Niestety, w tym samym 1990 r. przegłosowano w Belgii bardzo liberalne przepisy
aborcyjne, a działo się to, gdy Van Rompuy stał na czele swojej partii i miał
większość w parlamencie. Czym wytłumaczyć brak przełożenia wyznawanych idei na
polityczne decyzje? Van Rompuy miał dużo czasu, żeby przemyśleć strategię
realizacji swojej wizji państwa. Od 1988 roku stoi na czele belgijskiej
chadecji. Pełnił wiele funkcji publicznych, w tym przewodniczącego parlamentu i
premiera. Był też tzw. negocjatorem (explorateur), czyli osobą wyznaczoną przez
króla do prowadzenia rozmów w celu wyłonienia rządzącej większości. Z tego
zadania wywiązał się bardzo dobrze. Wbrew niektórym komentarzom
niezorientowanych dziennikarzy Van Rompuy jest bardzo sprawnym politykiem, chce
i umie piąć się na sam szczyt. Wydaje się, że po tym, gdy 1 grudnia 2009 roku
został przewodniczącym Rady Europejskiej, ten szczyt osiągnął.
– Wybrano polityka, który nie jest walecznym frontmanem, jak Sarkozy czy Blair.
Zdecydowano się na kogoś, kto może nie ma tak wielkiej charyzmy, nie będzie
walczył o pierwsze strony w gazetach, nie będzie zagrażał dużym krajom, ale
będzie prawdziwie rozgrywającym w nie do końca jeszcze ustabilizowanym po
Lizbonie systemie władz Unii – wyjaśnia Radosław Kołatek.

A może rząd światowy?
Po objęciu urzędu przez Van Rompuya wkrótce rozpoczęła się prezydencja
Hiszpanii. Premier Zapatero, wykorzystując milczenie traktatu lizbońskiego w
sprawie podziału kompetencji między szefem hiszpańskiego rządu a przewodniczącym
RE, starał się osłabić uprawnienia Van Rompuya, próbował przejąć inicjatywę.
Jednak przewodniczący Rady zdołał narzucić krajom europejskim swoje tematy.
Krótko po zaprzysiężeniu odbył podróże do prawie wszystkich stolic krajów
wspólnoty z gotową agendą omawianych zagadnień. Jego priorytetem była walka ze
zmianami klimatycznymi i z kryzysem finansowym.
Okazało się, że ambicjonalny pojedynek Zapatero – Van Rompuy wygrał ten drugi.
Zwyciężyły jego obycie i wykształcenie. – Narzucił i temat, i rozwiązanie –
komentuje nasz ekspert. Potem nastąpiła, i trwa obecnie, prezydencja Belgii.
Jasne, że jej przedstawiciele nie będą przeszkadzać swojemu rodakowi w
realizacji własnych wizji. W styczniu przyjdzie czas na Węgry, ale prezydencja
tego małego państwa z wieloma wewnętrznymi problemami może okazać się bardzo
słaba. Po raz pierwszy zatem opór postępującemu wzmacnianiu pozycji
przewodniczącego Rady Europejskiej może postawić dopiero prezydencja Polski
zaczynająca się w lipcu 2011 roku.
Jeszcze przed zaprzysiężeniem Van Rompuy spotkał się z kierownictwem
paramasońskiej Grupy Bilderberg, w tym z Henrym Kissingerem. Nie da się nie
zauważyć, że niewiele zostało z jego dawnych wartości. Van Rompuy nie mówi już
niczego o chrześcijaństwie. Jego nowy konik to "globalne zarządzanie planetą".
Przyswoił sobie sposób myślenia działaczy międzynarodowych organizacji i
ponadnarodowych struktur. "Globalizacja", "zmiany klimatyczne", "przeludnienie",
"prawa kobiet" – słowa-klucze współczesnej nowomowy wyparły "rodzinę",
"tradycję", "wiarę".
 

Piotr Falkowski


————————————————————-

 

 

Ministrowie są manipulowani przez aparat urzędniczy

 

Anna
Fotyga, minister spraw zagranicznych w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i
Jarosława Kaczyńskiego:


Nie ukrywam, że o Hermanie Van Rompuyu mam złe
zdanie. Nie spotkałam go osobiście, ale znam funkcjonowanie Rady Europejskiej,
bo jako minister spraw zagranicznych prawie zawsze uczestniczyłam w jej
spotkaniach, towarzysząc prezydentowi lub premierowi. Najwięcej o zarządzaniu
Unią Europejską dowiedziałam się jednak ze spotkań nieformalnych ministrów spraw
zagranicznych. Wtedy otwarcie porusza się trudne tematy, które potem są
przedmiotem obrad Rady Europejskiej. Wówczas zobaczyłam, jak bardzo my,
ministrowie spraw zagranicznych, byliśmy manipulowani przez aparat urzędniczy.
Unia Europejska ma całą machinę zmieniającą obraz tego, co w rzeczywistości się
dzieje, system "walcowania" niezależnych głosów. Żeby się temu nie poddać,
trzeba wielkiej czujności, dokładności, a przede wszystkim obecności wszędzie
tam, gdzie dzieje się coś ważnego.

Van Rompuy to nie jest polityk nijaki. To polityk kraju, który jest prymusem
Unii, ale z powodu swojej historii, swojej słabej tożsamości i swoich problemów.
Belgia praktycznie zrezygnowała z roli przywódczej [Belgia obecnie ma w UE
prezydencję – red.], zdając się na Van Rompuya i Ashton. Większość krajów, nawet
małych, podchodzi do tego zupełnie inaczej. To zresztą źle rokuje dla kolejnych
prezydencji, w tym naszej. Van Rompuy skutecznie wykorzystuje pewnego rodzaju
zmęczenie, obserwowalne we wspólnocie, do budowy swojej pozycji politycznej. Ani
tak zdobyta pozycja przewodniczącego, ani "zmęczenie" państw członkowskich nie
służą równowadze sił w UE. Dominują narodowe interesy najsilniejszych państw UE,
przede wszystkim Niemiec. Niektóre kraje zaczynają kopiować model belgijski,
słabej, nieugruntowanej państwowości, chętnie powierzającej swoje interesy
silnemu unijnemu centrum. Na to tylko czekają duże państwa członkowskie. I
działa bardziej siła polityczna niż taki czy inny traktat. My swoją siłę
oddaliśmy pod rządami traktatu nicejskiego. I jeden, i drugi traktat dawałby nam
pole manewru, gdybyśmy tylko chcieli. Mówię o tym także dlatego, że obecnie
sytuacja wydaje się jeszcze gorsza – premier Donald Tusk po prostu opuszcza
wiele spotkań.
Ostatni list Van Rompuya, zapraszający na posiedzenie Rady Europejskiej, oceniam
pozytywnie. Brzmiał naprawdę rozsądnie. Przewodniczący prosi w nim przywódców
wszystkich 27 krajów Unii o poparcie polityczne, potrzebne na rozmowy ze Stanami
Zjednoczonymi. Zaprasza do dyskusji i negocjacji. A więc i Polska miała szanse
coś przy udzielaniu tego poparcia ugrać. Przecież, żeby skutecznie rozmawiać z
Obamą albo Miedwiediewem, Van Rompuy potrzebuje prawdziwej jednomyślności we
wszystkich państwach członkowskich. Należało zgłosić swoje postulaty i przy nich
obstawać, a w końcu coś się osiągnie. A Tusk tego nie dostrzega. Myśli, że
poprawi swoją pozycję przez ugodowość. Nic bardziej mylnego.
Unia dobrze wie, że nie jest w tej chwili silną organizacją. Moglibyśmy to
rozegrać, ale potrzeba kogoś, kto to zrobi, ryzykując swoją własną pozycję
polityczną. Gdy jeszcze walczyliśmy o siebie, to i cała Unia miała się lepiej.
Unia potrzebuje silnej, walecznej Europy Wschodniej

 

drukuj